Bronisław Komorowski miał dwóch osobistych fotografów, którzy nie odstępowali go na krok.
Bronisław Komorowski miał dwóch osobistych fotografów, którzy nie odstępowali go na krok. Fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta

Osobiści fotografowie byłego prezydenta opowiadają, jak wyglądała ich praca i jak ich zdaniem wyglądała 5-letnia kadencja Bronisława Komorowskiego. – Wchodził w tłum, robił sobie selfie z ludźmi. Z ręki, był w tym wprawiony. (...)Był gościem, na którego czekają uczennice podstawówki z napisem „One Direction” i pytają: Panie prezydencie, załatwi pan koncert „One Direction” w Polsce? – mówi Wojciech Grzędziński w wywiadzie dla "Dziennika Gazety Prawnej".

REKLAMA

Wojciech Grzędziński i Łukasz Kamiński, fotografowie prezydenta przez pięć lat towarzyszyli Komorowskiemu na każdym kroku. Niewielu zdaje sobie sprawę z ich istnienia, ale ci dwaj fotografowie są autorami większości zdjęć prezydenta. Jak przyznają, praca osobistego fotografa u prezydenta to ciężka harówka od świtu do nocy i życie na walizkach.

– Wcześniej pracowaliśmy w mediach, jeździliśmy na wizyty zagraniczne z premierami i prezydentami. Wtedy nam się wydawało, że jak są trzy punkty programu do obfotografowania w ciągu jednego dnia, to już masakra. Teraz wiemy, że prezydent może mieć piętnaście punktów dziennie, od 7 rano do 23 w nocy, a my razem z nim. I jeśli ktoś z jakiejś korporacji mówi, że umie pracować w stresie, to ja mówię: człowieku, nie wiesz, co to stres – mówi w rozmowie z Magdaleną Rigmonti Wojciech Grzędziński.

Obydwaj fotografowie wyjeżdżali z prezydentem ponad 1500 razy i wielokrotnie mieli okazję obserwować jego relacje z wyborcami. Ich zdaniem, nie jest prawdą, że Komorowski był "strażnikiem żyrandola". – Pamiętam, jak byliśmy na Woodstocku, wielka flaga Polski zasłaniająca tysiące ludzi pod sceną i ogromne wzruszenie, patriotyczne uniesienie. Lubili go chyba wszyscy, którzy się z nim spotykali. Zbijał dystans, umiał rozmawiać. Zdarzało mu się zatrzymywać kolumnę samochodów i podchodzić do ludzi. My zawsze z któregoś samochodu dawaj, dzida za nim – wspomina Grzędziński.

W wywiadzie fotografowie odsłaniają też kulisy życia w Pałacu Prezydenckim. Zgodnie uważają, że sceny, które się tam rozgrywają, są żywcem wyjęte z popularnego serialu "House of Cards". – Myślę, że w każdym kraju, w najważniejszym urzędzie państwowym jest jak w „House of Cards”. Zresztą, jak patrzę po swojej gminie na Mazurach, to tam też jest – mówi Grzędziński.