Debata Szydło-Kopacz udowodniła, że starcia w takiej formie są praktycznie bez sensu.
Debata Szydło-Kopacz udowodniła, że starcia w takiej formie są praktycznie bez sensu. Fot. PAP

Debata Ewy Kopacz z Beatą Szydło miała być decydującym starciem tej kampanii. Nie była. Przez pierwszą część była nudna, w później przerodziła się w wymianę ciosów, z której właściwie nic nie wynikało. Dlatego trudno oczekiwać, by któraś ze stron przeciągnęła znaczącą grupę wyborców.

REKLAMA
Rozmowa Szydło-Kopacz tylko utwierdziła nas w przekonaniu, które powstało po debatach prezydenckich: dzisiejsza formuła debat jest po prostu bez sensu. Sztaby narzucają telewizjom zasady, które właściwie uniemożliwiają dyskusję. Po pytaniach zadawanych przez dziennikarzy, kandydatki właściwie mówią co chcą, a prowadzący nie mają szansy ich przycisnąć.
Dlatego przez pierwszy kwadrans każdej z części słuchaliśmy mini-expose. Z kolei przy pytaniach wzajemnych, sztywny czas na odpowiedzi, riposty i polemiki z jednej strony odbierał dynamikę, a z drugiej nie pozwalał się rozwinąć. Kolejne debaty muszą być układane z myślą o wyborcach, a nie o politykach.
Kandydatki absolutnie niczym nie zaskoczyły. To oczywiście trudne w dzisiejszej polityce, ale jednak po kandydatkach na premiera można się spodziewać czegoś więcej. Tymczasem zarówno Kopacz, jak i Szydło brzmiały, jakby odtwarzały z taśmy kolejne fragmenty przemówień, których w ostatnich miesiącach wygłosiły dziesiątki, podczas kolejnych konwencji regionalnych i wieców.
Niestety dziennikarzom nie udało się sprowokować kandydatek do wyjścia poza ogólniki, bo nie mieli szansy dopytać. Dlatego przez dużą część wyborcy mieli ochotę przewinąć dalej.
Kobiety podnoszą poziom debaty publicznej? Nie sądzę. Między obiema kandydatkami na premiera było co najmniej tyle samo uszczypliwości, co podczas debat prezydenckich.
Co więcej, Andrzej Duda podczas pierwszego starcia tytułował konkurenta "panem prezydentem", dopiero w drugim z tego zrezygnował. Teraz doradcy zapewne podpowiedzieli Szydło, by nie mówiła "pani premier", a "pani przewodnicząca". Kopacz też nie pozostawała dłużna, mówiąc Szydło, że jej kandydatura na premiera może zniknąć.
Ta debata pozostała bez rozstrzygnięcia. Ani jedna, ani druga kandydatka nie znokautowała konkurentki. Beata Szydło miała całkiem sporo energii i dzięki temu trochę zerwała z wizerunkiem sennej. Ale PiS-owi trudno będzie wtłoczyć Kopacz w wizerunek rozhisteryzowanej.
Niestety żadna z pań nie pokazała się jako murowana kandydatka na premiera, która jest pewna tego, co mówi, która mówi od siebie, a nie wyuczonymi formułkami. Dlatego jeśli panie chciały przeciągnąć na swoją stronę dużą grupę wyborców, to poległy.
Druga szansa we wtorek, kiedy zmierzą się liderzy wszystkich komitetów. Ale tam kandydatki PiS i PO będą się bronić przed atakami konkurencji i raczej nie będą w stanie ugrać czegoś dla siebie.
Stąd też słabość poniedziałkowej debaty to wiatr w żagle pozostałych kandydatów, mobilizacja dla nich do jeszcze lepszego przygotowania się. Młodzi liderzy będą w stanie udowodnić swoje słowa, że są lepszą jakością w polskiej polityce. I dlatego to wtorkowa debata jest najważniejsza. Nie tylko w kontekście wyborów, ale w kontekście najbliższych lat naszej sceny politycznej.