Złoty chłopak z polskiego Lidla dostał awans do Niemiec. Teraz „zalidluje” całą Europę?

Polski prezes Lidla będzie teraz zarządzał polityką sieci handlowej w 26 krajach
Polski prezes Lidla będzie teraz zarządzał polityką sieci handlowej w 26 krajach fot. Anna Kraśko / Agencja Gazeta
Pamiętacie słynne wojny klientów w Lidlu? O karpia za złotówkę, o chodaki Crocs albo portfele Witchena? Stał za nimi jeden człowiek Michał Łagunionek, prezes Lidla w Polsce. To on decydował, aby na reklamy wydawać miliony złotych, przekonując Polaków, że Lidl to sklep z dobrymi polskimi produktami, a do tego równorzędny konkurent Biedronki.


W ubiegłym roku Lidl awansował do grona 20 największych polskich firm. Teraz w jednym roku sprzedaje produkty za 10 mld złotych. Na podobny wynik polskie Tesco pracowało 20 lat. Już widzę jak Dieter Schwarz, cesarz handlu w Europie, kontrolujący Lidla i Kaufland podnosi wzrok znad księgowych arkuszy z excela i woła ze swojego biura „dawać mi tu tego Polaka!”.


Michał Łagunionek z pozycji prezesa spółki w Polsce awansował właśnie na członka zarządu centrali Lidla w Niemczech. Jak to w Lidlu, gdzie mało kto wie jak wygląda kontrolujący sieć miliarder Dieter Schwarz, o spektakularnym awansie informuje zdawkowy, trzy-zdaniowy komunikat. Polak znalazł się w gronie kilku menedżerów, którzy trzęsą europejskim handlem kontrolując aktywa warte ponad 20 mld dolarów. Jakie dostanie zadanie? Tego spółka już nie komentuje. Pozostają domysły, że Polak może dostać zadanie kolonizacji rynku we Francji albo w USA, gdzie sieć planuje ekspansję.

Olga Grygier-Siddons, firma doradcza PWC

Kompetencje Polaków coraz częściej są doceniane na zagranicznych rynkach. Ma to także związek z pozycją gospodarczą Polski – znacznie trudniej wypłynąć na szerokie wody, kiedy Polska pozostaje rynkiem peryferyjnym. Wraz z rosnącym znaczeniem gospodarczym naszego kraju automatycznie rośnie rola menedżerów zarządzających tym obszarem w strukturach międzynarodowych korporacji. To ważny i trudny rynek, dlatego jeśli ktoś odniósł sukces u nas, zaczyna być to zauważane. 

Z punktu widzenia Lidl International Łagunionek to kozak jakich mało. 10 lat temu wszedłem przypadkowo do Lidla i zgłupiałem. Chciałem kupić dżem z Łowicza, ale była tylko Erdbeermarmelade zamiast herbatników były Butterplätzchen, na winach odpowiednik naszych kwasiorów – gazowane Lambrusco, którego bąbelki po pierwszym łyku wychodziły nosem. Mało kto pamięta, że sklep miał wtedy inne hasło: „Lidl jest tani”. Firma działająca w 26 krajach europejskich słynęła z tego, że sprzedawała to, co najtaniej udało się kupić lub zamówić na kontynencie. Parówki i wędliny były tanie, jednak tylko zjadliwe, a dżem zawierał 20 proc. owoców.
Michał Łagunionek, prezes Lidla Polska

Wina, które mieliśmy 10 lat temu w asortymencie nie dało się pić, a dziś jest już zupełnie inaczej. Posłuchaliśmy klienta, który wytknął nam błąd. Dziś mamy produkty, których na pewno się nie powstydzimy. Nie powstydzi się ich też konsument stawiając je na swoim stole, bo to jest coś, co jest dobre jakościowo. Podałem przykład wina, ale w innych obszarach jest podobnie i to klienci będą nam wyznaczać drogę

Michał Łagunionek został prezesem Lidla w 2005 roku i starał się pozamieniać obcobrzmiące etykiety na swojskie. Zainwestował w marki własne współtworzone z polskimi producentami. Na opakowaniach pojawiła się biało-czerwona flaga. Choć wydawało się polski handel został całkiem skolonizowany przez hipermarkety, szefowie Lidla szybko odkryli ich słaby punkt. W odróżnieniu od reszty mieszkańców Europy, Polacy lubią robić zakupy codziennie i za małe kwoty, a nie raz w tygodniu zapełniać spiżarnię zapasami. Stąd pomysły na inwestycję w wypiekanie pieczywa na miejscu, akcje promocyjne, tygodnie tematyczne podczas których oferowano produkty kuchni włoskiej czy francuskiej.

Choć to Biedronka pierwsza promowała się z pomocą kucharzy Macieja Kuronia i jego synów to Lidl pokazał Okrasę i Brodnickiego, a potem zakasował wszystkich akcjami reklamowymi. Takimi sztuczkami Łagunionek w 10 lat wprowadził niemiecki dyskont do pierwszej trójki największych sieci handlowych w Polsce. W 2014 roku sieć licząca 550 sklepów awansowała do pierwszej 20-tki największych firm w Polsce. Tuż za bankiem Pekao SA.


Na kłopoty Kowalski
Międzynarodowe korporacje kochają takich bohaterów. Same duszą się już we własnym sosie. Aby zdobyć jeden czy dwa procent udziałów rynku topią w reklamie olbrzymi kapitał. Z mizernego wzrostu gospodarczego w Europie w tradycyjnym biznesie nie da się wypracować spektakularnych wzrostów dających powód do rocznych premii. Jeśli ktoś w 10 lat potrafi zbudować 550 sklepów i wypracować ponad 10 mld przychodów na jednym z rynków UE szybko awansuje do innej ligi.

Jeszcze do niedawna szklany sufit wyznaczano Polakom na poziomie stanowiska szefów na Europę Środkowo Wschodnią. Dziś coraz więcej jest przykładów karier jak w ING, gdzie Brunon Bartkiewicz prezes ING Banku Śląskiego został szefem sprzedaży detalicznej w całej grupie bankowej. W rankingu Polaków na stanowiskach w korporacjach w czołówce wymieniano Ryszarda Malinowskiego, wiceprezesa Intela czy Michała Mrożka dyrektora odpowiedzialnego za globalny rozwój projektów strategicznych Citigroup. Polski rynek piwa to trudna szkoła biznesu dla Heinekena. Kto zostaje szefem Grupy Żywiec ten później awansuje na szefa w centrali.

Czy mamy coś czego nie mają inni? – Tak, w odróżnieniu od przeciętnych przedstawicieli białych kołnierzyków z Zachodu nam wciąż się jeszcze chce. Oni już są więźniami swojej stabilizacji. Chcą tylko wyjść z pracy o 16.00, a w piątek pojechać na weekend. Na tym tle Polacy wydają się wciąż głodni sukcesu, gotowi do wyrzeczeń dla kariery – komentuje prof. Janusz Filipiak, prezes Comarch, działającej na międzynarodowych rynkach firmy informatycznej.

Napisz do autora: tomasz.molga@natemat.pl