
–Podróże Polaków, i te w poszukiwaniu siebie i te zarobkowe, to też jest źródło nowych norm. Ci ludzie, którzy wracają do kraju, nie przywożą ze sobą tylko pieniędzy i wrażeń, oni przywożą też pewne nowe standardy i oczekiwania. I to właśnie oni zmienią Polskę na lepsze – mówi w rozmowie z naTemat prof. Paweł Łuków.
REKLAMA
Podoba się panu Polska?
Podoba mi się miejsce, na ogół ludzie. Nie podoba mi się organizacja.
Na przykład?
Odkładanie wszystkiego na ostatnią chwilę.
W kontekście politycznym?
W ogóle. My już chyba tak mamy, że wszystko zostawiamy na ostatnią chwilę. I to dotyczy zarówno nas, obywateli, jak i rządzących.
Irytuje mnie też wszelka i kompletna indolencja w rozmaitych instytucjach, zwłaszcza urzędach. Podejście takie, że „kiedyś to się załatwi”.
Albo zostawi tak jak jest.
I najczęściej się tego, co jest do załatwienia „kiedyś”, nigdy nie załatwia. Albo załatwia się byle jak, bo właśnie w ostatniej chwili.
A ci młodzi, o których tak ostatnio głośno, zagniewani, oburzeni, jakkolwiek ich nie nazwać, faktycznie mają tyle powodów do niezadowolenia?
Myślę, że przede wszystkim nie możemy tutaj uogólniać, mówić, że wszyscy młodzi są oburzeni i że wszyscy młodzi oburzeni są oburzeni w ten sam sposób i z tych samych powodów. Ich są naprawdę rożne rodzaje.
Są wśród nich młodzi mieszkańcy dużych miast, świetnie wykształceni, ambitni. Tacy, którym nie zależy wyłącznie na tym, by zdobyć pracę, dzięki której utrzymają się na jakimś przyzwoitym poziomie. Oni chcą czegoś więcej.
Więcej to znaczy?
Chcą coś osiągnąć, coś znaczyć, mieć na coś wpływ.
Zmienić świat?
Również. Wielu z nich jest niezadowolonych dlatego, że o ile pokolenia wcześniejsze porównywały się do sytuacji swoich rodziców, o tyle dla nich punktem odniesienia jest cały wielki świat. To warto zaznaczyć: dla przeciętnego Polaka punktem odniesienia nie jest już to, co osiągnęli jego rodzice, ale to, na jakim poziomie żyją młodzi Niemcy, Francuzi. Młodzi mają duże aspiracje. I to jest zrozumiałe, nie traktowałbym tego jako zarzut. Dzięki tym aspiracjom zwykle osiągają więcej.
Wracając do rodzajów...
Potem mamy młodych żyjących w mniejszych miastach, tam, gdzie dostęp do pracy jest bardziej ograniczony. Bardzo często jest to kwestia tego, kogo się zna i kogo znają rodzice. Wszyscy inni młodzi, nie mający „znajomych” a mający wykształcenie, choćby najlepsze, kompetencje i energię, mają po prostu trudniej.
Znalazłoby się tu jeszcze parę grup. Chociażby ta składająca się z mieszkańców małych miast aspirujących do przeniesienia się do większych ośrodków. A to, zważywszy na ceny najmu mieszkań, jest stosunkowo trudne.
Młodym nie pomagają też przepisy prawne związane z tzw. elastycznymi formami pracy, które są de facto wykorzystywane przeciwko pracownikom. Właściwie pracownicy dziś nieustannie znajdują się, w kontekście swojego zawodowego zajęcia, w sytuacji propozycji nie do odrzucenia.
Nie można powiedzieć więc, że są jacyś tam młodzi i oni są homogeniczni, wszyscy zagniewani. Oni są niezwykle różni. Choć wszyscy mogą mieć poczucie, może nie oburzenia, ale zawodu. Świat dał im obietnicę czegoś więcej a okazuje się, że wcale nie jest tak różowo, jak sądzili.
Jedni emigrują, drudzy walczą a trzeci rzucają wszystko i jadą, że tak powiem „w nieznane”. Ostatnio znalazłam nawet na pewnym poczytnym blogu artykuł o rzeczach, które powinien zrobić każdy 20–latek. Pośród kilku punktów był się m.in. ten, że każdy w swoim życiu powinien rzucić pracę, wyzwolić się z okowów codzienności i ruszyć w podróż. Nie ma pan wrażenia, że to hasło staje się coraz popularniejsze?
Zastanawiam się jedynie wśród kogo. Czy ono jest popularne wśród mieszkańców Przemyśla, Wałbrzycha czy raczej jest popularne w Warszawie, Krakowie, Gdańsku... Wydaje mi się, że raczej to drugie. I że to jest zjawisko kulturowe.
Ci, którzy tę pracę rzucają, najpewniej startują już z dość wysokiego pułapu. Nie oszukujmy się, taka podróż dookoła świata, nawet autostopem i po najniższych kosztach, wymaga pewnych finansowych nakładów. One są potrzebne chociażby po to, by opłacić mieszkanie, które się zostawia w Warszawie. Najczęściej to pewnie będzie mieszkanie u rodziców...
Albo kupione na kredyt i wynajęte.
To też możliwe.
Jeśli to zjawisko kulturowe, z czym należy je łączyć?
Ci ludzie, jak podejrzewam, potrzebują w życiu pewnej autentyczności, bezpośredniego doświadczenia. Nie chcą oglądać świata tylko przez szybkę telewizora lub komputera. I stąd pewnie podróżują. Trochę w tym jest mody, trochę snobizmu, bo są i tacy, którzy podróżują, choć wcale ich to nie kręci.
No dobrze, ale takie wyjazdy są dobre czy złe? Nie mówię o emigracji zarobkowej, to jest absolutnie jasne, ale niedawno rozmawiałam też z parą blogerów, którzy pozbyli się dorobku swojego życia i zwyczajnie wyjechali. Środków finansowych nie mieli zbyt dużo, ale zdecydowali się dorabiać po drodze.
Mają dzieci?
Nie.
(śmiech) No właśnie. Żeby taką decyzję podjąć, potrzeba odwagi lub brawury. A na odwagę lub brawurę na ogół nie stać tego, kto nie wie, jaka będzie jego przyszłość lub kto nie ma podstaw sądzić, że ma do czego wrócić. Podejrzewam, że spory odsetek tych, którzy na taką wyprawę jadą, ma dość niszowy zawód czy pasję. Na tyle niszowy, by móc wierzyć, że po powrocie będą mogli gdzieś się zahaczyć i żyć na takim poziomie, do jakiego przez wcześniejsze lata się przyzwyczaili.
Podejrzewam też, że ktoś, kto nie ma szans na dostanie kredytu mieszkaniowego, może wyjechać na zasadzie „nie mam nic do stracenia”.
Pozostała część zostaje gdzieś pomiędzy tymi grupami. Dla nich wyjazd w nieznane jest jakkolwiek atrakcyjną perspektywą, to jednak pozostaje w sferze marzeń. Każdy chciałby sobie czasem zrobić wakacje od życia, od dzieci, od pracy, od płacenia rachunków.
Tylko nie każdego stać?
Dokładnie. Zarówno mentalnie, jak i materialnie.
Część z tych wyjeżdżających powtarza, że taka kilku– czy kilkunastomiesięczna podróż pomaga im dojść do tego kim są, dotrzeć do głębi własnego jestestwa. Wyjazd naprawdę jest do tego niezbędny?
Myślę, że to nie jest warunek konieczny, ale pomóc może. W ludziach często walczą ze sobą dwa pragnienia. Z jednej strony potrzebujemy stałego związku, przyjaciół czy własnego kąta. Z drugiej strony te wszystkie rzeczy i ludzie, w jakimś sensie nas osaczają. Taka podróż jest czymś w rodzaju uwolnienia się, w duchu przypominającym nieco ducha amerykańskich pionierów – „it's ok to fail”, nie ma nic złego w przegranej, jutro zaczniemy od nowa.
Nie jest trochę tak, że codzienność zwyczajnie nas przytłacza?
Trochę pewnie tak, im bardziej sobie mościmy to gniazdko, tym bardziej nam go żal utracić i tym bardziej chcemy go pilnować.
Za dużo mamy?
Myślę, że to nie jest kwestia materialna a raczej emocjonalna. Są wśród ludzi tzw. mentalni nomadowie. To osoby, które nie nawiązują silnych więzi, bo w momencie, gdy te więzi się w ich życiu pojawiają, mają poczucie silnego zniewolenia. Z drugiej strony czasem takich więzi potrzebują, jak każdy człowiek.
Wracając jednak do tematu – ta podróż może właśnie związana być z tęsknotą za tym poczuciem „ja nic nie muszę”. Nie muszę płacić rachunków, nie muszę o kogoś, o coś dbać, mogę zająć się tylko i wyłącznie sobą. I może wtedy rzeczywiście ludzie siebie sami odkrywają. Czasem pewnie przy tej okazji dochodzi do jakichś przewartościowań. Ale nie sądzę, by to było zjawisko uniwersalne. W przypadku większości osób taki wyjazd to zwykła przygoda, zaspokojenie ciekawości świata.
Wychodzi na to, że wcale nie jesteśmy tak bardzo emocjonalnie zagubieni, jak się to często podkreśla.
Nie wiem czy „zagubiony” to jest właściwe słowo. Na pewno trudniej jest nam mieć pewność, że określone standardy wedle których przyszło nam żyć to są te jedyne właściwe.
Kiedyś ludzie żyli w społecznościach, w których było z góry ustalone jakie rzeczy są dobre, a jakie złe, nie trzeba było się nad tym zastanawiać, łatwo było osądzać innych i samemu być osądzanym. Dzisiaj to się zmienia. Dziś osądzanie jest często traktowanie wręcz jako rodzaj nietaktu, choć człowiek z natury jest istotą osądzającą. Dziś też trudniej jest nam określić, wedle jakich standardów chcemy, potrafimy, mamy funkcjonować.
Dlaczego?
Bo oferta jest gigantyczna. W latach '70, jak nie było mebli do kuchni, nikt nie patrzył na kolor tego, co akurat rzucili do sklepu. Brało się to, co było. Dziś nad doborem koloru, odcienia, formy, ludzie siedzą godzinami. I podejrzewam, że podobnie jest z ofertą życiową. Tego jest tak dużo, że nie wiemy jak się w tym pozbierać.
I uciekamy?
Niektórzy uciekają, inni sobie to jakoś ogarniają.
O depresji też mówi się, że częściej dotyka mieszkańców krajów lepiej rozwiniętych.
(śmiech) Albo po prostu są lepiej zdiagnozowani.
No dobrze, a czy żyjąc w środku tej cywilizacji, w tej zalewającej nas ofercie wszelkich dóbr, można być i świadomym siebie i szczęśliwym. Na tyle, by nie chcieć uciekać?
Są tacy ludzie, którym to odpowiada. Jesteśmy bardzo różni, choć prawdopodobnie większość z nas wchodzi w taki szybki tryb życia nie do końca zdając sobie z tego sprawę, na przykład angażując się w jakieś związki. Potem mamy trzy grupy: są tacy, którym to pasuje i żyją z tym dalej, tacy, którym to nie pasuje, ale żyją z tym dalej i tacy, którym to nie pasuje i postanawiają coś zmienić. I prędzej czy później część z nich wyruszy właśnie w taką czy inną podróż. Jedzie poszukać siebie.
Ten duży wybór dóbr też może nie byłby aż takim problemem, gdyby nie to, że nasza kultura oferuje nam uproszczony obraz relacji społecznych. I stąd też tak duża liczba osób zawiedzionych nieco życiem. Chodzi mi o to, że mamy jakąś taką tendencję do takiego „odczarowania świata”. Wiele osób mówi „świat to dżungla, ale trzeba sobie jakoś radzić”. Z drugiej strony wielu z nich na dobrą sprawę chciałoby, by ludzie dotrzymywali danego słowa, żeby się uśmiechali a nie burczeli na siebie itd.
W dodatku my sami często wychodzimy po prostu z założenia, że świat jest jaki jest i nic się z tym nie da zrobić. I uruchamia się samospełniająca się przepowiednia – jak uważasz, że nie możesz nic zrobić, to nic nie zrobisz; jak nic nie zrobisz, nic się nie zmieni. I tak w kółko.
Mimo wszystko mam wrażenie, że dziś zmieniamy i siebie i życiowe decyzje dużo częściej niż kiedyś. Raz jeszcze zacytuję blogerów. Jedna z nich napisała niedawno „Już dawno temu przestało być uznawane za dojrzałe przywiązanie do raz podjętej decyzji. Nareszcie możemy pozwolić sobie na błądzenie, szukanie swojej ścieżki życiowej i zaczynanie od nowa, raz jeszcze”. Moja babcia, mój dziadek i pewnie moi rodzice też powiedzieliby, że to skrajny brak odpowiedzialności za raz podjęte decyzje.
Nie wiązałbym tego z kwestią odpowiedzialności a raczej z odwagą..
Lisa Sanders, która konsultowała m.in. serial „Dr House”, miała pełną sukcesów dziennikarską karierę – zdobyła m.in. nagrodę Emmy – kiedy postanowiła studiować medycynę. Kiedy skończyła studia medyczne miała 41 lat. Dziś wykłada medycynę na Uniwersytecie w Yale. Większość z nas buduje na tym, co już mam. A Sanders nie dyskontowała tego, co już zdobyła, ale zaczęła od nowa. I odniosła sukces.
Jest to więc ktoś, kto miał straszną odwagę przekreślić niemal wszystko, co już do tej pory osiągnął i budować życie od nowa. I to jest coś godnego wielkiego szacunku. Bo rzadko ktoś się na coś takiego zdecyduje.
Dobrze rozumiem, że takie rewolucje wychodzą na dobre?
Jednym tak, drugim nie.
Którym tak, którym nie?
Tu nie ma reguły.
Mówimy o zjawisku...
Tu potrzebna jest pewnego rodzaju wiara w to, że się uda. U większości z nas ona bierze się właśnie m.in. stąd, że coś się już ma – czy to będzie wsparcie rodziny, bliskich czy funduszu powierniczego (śmiech).
Istotne są też pewne elementy osobowości i przede wszystkim odkrycie swojego realnego potencjału. Ale przepisu na sukces nie ma. Nie ma wzorca, choć wielu chciałoby z pewnością wierzyć w jego istnienie. Wielu ludzi lubi wierzyć, że zawdzięczają wszystko samym sobie, a tymczasem wiele zależy od trafu, od tego czy parę razy nam się coś zwyczajnie uda.
Gdyby na przykład nam dwojgu coś się nie udało, nie bylibyśmy tu dziś.
Przeznaczenie?
Raczej traf, ślepy los. Myślę, że za mało go doceniamy. Zwłaszcza wtedy, gdy nam się coś uda, bo gdy się nie udaje to chórem powtarzamy „a to pech”.
Ale wracając do tematu – część tych wyjeżdżających można nazwać nieodpowiedzialnymi, ale też o wielu z nich należałoby myśleć właśnie jako o ludziach wielkiej odwagi.
A może są tchórzami? I uciekają od życia?
Podejrzewam, że niektórzy z nich to robią. Jedni uciekają do pracy przed żoną i dziećmi, inni przed zobowiązaniami uciekają w świat.
Jaką przyszłość pan zatem wróży Polsce, Polakom?
Myślę, że Polska się będzie rozwijała pomimo polityki. W dużym stopniu już dziś tak jest. Paradoksalnie, gdybyśmy nie mieli takiego przekonania o tym, że nikt nam nie pomoże, Polska nie rozwijałaby się tak dobrze. Polacy są przecież w gospodarce niezwykle aktywni, mimo wszelkich trudności z tym związanych.
Te podróże Polaków, i te w poszukiwaniu siebie i te zarobkowe, to też jest źródło nowych norm moralnych i zasad życia społecznego. Ci ludzie, którzy wracają do kraju, nie przywożą ze sobą tylko pieniędzy i wrażeń, oni przywożą też nowe standardy i oczekiwania, ze względu na które oceniają to, co widzą i które kształtują ich postępowanie. I być może to też jest częściowo źródło tego oburzenia, jakie zapanowało zwłaszcza wśród młodych. Bo oni widzą na Zachodzie, że np. w urzędzie urzędnik jest po to, by petentowi pomóc, a nie traktować go jak natręta, że urząd skarbowy jest od pomagania obywatelowi w płaceniu należnych podatków, a nie od ścigania go.
Dla tych młodych ludzi rozstrzyganie wątpliwości na korzyść podatnika to oczywistość i normalność, a nie wielkie osiągnięcie ustawodawcy. I tych młodych ludzi coraz częściej będziemy spotykać w urzędach, sklepach i na ulicy.
Myśli pan, że wielu z emigracji wróci?
Tak. Myślę, że sporo z nich wróci.
Czyli to emigranci zmienią Polskę na lepsze?
Tak, właśnie oni. W krótkim okresie ich wyjazdy będą źle wpływały na PKB itp., ale w dłuższej perspektywie bardzo nam posłużą do tej mentalnej i życiowej zmiany na lepsze.
Myślę, że w bardzo szybkim tempie dojdzie w Polsce do wymiany pokoleniowej i to będzie realny klucz do tej zmiany, która będzie polegała na nowym sposobie kształtowania własnej tożsamości. Coraz bardziej będzie liczyła się kultura, idee i wartości, a w mniejszym stopniu historia. Młode kobiety będą identyfikować się przez wiarę w równość, przez żądanie godnego traktowania. Młodzi mężczyźni będą identyfikować się przez wyznawane ideały życiowe i społeczne, a nie – jak było wcześniej – głównie przez to, że ich ojcowie czy dziadkowie ginęli w powstaniach.
Dalej będziemy Polakami, dalej będziemy mówić po polsku, choć pewnie coraz częściej będziemy wtrącać anglicyzmy. Dalej będziemy jeść bigos i pierogi, ale na zmianę z pizzą i sushi. Tożsamość Polaków będą kształtowały najpierw idee i kultura, a dopiero potem narodowa historia. Tak, jak w innych częściach Europy.
napisz do autorki: malgorzata.golota@natemat.pl
Paweł Łuków – profesor nadzwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego, pracownik Wydziału Filozofii i Socjologii. Autor wielu publikacji z zakresu etyki i filozofii.
