Prymas Michał Jerzy Poniatowski, najmłodszy brat króla Stanisława Augusta.
Prymas Michał Jerzy Poniatowski, najmłodszy brat króla Stanisława Augusta. Wikimedia Commons

Trudne jest życie królewskiego brata - mógłby powiedzieć Michał Poniatowski, wysoko postawiony hierarcha Kościoła, znany, ale niekoniecznie szanowany. Postać z wielu względów tragiczna, dla jednych trzeźwo myślący duchowny, realista. Dla drugich bezwzględnie zdrajca...

REKLAMA

Gdy umierał - 12 sierpnia 1794 roku - tliła się jeszcze antyrosyjska insurekcja, a Rzeczpospolita nie zniknęła jeszcze całkowicie z mapy. Niedługo się na niej ostanie, ale Poniatowski, szczęśliwie dla siebie, nie dożył tej chwili. Gdyby nie zmorzyła go choroba, być może zburzony warszawski tłum wywlókłby go z Pałacu Prymasowskiego i publicznie stracił. Tak jak chociażby biskupa inflanckiego Józefa Kossakowskiego.

Czemu w ogóle prymas miałby obawiać się o swoje życie? W 1792 roku przystąpił do Targowicy (choć nie złożył stosownej przysięgi) - spisku magnatów domagających się rosyjskiej interwencji zbrojnej "w celu ratowania ojczyzny". Namawiał też króla, aby postąpił tak samo. Monarcha w końcu uległ - nie chciał już przelewać polskiej krwi. Historia go osądziła.

Wzburzony lud miał królewskiemu bratu za złe także inną okoliczność. A może przede wszystkim. Chodziło o rzekomo potajemne spotkanie z królem Prus Fryderykiem Wilhelmem II, do którego doszło jesienią 1793 roku w Skierniewicach. W tym samym czasie trwał w Grodnie tzw. sejm rozbiorowy, który - przy "asyście" rosyjskich wojsk - zatwierdził II rozbiór Polski. Wzięły w nim udział także Prusy.

Ale nie było wtedy, w Skierniewicach, żadnej zmowy - hierarcha i monarcha rozmawiali o sprawach kościelnych - kolejny podział Polski był tylko kwestią czasu, ale Poniatowski nie chciał żegnać się z prymasowstem. Nie było też potwierdzenia dla wieści, jakoby duchowny przekazał pruskiemu królowi plany warszawskich fortyfikacji. Gdy ważą się losy państwa, każda plotka żyje swoim życiem.

Wieszanie zdrajców na Rynku Starego Miasta w Warszawie, obraz Jana Piotra Norblina.
Wieszanie zdrajców na Rynku Starego Miasta w Warszawie, obraz Jana Piotra Norblina. Wikimedia Commons

Kiedy wiosną 1794 roku powstańcy Tadeusza Kościuszki chwycili za broń, prymas o mało nie podzielił losu innych byłych targowiczan. W Warszawie "wyrównano" rachunki z biskupami, hetmanami i innymi. Tych, których akurat w mieście nie było, skazano na śmierć przez powieszenie. Wyroki wykonano publicznie... na podobiznach "wrogów ojczyzny".

Rozgłaszano, że jednym z następnych będzie brat samego króla, który ponoć nigdy nie krył słabości do Rosji. Mało kto w ogóle wiedział, że prymas... nakazywał odprawiać w kościołach modły za powodzenie antyrosyjskiej insurekcji. A kto pamiętał wszystkie jego reformy albo nowoczesny - jak na środowisko ludzi Kościoła - światopogląd?

Duchowny z pewnością widział oblegane przez tłum egzekucje, jakiś czas temu przed jego siedzibą wzniesiono wielką drewnianą konstrukcję. To szubienica. Ale Michałowi Poniatowskiemu nie dana była publiczna śmierć, przy aplauzie i wiwatach warszawskich jakobinów. Zmarł zmożony chorobą, po dwóch tygodniach spędzonych w łóżku.

Nie był starcem, miał zaledwie 57 lat. Nie został otruty, jak chcieliby jego przeciwnicy. Informacje o samobójstwie duchownego, choć padały na podatny grunt, należy włożyć między bajki. Słowa prześmiewczego wierszyka: „Książę prymas zwąchał linę, wolał proszek niż drabinę”, okazały się tylko "radosną" twórczością.

Napisz do autora: waldemar.kowalski@natemat.pl

Dział Historia od teraz także na Facebooku! Polub nas!