Ośrodek Linin, czeczeńscy uchodźcy są tu od lat
Ośrodek Linin, czeczeńscy uchodźcy są tu od lat Fot. Marzena Hmielewicz / AG

Mieszkają w kilkunastu ośrodkach rozsianych po Polsce. Jeżdżą autobusami, odwiedzają galerie handlowe, kupują samochody. Często poruszają się całymi rodzinami, ich dzieci chodzą do lokalnych szkół, oni sami chodzą do tych samych lekarzy, co Polacy. Ba, leczą zęby u tych samych stomatologów, dają też niemało zarobić małym sklepikom. I tak od lat. Niby można sie przyzwyczaić, ale...

REKLAMA
W Białej Podlaskiej uchodźców najczęściej widać, jak idą aleją (tak mówią mieszkańcy). Idą w kiedunku dworca albo centrum handlowego, gdzie robią zakupy. Przechodzą obok ogródków działkowych. I tam - słyszę - właścicielki działek się boją. Niby przyzwyczajone, ale po zmroku lub jak są same, obawiają się "tych mężczyzn".
– Poza aleją uchodźcy właściwie nie funkcjonują w sferze publicznej. Właśnie zdałem sobie sprawę, że nie biorą udziału w żadnych miejskich imprezach, w żadnych piknikach – słyszę od lokalnego dziennikarza Marka Pietrzeli. Zauważa też, że w mieście jest mniej kradzieży, kiedyś zdarzały się też ataki z nożem, a teraz nie. – Nie ma zwerbalizowanej agresji, ale słyszałem zazdrość w klinikach stomatologicznych. Że uchodźcy mogą leczyć zęby bez kolejki. Mieszkańcy się przyzwyczaili, widzą ich codziennie w autobusach, na zakupach, ale obawy jednak są – mówi.
Zakochał się w Polce, dziewczyna zaczęła się bać
Życie obok ośrodka to wielka niewiadoma, bo nigdy nie wiadomo kto – i w jakich ilościach – tym sąsiadem będzie. W ośrodku Linin w Górze Kalwarii jest około 400 miejsc, ale dziś przebywa w nim tylko około 160 osób. I tylko to – zdaniem mieszkańców osiedla – powoduje, że problemów z uchodźcami ogromnych dzisiaj nie ma. Ale były. I mogą wrócić. Dlatego w Górze Kalwarii ludzie zwyczajnie mają obawy. Bo pamiętają, jak biedni Czeczeni rozbijali się samochodami, jak powodowali wypadki, jak oni sami czuli się nieswojo. Zdarzały się również rozboje. Nie mówiąc o tym, że głośno ostatnio było o tym, że w ośrodku próbowali narzucić zasady islamu.
– Mieszkańcy boją się o swoje bezpieczeństwo, boją się, że będą włamania, że będzie strach wyjść po zmroku. Jak uchodźcy wypełnią cały ośrodek, może się okazać, że my, mieszkańcy osiedla będziemy w mniejszości. Naszych sąsiadów będzie wtedy więcej. Tak samo będzie w szkołach – przyznaje Władysław Machowski, szef zarządu osiedla Linin.
Po osiedlu krążą różne opowieści. Jak ta o jednym Czeczeńcu, który zakochał się w młodej Polce i tak ją nachodził, że dziewczyna zaczęła się bać. Nie tylko o siebie, ale też o swoją rodzinę. Albo o pracy. W okolicy tyle sadów, ale ze świecą szukać tych, którzy pracy by się podjęli. A jeśli już, to dobrych opinii nie mają. Mówi się też o tym, że biedni, ale ze sklepów wychodzą z pełnymi koszykami. Zakupy robią u nich, na osiedlu.
– Raczej słychać negatywne niż pozytywne opinie. Samo osiedle z racji mało atrakcyjnego sąsiedztwa, traci na wartości. Niby są dni otwarte, imprezy integracyjne. Ale życie to życie – przyznaje Piotr Chmielewski, szef serwisu Gorakalwaria.net.
W szkołach same problemy
Osiedle, które ma około 400 mieszkańców od ośrodka dla uchodźców odgradza mur. Wysoki na 2 metry (bez drutu kolczastego, jak na Węgrzech - podkreślają mieszkańcy). Bez problemu przechodzą przez niego czeczeńskie dzieci. – To normalne, dzieciaki chcą się integrować. W każdej chwili przeskakują przez mur. Wspólnie chodzą z naszymi dziećmi do okolicznych szkół – mówi Machowski.
Takich szkół jest cztery. Dziś chodzi do nich około 60 dzieci. W praktyce raz chodzi, raz nie. Władysław Machowski nie raz widział autobus, który przyjeżdżał po dzieci. Bywało, że odjeżdżał pusty. Albo, że siedziało w nim tylko kilkoro uczniów.
Żadna ze szkół tego nie przyzna, ale po cichu mówi się, że uchodźca w szkole równa się kłopoty. Większość dzieci nie zna języka, wiele nagminnie opuszcza lekcje, nie chce się uczyć. – Potrafią spać na lekcjach. Obniżają i frekwencję i poziom, co powoduje, że szkoły nie są szczęśliwe. Dochodzi do tego, że podają średnią wyników oraz frekwencję z uchodźcami, i bez nich – mówi Piotr Chmielewski,
Takie wyniki rzutują na wizerunek szkoły. Jak będą złe, rodzice nie będą chcieli posyłać tu swoich dzieci. Teraz najbardziej boją się tego, że jak przyjadą uchodźcy syryjscy, język będzie największą barierą. A to jeszcze bardziej będzie rzutowało na poziom lekcji. Czeczeni mówią po rosyjsku, mimo wszystko jest łatwiej.
logo
Berezówka, czeczeńscy uczniowie Fot. K. Zuchowicz
W okolicach Białej Podlaskiej, gdzie znajduje się ośrodek recepcyjny, położona jest miejscowość Berezówka. Do tamtejszej szkoły chodzi około 20 dzieci uchodźców. Dyrektorka Katarzyna Sobolewska mówiła niedawno naTemat, że właściwie nie zna dnia ani godziny, bo są dzieci, które zostają w szkole rok, dwa, ale są też takie, które pojawiają się tylko przez miesiąc. Za każdym razem trzeba zacząć uczyć je języka polskiego, integrować, pomagać. Jak nauczyciel poświęci czas, dziecko zaczyna rozumieć po polsku, cała rodzina nagle znika. Wyjechali gdzieś dalej, na Zachód.
Głośna muzyka, otwarta szyba, kolizje
W Górze Kalwarii uchodźcy najbardziej dali mieszkańcom w kość kilka lat temu. Wtedy mówiło się o rozbojach, aktach wandalizmu. Kupowali samochody i szaleli po mieście tak, jakby nie mieli prawa jazdy. ”Czy możemy czuć się bezpiecznie w Górze Kalwarii?” – zastanawiali się mieszkańcy w internecie.
– Sam byłem świadkiem, jak jechali z otwartymi szybami. Głośna muzyka. Jak w Groznym. Tylko kałasznikowów brakowało – mówi Piotr Chmielewski. Do dziś samochodowe rajdy się zdarzają. – Przed ośrodkiem jest wielki parking. Tam trzymają samochody – przyznaje Władysław Machowski. Ostatnio kolizji nie było. Ale wcześniej... Nawet komuś w parkan wjechali. I trudno było OC wymusić. Zaraz zbiegała się grupa kuzynów i znajomych z ośrodka. – Wszyscy nagle stawali się świadkami, że to nie on, że nie jego wina. Mieszkańcy w końcu machali rękami. Nie chcieli mieć kłopotów – mówi Piotr Chmielewski.
Już się przyzwyczaili
Dziś jest spokojnie. To przyznają. Mówią o drobnych incydentach, ale gdzie ich nie ma? Zwłaszcza, gdy różnice kulturowe są tak bardzo widoczne.

Opinie mieszkańców

1. Stoją na środku a jak ktoś jedzie to musi ich omijać poboczem. O ich stylu jazdy po okolicy nie wspomnę. Dlaczego jeżdżą samochodami po lesie, a jak już tam sobie biwakują to kto to posprząta? Jakie mają uprawnienia do jeżdżenia samochodami - może tym problemem ktoś się też zajmie - chciałbym chociaż na starość mieć takie auta jak ta,m stoją pod płotem - czy to z biedy? My mamy się bać we własnym kraju?

2. A kiedy z Biedronki w Czersku tłumnie okupowanej przez rezydentów tego ośrodka w godzinach wieczornych zostanie wycofana wieprzowina? Wszak to razi uczucia religijne jak mniemam.

3. Może ktoś się wreszcie zlituje i przemyśli temat, pod płotem przy byłej jednostce stoi sporo samochodów, one są na polskich numerach rejestracyjnych. Czyje są, czy mają opłacone OC, dlaczego jeżdżą po lesie i tam parkują? Nie któryś z władz przejdzie się drogą do Wicentowa i sam zobaczy - jak nie TIR to barany z ośrodka - bo jak można nazwać kierowcę, który pozwala by jechać z pootwieranymi drzwiami ale pasażer siedzi na drzwiach w otwartym oknie... Czytaj więcej

Takich ośrodków w Polsce jest kilkanaście. W Białymstoku, Białej Podlaskiej, Otrębusach, Bytomiu. Dzwonię do różnych instytucji, pizzerii, aptek, które znajdują się w pobliżu. Czasem położonych na tej samej ulicy co ośrodek. W kilku miejscach słyszę, że nic o ośrodku nie wiedzą. Ktoś pyta wspópracowników, czy tu jest "jakiś ośrodek". Mówią, że żadnych uchodźców nie widzieli. W Radzyniu Podlaskim mówią, że już się przyzwyczaili.
– Od dwóch lat nie było żadnych incydentów, które by sugerowały, że coś jest nie tak. Oczywiście uchodźcy są widoczni. Podróżują, pracują, robią zakupy. Ale też jest ciągła rotacja. Jedni odjeżdżają, drudzy przyjeżdżają. Myślę, że mieszkańcy już się do nich przyzwyczaili – mówi Tomasz Nieśpiał, szef lokalnej gazety ”Wspólnota”.

napisz do autora:katarzyna.zuchowicz@natemat.pl