Pierwszy ukończony dom w Nieboczowach i jego właściciel - Władysław Dulim.
Pierwszy ukończony dom w Nieboczowach i jego właściciel - Władysław Dulim. Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta

Przenoszenie wsi to zjawisko dość niecodzienne. Być może komuś w pierwszym momencie narzuca się absurdalny obraz ogromnych lawet z zapakowanymi domami i uśmiechniętymi mieszkańcami machającymi z okien, ale zagadnienie w rzeczywistości wygląda zupełnie inaczej. W nowym miejscu stawia się potrzebną infrastrukturę i nowe domy, a stara wieś jest najczęściej równana z ziemią. Nieboczowy są najnowszym przykładem takiej sytuacji.

REKLAMA
Dawno, dawno temu...
Sam pomysł ma przeniesienie tej śląskiej wsi jest już bardzo stary. Naprawdę poważnie zaczęto go traktować po wielkiej powodzi w 1997 r. Chodzi o strategiczne położenie Nieboczowów, czyniące z tej wsi najlepszą lokalizację dla zbudowania zbiornika, który by chronił, ok. 2,5 mln ludzi z okolicznych miast i wiosek przed możliwymi falami powodziowymi.
Jak zauważa sołtys Krzysztof Szczotok obecnie wszystko jest już na dobrej drodze, ale początki wcale nie były łatwe. W 1998 r. Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej w Gliwicach zaczął agresywnie i autorytarnie, bez próby dogadania się z mieszkańcami, forsować projekt przenosin. Doprowadziło to do wieloletniego sporu, powstał Komitet Obrony wsi (przekształcony później w Stowarzyszenie na rzecz odtworzenia i rozwoju Nieboczowów), który hardo przeciwstawiał się całemu pomysłowi. Waśń nie wyszła na dobre żadnej ze stron, wydłużyła niemiłosiernie cały proces, wiele osób na własną rękę zaczęło miejscowość opuszczać.
Ręka wyciągnięta na zgodę
Jak to w życiu bywa wrogie nastroje z czasem opadły i w 2007 r. stosunki były na tyle dobre, że można było mówić o przyzwoleniu mieszkańców na cały projekt. Ich cierpliwość postanowiono jednak dalej poddawać próbie – prace ruszyły dopiero zimą 2012 r. Prawdopodobnie dlatego, że władze przez długi czas nie były do projektu tak naprawdę w pełni przekonane. Jak dodaje Szczotok mieszkańcy są obecnie pozytywnie nastawieni do całego projektu i nie jest to kwestią jedynie tego, że postawiono ich w sytuacji bez wyjścia. Mieszkańcom oczywiście żal jest opuścić stare domostwa, w których często spędzili całe swoje życie, aż od urodzenia. Jednak zrzucenie z siebie balastu ciągłych zmagań z podtapiającą ich wodą, a także możliwość przeprowadzenia się do świeżo wybudowanych obiektów stanowią plusy ich sytuacji.
Pierwsza rodzina już uczyniła najważniejszy krok i zasiedliła nowy dom, wszystkie będą to musiały zrobić do końca 2016 r. Wszyscy którzy się przeprowadzają otrzymali odszkodowania wyliczane indywidualnie w każdym przypadku (spór o ich wysokość był też wcześniej jednym z głównych zarzewi konfliktu, wielu nieboczowian czuło się potraktowanych nie fair).
logo
Wiele domów w nowej miejscowości nie jest jeszcze całkowicie ukonczonych. Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta
Prace ruszają pełną parą
Czesław Burek, wójt gminy mówi, że cały projekt obecnie znajduje się w połowie drogi. Większość elementów infrastruktury jest już ukończonych, bądź bliskich ukończenia (kanalizacja, oświetlenie, oczyszczalnia ścieków, drogi). W przyszłym roku planowane jest ukończenie budowy kościoła, rozstrzygnięto przetarg na budowę cmentarza (na którym liczba grobów znacząco przewyższy liczbę ludzi, którzy zamieszkają we wsi), w najbliższym czasie mają zostać rozstrzygnięte przetargi na boisko sportowe i budynek, który przy nim powstanie, a także dom kultury z remizą, park z wyspą pośrodku i siłownia. Powstało już 19 mieszkań, zlokalizowanych w 6 domkach (nie wszystkie ukończone). Siedem z nich zostało przez niebowczan wykupionych, 12 oddano do użytku lokatorskiego, dla tych, których na wykup nie było stać lub którzy z innych powodów preferowali takie rozwiązanie. Docelowo wieś ma się składać z 42 domostw.
Przypuszczalnie nowe Nieboczowy będą liczyć ok. 200 mieszkańców. Stara wieś kilka lat temu liczyła ok. 550 osób. Czy można było powstrzymać ich przed wyjazdem? Poprowadzić sprawy tak, by nie chcieli uciekać? Pewnie tak. Musiały jednak minąć lata, by na czele odpowiednich urzędów pojawiły się osoby z odrobiną woli i stanowczości i których stać było na poważny dialog z mieszkańcami. Czy ten smutny przypadek wsi, która się tak poważnie wyludniła będzie jakąś ogólną nauczką dla naszej polskiej administracji na przyszłość?

Napisz do autora: manuel.langer@natemat.pl