
Hejt w internecie to zjawisko, do którego niestety zdążyliśmy się przyzwyczaić. Ale podczas dyskusji o przyjęciu dwóch tysięcy uchodźców z ogarniętych konfliktami Afryki i Bliskiego Wschodu hejterami stają się też politycy.
Uchodźców, nie imigrantów, bo to ważne rozróżnienie. Ci pierwsi uciekają z ojczyzny przed wojną, prześladowaniem, katastrofą humanitarną. Ci drudzy przed biedą, co choć także zasługuje na współczucie, jest przypadkiem znacznie mniej skrajnym. Tymczasem wielu polityków prawicy traktuje te dwie grupy na równi, nawołując do wybierania kogo uratować, a kogo nie. Ciekawe, czy tak samo robią kiedy wybucha pożar. Może z ognia też powinno się ratować tylko chrześcijan?
Hejt bezkarnie szaleje wśród anonimowych autorów, jest wstrętny, głupi, prymitywny i bardzo niepokojący, bo agresja i ksenofobia jeszcze nigdy w historii nie doprowadziły do niczego dobrego. Ale jeszcze bardziej od rasistowskich i chamskich anonimów niepokojące jest, kiedy w tym samym duchu, choć w pseudokulturalnej szatce i gładkim językiem, odzywają się znani politycy, ulubieńcy środków masowego przekazu. Czytaj więcej
Z Jarosławem Gowinem zgadza się Jacek Żalek, poseł Polski Razem. – Dlaczego mamy tutaj wpuszczać tych, którzy chcą poprawić swój status ekonomiczny, a nie prawdziwe ofiary? – pyta. Tłumaczy, że prawdziwymi ofiarami są chrześcijanie, a muzułmanie są w tym konflikcie stronami. – Skoro chcemy ich zaprosić, to zaprośmy też innych. Mało to biednych w Afryce? Zadzwońmy też do Somalii i innych krajów – mówi.
Kiedy próbuję spytać polityka, czy jego antyimigracyjne wywody nie wzbudzą w Polakach niechęci do imigrantów, a w rezultacie ataków na nich, jak mantrę powtarza "ale w naszym interesie jest, żeby przyjechali chrześcijanie, a nie muzułmanie". To tyle, jeśli chodzi o możliwość dyskutowania.
Unikatowa jest też typologia, według której polityk dzieli Syryjczyków. Otóż ofiarami są jedynie chrześcijanie, a muzułmanie są po jednej albo po drugiej stronie konfliktu. A więc – jak trzeba rozumieć – także dzieci, kobiety i starcy. Dlatego powinniśmy przyjąć tylko chrześcijan, bo reszta chce dostać się do Polski tylko, by polepszyć status materialny.
Wszystko ilustruje jakże wymownym memem (swoją drogą cóż za głębia wywodu). Tym samym zbliża się poziomem argumentacji do takich medialnych szkodników jak Paweł Zarzeczny, który z charakterystyczną dla siebie kulturą i rozwagą pisze o uchodźcach per "te dwa tysiące Arabów do rżnięcia naszych dziewcząt…".
Nie trafiają do niego argumenty, że poza Donbasem, skąd ewakuowano Polaków, nie toczy się wojna. Porównuje też sytuację Syryjczyków do Polaków z czasów PRL. – Wtedy były nieliczne przypadki emigracji, ale Zachód pomagał nam na miejscu mówiąc, że sami musimy wywalczyć wolność – peroruje Ryfiński. Kiedy zwracam uwagę, że w Syrii trwa regularna wojna z ponad 200 tys. ofiar i nie można jej porównywać nawet ze stanem wojennym, Ryfiński wplątuje w swoją argumentację jeszcze II wojnę światową.
Zgodnie z badaniami większość uchodźców osiedla się zaraz za granicami swojej ojczyzny. To dlatego Syryjczycy tłoczą się w Libanie a Sudańczycy w Czadzie. Dopiero kiedy sytuacja w obozach dla uchodźców jest na tyle zła, że opłaca się podjąć ryzyko przeprawy przez Morze Śródziemne ruszają do Europy. I w każdym europejskim kraju będzie im lepiej niż w obozie.
Napisz do autora: kamil.sikora@natemat.pl

