
„Kończę ten tekst po drugim treningu. Jestem ledwo żywy, a moja kondycja… (nazywanie tego kondycją jest sporym nadużyciem, ale chcę to zmienić). Mimo to, czuję się jak młody Bóg! Chociaż płuca zostawiłem na treningu, jest super!” - to, że Paweł tego dnia zapomniał zabrać z bieżni parę dość istotnych z punktu widzenia funkcji życiowych organów, ma kilka plusów. Największy to pewnie ten, że za kilka lat może spodziewać się nagrody Nobla w dziedzinie medycyny. Drugi w kolejności jest taki, że to właśnie tego kwietniowego dnia Paweł upewnił się, że biegać będzie. Nieważne - z płucami czy bez.
- Na początku nie wierzyłem, że przebiegnę pierwsze pięć kilometrów, które były takim pierwszym etapem naszego rozwoju biegowego – opowiada o mozolnym procesie pokonywania kolejnych sportowych barier.
Paweł Lipiec
Istnieją uzasadnione przypuszczenia, że to ostatnie zdanie dodał z czystej skromności. Trener Grzegorz Zwierzchoń na pytanie, czy jego zawodnicy są przygotowani do kilkugodzinnej walki na dystansie 42 i pół kilometra odpowiada krótko i bez zająknięcia: - Tak.
„Mówi się, że biegacze to sekta. I mnie się ta sekta podoba, bo spotykam wśród biegaczy więcej szczęśliwych ludzi niż w innych „sektach” - tak Paweł pisał na swoim blogu kilka miesięcy temu. Parę tygodni przed startem podtrzymuje, że grupy treningowe ze wspólnotami duchowymi rzeczywiście mają całkiem sporo wspólnego. Choć początkowo nie traktował tego jako wartości samej w sobie, z czasem okazało się, że towarzyskie aspekty biegania wzięły nad innymi górę:
Paweł Lipiec
Pomimo zbawiennego wpływu na życie towarzyskie, wyliczając zalety biegania, Paweł nie zapomina o bardziej typowym aspekcie – systematycznie rosnącej wytrzymałości: - Z tego co widzę, to przesuwała się granica nawet nie tyle samej wytrzymałości fizycznej, co odporności psychicznej i wiary w to, ile jestem w stanie naprawdę przebiec. To była tak naprawdę największa zmiana, jaką w sobie zaobserwowałem - twierdzi.

W to, że Paweł jest w stanie zamienić kapcie na adidasy, telewizyjną ramówkę na program treningowy i śmieciowe jedzenie na pełnowartościowe i pełnoziarniste, od początku wierzyła jego najbliższa rodzina. Bardziej sceptyczni (zdroworozsądkowi?) byli przyjaciele, których decyzja Pawła wyraźnie zaskoczyła:
Paweł Lipiec
W Pawle znowu odzywa się niedowiarek. Nie sposób jednak nie odnieść wrażenia, że to tylko swego rodzaju zasłona dymna – licho nie śpi, a zapeszać na kilkanaście dni przed maratonem może rzeczywiście nie jest rozsądnie.
- Bieganie miało być furtką do powrotu do treningów sztuk walki - marzyło mi się, że kiedyś wrócę na salę. Ale po kilku miesiącach okazało się, że do tych moich sztuk walki chyba już mi się nie chce wracać, że wolę zostać przy bieganiu - jest tak fajnie, że nie ma sensu tego zmieniać – twierdzi. Czyli zapowiada się dłuższy związek? - Tak przynajmniej planuję.
