Dr Piotr Lewandowski, od 1994 roku prowadzi klinikę leczenia niepłodności.
Dr Piotr Lewandowski, od 1994 roku prowadzi klinikę leczenia niepłodności. fot. Wojciech Surdziel / Agencja Gazeta

1,5 mln par mających problem z płodnością. Z tego 30 tys. z nich rocznie kwalifikujących się do leczenia metodą in vitro. Szansa na realizowanie marzenia o posiadaniu upragnionego potomstwa wyceniana jest na 15 tys. złotych. Na takim rynku działają w większości prywatne kliniki oferujące zabieg in vitro.

REKLAMA
Dla prawicowych mediów dr Piotr Lewandowski, założyciel kliniki leczenia niepłodności nOvum, to zło w czystej postaci i najbliższy kumpel Belzebuba. Fakt. Kiedy oprowadzał mnie po klinice, pokazał coś, od czego dostaje się gęsiej skórki. – A tu mam 14 tysięcy ludzi – mówił, zapalając światło w małym pokoju i wskazując walcowate pojemniki. Zamrożone zarodki - to dla Lewandowskiego ludzie. A raczej w każdej chwili mogą się nimi stać, bo jak już z dumą podkreśla, udało mu się uzyskać ciążę z komórki, która miała więcej niż 10 lat.
Lewandowski potrafi prostymi słowami oswajać nazwy groźnie brzmiących procedur medycznych: – Ale się umordowałem. 3 godziny szukałem w nasieniu jakiegoś żywotnego plemnika – opowiada. Doktor szukał tego plemnika pod mikroskopem, żeby wyselekcjonowaną pod względem żywotności komórkę zassać rurką maszyny i podać pacjentce w zabiegu inseminacji. Potem już tylko ciąża, poród i szczęśliwe rodzicielstwo. W tym sensie Lewandowski i jego partnerka dr Katarzyna Kozioł są sprawcami (często wyręczając naturę) kilkunastu tysięcy ciąż. Co autorów Frondy doprowadziło do szału i podejrzeń o groźne eksperymenty medyczne.
Mimo to, przez lata bez pomocy rządu, posłów, ustaw i NFZ powstała w Polsce innowacyjna, skuteczna, całkowicie prywatna i bardzo zyskowna branża usług medycznych. Właśnie do takich pionierów należy dziś rynek medycznych procedur in vitro. Klinika nOvum w Warszawie ma 27 mln przychodów i 6 mln zysku netto. To dane jeszcze sprzed wejścia w życie ustawy o refundacji procedur in vitro. Można jednak założyć, że 250 mln zł, jakie w 2014 roku wpompowano w rynek, refundując częściowo koszty zabiegów, napędziło do klinik dodatkowych pacjentów, których wcześniej nie było stać na kosztowne leczenie.
Robi dzieci zamiast botoksu
Izraelski przedsiębiorca Arik Dotan przyjechał do Polski z myślą o otwarciu kliniki chirurgii estetycznej. Jeden ze znajomych embriologów przekonał go, że warto podjąć ważniejszy dla Polaków problem – bezpłodności. Założony przez niego InviMed – Europejskie Centrum Macierzyństwa ma 20 mln przychodów rocznie i kilkaset tysięcy złotych zysku. W cztery lata przychody wrosły pięciokrotnie. To zainteresowało potentata na rynku prywatnej opieki medycznej Medicover, który w 2012 roku nabył część udziałów w spółce.
Dotan pytany przez dziennikarzy, czy spodziewał się, że odniesie taki sukces, odpowiadał, że był zdziwiony, iż duże europejskie państwo nie robi nic, aby pomóc niepłodnym parom. Zarówno on, jak i inni lekarze pytani o zyski, odpowiadają, że są lekarzami, nie biznesmenami. Ich działalność to po prostu rozwiązywanie problemów, których nie były w stanie załatwić publiczne ośrodki. Tam, gdzie system publiczny niedomaga, tworząc kolejki albo finansując tylko tanie i prymitywne procedury medyczne, wkracza biznes. Europejskie Stowarzyszenie Rozrodczości Człowieka i Embriologii ESHRE szacuje, że w naszym kraju co roku przeprowadzano 10 tys. zabiegów in vitro. Daje to niski wskaźnik około 200 zabiegów na milion mieszkańców. W krajach, gdzie in vitro jest refundowane, wynosi on 1000.
Ucieczka do biznesu
Kiedy w 1994 roku otwarto pierwszą w Polsce prywatną poradnię leczenia bezpłodności, podobne działały tylko w renomowanych państwowych ośrodkach. Problem w tym, że zabiegi in vitro miały niską w porównaniu z obecną skuteczność, a nikt nie chciał doinwestować kontrowersyjnej światopoglądowo i nieuregulowanej prawnie działalności. Dlatego prof. Jerzy Radwan, członek zespołu ekspertów, który w 1987 roku przeprowadził pierwszy w Polsce udany zabieg in vitro otworzył własną firmę. Jego Gameta leczy dziś w trzech ośrodkach: Łodzi, Gdyni i Kielcach. Również ma zyski, chociaż Radwan nie publikuje pełnych danych finansowych.
Dziś ośrodki rywalizują z sobą, przyciągając pacjentów danymi o skuteczności. Novum chwali się, że prawie co druga kobieta poddana u nich zabiegowi in vitro zachodzi w ciążę. Białostocki Bocian deklaruje 47-proc. skuteczność, podobnie InviMed. Wiodące ośrodki same wprowadziły u siebie międzynarodowe standardy jakości, a pomyłki jak w Policach to pojedyncze przypadki. Zresztą z tego co bredzą senatorowie wynika, że w Polsce nie mogłoby powstać mądre prawo regulujące branżę.
Może i lepiej. Tymczasem polscy eksperci często okazują się lepsi od swoich kolegów z Europy Zachodniej, gdzie niedawno pobierali nauki. Koszt całego programu zapłodnienia pozaustrojowego, wraz z badaniami i konsultacjami lekarskimi, w zależności od kliniki oraz miasta, waha się od 8 do 15 tys. zł. Niekiedy po pierwszym niepowodzeniu pary podejmują drugą lub trzecią próbę. Polskie ceny ceny są dwu-trzykrotnie niższe niż na Zachodzie. Oczywiście w porównaniu z zarobkami Polaków wciąż dość wysokie. Dlatego tylko w 2014 roku w pierwszych 7 miesiącach obowiązywania refundacji do programu przystąpiło ponad 7,5 tys. par.

Napisz do autora: tomasz.molga@natemat.pl