Korespondent to zawód podwyższonego ryzyka. Bartosz Węglarczyk: W Rosji trzeba pić, jeśli chce się zdobyć informacje

Fot. Adam Golec / Agencja Gazeta
W Chinach nie można nagrywać ludzi na ulicach, a w Rosji trzeba pić, nawet jak się nie lubi. Praca zagranicznych korespondentów do najłatwiejszych nie należy. Wymaga odwagi, poświęcenia i dużych zdolności adaptacyjnych. Praca w innym kraju, pomijając kulturowe różnice, ciągnie za sobą wiele niedogodności. Nie tylko dla reportera. Również dla jego rodziny.

Urszula Rzepczak, korespondentka TVP we Włoszech, w komentarzu pod tekstem Zawód dyplomata napisała: "Znam jeszcze jeden taki zawód. Tyle, że w tym drugim przypadku za szkołę dzieci nikt nie dopłaca.....a do wielu innych spraw dopłaca się samemu, choć służą wyłącznie pracodawcy. To fakt, nie narzekanie".

Sprawdziliśmy, z czym musi się zmierzyć polski korespondent za granicą.

Korespondent w Europie, korespondent za Oceanem


Dla Bartosza Węglarczyka powszechne picie w Rosji było zmorą.

Dziennikarz TVN Bartosz Węglarczyk był korespondentem "Gazety Wyborczej" między innymi w Moskwie, Brukseli i Waszyngtonie. W rozmowie z naTemat przyznaje, że najmniej problemów miał w Stanach Zjednoczonych. - Korespondent za granicą problem ma dosłownie ze wszystkim. Żyje się w kraju, w którym człowiek się nie wychował, tam pracuje. To obce środowisko. Ciężko się zaaklimatyzować, inne otoczenie, inny język, problemy ma też rodzina - wylicza. Dodaje także, że w zależności od kraju, dziennikarze traktowani są różnie np. całkowicie inny stosunek jest w Rosji, a zupełnie inny w USA.

Za mundurem panny sznurem, a urzędnik to największy nudziarz. Jaki zawód najlepszy na podryw


- Do tego doliczyć trzeba utrudnioną pracę z redakcją, mnóstwo problemów z papierkową robotą, prawo jazdy, kupno samochodu, rejestracja samochodu - dodaje. Zapytany, z czym męczył się najbardziej, odpowiada, że z pracą w Rosji. - Gdy tam pracowałem problemem było powszechne picie. Ja piję niewiele, a tam jeśli ktoś nie pił, to nie był uważany za prawdziwego faceta. A jak wiadomo, jeśli ktoś nie pije i nie jest "prawdziwym facetem" to nikt nie chce z nim rozmawiać - wspomina.


Jacek Przybylski był korespondentem w USA. Na swoim blogu dzieli się spostrzeżeniami co do kultury i zwyczajów Amerykanów, a także jakie problemy miał on sam.

"W porządku. Teraz tylko opłata za rozpatrzenie wniosku o wynajem (50 dolarów) i depozyt. Sięgam po kartę kredytową. – Nie akceptujemy kart – słyszę. Dobrze, to pojadę po gotówkę. Ale gotówka też odpada. – Przyjmujemy tylko czeki – wyjaśnia grzecznie Rachel. Ja jednak nie mogę mieć czeku, bo żeby mieć książeczkę czekową, trzeba mieć konto w banku, a żeby mieć w konto w banku, trzeba mieć adres. I kółko się zamyka." CZYTAJ WIĘCEJ


Niedogodności korespondenta przybierać mogą przeróżne formy.

Co jest jednocześnie wielką zaletą i olbrzymią wadą waszyngtońskiej placówki? Odpowiedź jest banalnie prosta: godziny pracy. Sześć godzin różnicy między Warszawą a Waszyngtonem sprawia, że gdy korespondent kładzie się spać, jego szefowie właśnie się budzą. Dzień w dzień taki delikwent, jak gdyby nigdy nic, spóźnia się więc do pracy co najmniej o kilka godzin. A do tego, gdy wszyscy jego redakcyjni koledzy – pełni energii po dwudaniowym obiedzie – już zaciekle stukają w klawisze klawiatury, taki to bezczelnie odbiera telefon z centrali, odpowiadając jeszcze zaspanym głosem lub z jednym okiem zamkniętym czyta kolejne mejle z redakcji. CZYTAJ WIĘCEJ



Egzotyczny korespondent


Nie jest jeszcze tak źle, jeśli pracuje się w bardziej rozwiniętym kraju, o zbliżonej kulturze. Co innego w kraju egzotycznym. To, że Pekin jest miastem zanieczyszczonym i głośnym, nie jest żadną nowością. Jak pracuje się tam korespondentowi "Polsat News" Janowi Żdżarskiemu? - Łatwo nie jest, to nie są żadne wakacje. Wydawcom wydaje się, że nasze życie usłane jest różami, a nie jest tak po stokroć - wyjaśnia. Lista problemów jest długa, od problemów ekologicznych miasta, przez wysokie ceny, na różnicach kulturowych kończąc. Żdżarski przekonuje, że mimo 6 lat spędzonych w Chinach wciąż nie może przyzwyczaić się do panującego tam hałasu. Dużo pracy nie pozwala na dokładne poznanie języka chińskiego. - Płynna chińszczyzna nie rozwiązuje problemów komunikacyjnych, bo jak mówią moi znajomi sinologowie "dla Chińczyków zawsze będziesz obcy, choćbyś władał mandaryńskim lepiej niż oni sami" - wyjaśnia korespondent.

W Chinach coraz częściej pojawiają się szkodliwe chemikalia w jedzeniu - przekonuje Jan Żdżarski

Dodaje także, że dziennikarze nie cieszą się w Chinach sympatią. Traktowani są jak zło konieczne. Władze Państwa Środka za nimi nie przepadają i utrudniają im pracę. - Gdy dziennikarz jest stanowczy, waleczny i robi swoje materiały, które nie licują z ogólnie przyjętym "harmonijnym" obrazem Chin sukcesu, to może spotkać się z wydaleniem. Doświadczyła tego niedawno Melissa Chan z angielskiego kanału AL Jazzera - przypomina. W grę wchodzą również różnica czasowa oraz fakt, że Pekin jest jednym z najbardziej zakorkowanych miast świata. Te czynniki sprawiają, że korespondent nie jest w stanie nagrać setki "na już". - Ludzi na ulicach też nie można nagrywać, bowiem na lokalnym komisariacie trzeba się starać o zgodę co najmniej z jednodniowym wyprzedzeniem - komentuje Żdżarski - zazwyczaj się jej nie dostaje. Doszło już do tego, że w dużych zachodnich agencjach zatrudniane są osoby, których jedynym zadaniem jest zdobycie pozwolenia na filmowanie i wywiady - dodaje. Dodatkowo wywiady z lokalnymi specjalistami są do tego stopnia przepełnione propagandą, że nie da się ich użyć. - O dostępie do polityków można zapomnieć - kwituje.

Dwóch Polaków na całą Azję

Do tego problemy natury technicznej - jak choćby niewyobrażalnie wolne połączenie internetowe. - Często na wysłanie trzech minut wideo potrzeba 3 godzin, a i tak w ostatniej minucie połączenie często się zrywa - przekonuje. Pozostaje także kwestia przedłużenia wizy, którą w Chinach wydaje się na rok. Często nie ma się pewności, czy dostanie się pozwolenie na kolejny.

Potrzebne kwalifikacje

- Wiele osób może sobie zadawać pytanie "po jaką cholerę żyć i pracować w tak niesprzyjających warunkach - komentuje - Korespondenci zagraniczni często je sobie zadają. Ale ta praca to nie tylko żale, Pekin jest zdecydowanie jednym z najciekawszych miejsc na świecie - dodaje. Przekonuje, że dzieje się tu tak wiele, iż społeczeństwo nie nadąża za zmianami. Przemiany, które na zachodzie zajmują wiele lat, tu mogą nastać na mocy jednego dekretu. Ta praca to także możliwość obcowania z innymi przedstawicielami mediów. Często to "śmietanka", gdyż np. dla Amerykanów praca jako korespondent w Chinach jest wyróżnieniem. Żdżarski przyznaje, że wiele się może od nich nauczyć. Na koniec dodaje, że oprócz "Polsatu News" w Chinach korespondenta ma tylko "Polskie Radio". - Jest nas dwóch, to wszystko, a ja jestem jedynym przedstawicielem polskiej telewizji na całą Azję - kwituje - A szkoda, bo ten region świata oprócz tego, że ciągle wrze jest bardzo interesujący.

Zagraniczni dziennikarze w Polsce

Polscy korespondenci za granicą bez wątpienia mają się czym martwić. Jak wygląda sytuacja korespondentów zagranicznych mediów w Polsce? - Najpoważniejszym problemem jest lekceważenie ze strony ważnych instytucji państwowych - mówi naTemat Jacek Wan, prezes Stowarzyszenia Korespondentów Zagranicznych w Polsce - Przedstawiciele mniej znanych mediów są niepoważnie traktowani. Dziennikarz może i dwa lata starać się o wywiad, bez rezultatu. - Przedstawiciel "Le Figaro" czy "Spiegla" nie ma takich problemów, ale pracownik np. serbskiej "Polityki" jest ignorowany, nikt się nim nie przejmuje, państwo nie pomaga - mówi Jacek Wan. Przekonuje, że kiedyś była w Polsce zinstytucjonalizowana pomoc MSZ dla korespondentów zagranicznych, teraz już jej nie ma. - Nikt nie widzi potrzeby stworzenia klubu dziennikarskiego. Za granicą takie kluby się sprawdzają, dają dziennikarzom możliwość zdobycia kontaktów, dotarcia do źródeł informacji - kwituje.

Zawód fotoreporter – misja czy chałtura?

Dodaje także, że na szczęście nie ma już problemów natury socjalnej, nie ma problemów z wizami. Kiedyś dziennikarz z mniej liczącego się kraju był traktowany jak polityczny azylant. To, jaką dziennikarz dostanie pomoc choćby w zakresie edukacji dzieci, zależy od ambasady danego kraju w Polsce. - To one są odpowiedzialne za pomoc w sprawach np. szkoły dla dzieci.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...