Prof. Stanisław Swianiewicz - jako jedyny ocalał z "transportu śmierci".
Prof. Stanisław Swianiewicz - jako jedyny ocalał z "transportu śmierci". Fot. Domena publiczna

Trafił do piekła na ziemi, z którego nikt nie wychodził cało. Gdyby NKWD wiedziało, że Polak widział na własne oczy "ładowanie" jego rodaków do czarnych ambulansów, które dowoziły jeńców nad doły śmierci w lesie katyńskim, z pewnością by go zabito. Na szczęście prof. Stanisław Swianiewicz, cudem ocalały z Katynia, dożył sędziwego wieku - zmarł mając 97 lat.

REKLAMA
Swianiewicz, który przyszedł na świat 116 lat temu, uznany przedwojenny sowietolog, początkowo nie wiedział - bo nie mógł wiedzieć - co się stanie z Polakami znajdującymi się w sowieckiej niewoli. Podobnie jak tysiące rodaków, dostał się do niej w czasie walk w obronie Polski. 17 września 1939 roku, czyli agresja Związku Sowieckiego na polskie Kresy, przesądził o klęsce kampanii i losie tysięcy żołnierzy.
Sam naukowiec, a wcześniej weteran m.in. wojny polsko-bolszewickiej, walczył we wrześniu z Niemcami, a nie z Armią Czerwoną. Ale znalazł się w sowieckich rękach, wylądował najpierw w obozie przejściowym w Putywlu. Kolejnym etapem niewoli był pobyt w Kozielsku. To stamtąd oprawcy wywozili tysiące polskich oficerów na pewną śmierć w Katyniu.
W początkach kwietnia 1940 roku zaczęło się najgorsze. Zgodnie z zarządzeniem najwyższych sowieckich władz, a tym samym i Stalina, rozpoczęła się likwidacja obozu (podobnie jak i innych obozów: w Starobielsku i Ostaszkowie). Swianiewicz miał być jednym z wielu, dla których przewidziano śmierć od strzału w potylicę. Traf chciał, że podczas postoju na stacji Gniezdowo, skąd ładowano jeńców do podstawionych przez NKWD "autobusów", los był dla niego łaskawy. Wydarzenia z 30 kwietnia zapamiętał do końca życia.
Prof. Stanisław Swianiewicz

„Plac był gęsto obstawiony kordonem wojsk NKWD z bagnetem na broni. Była to nowość w stosunku do naszego dotychczasowego doświadczenia. Nawet na froncie, bezpośrednio po wzięciu nas do niewoli, eskorta nie nakładała bagnetów na broń. (...) Z drogi wjechał na plac zwykły pasażerski autobus, raczej małych rozmiarów w porównaniu do tych autobusów, do których jesteśmy przyzwyczajeni w miastach zachodnich. Okna były zasmarowane. Pojemność autobusu była około 30 osób, wejście dla pasażerów od tyłu. Powstawało pytanie, jaki był cel zasmarowania okien tego niedużego autobusu. Autobus podjechał tyłem do sąsiedniego wagonu, tak, że jeńcy mogli wchodzić bezpośrednio ze stopni wagonu, nie stąpając na ziemię. Z obydwu stron stali żołnierze wojsk NKWD z bagnetem na broni. Był to dodatek do gęstego kordonu otaczającego plac. Po półgodzinie autobus wracał, aby zabrać następną partię.

Dlaczego w ostatniej chwili darowano mu życie, choć znajdował się na liście przeznaczonych do zabicia? Prawdopodobnie Sowieci znali naukową działalność profesora, który zajmował się sprawami wschodnimi i ekonomią; mógł też zostać uznany za ważne "źródło informacji". Nie on jedyny zresztą, bo z obozów, z których kierowano wówczas Polaków na śmierć, ocalało prawie 400 jeńców. Nikt jednak, tak jak Swianiewicz, nie znajdował się już "w drodze".
- Motywy, dla których tym trzem procentom zdecydowano darować życie, są nie mniej, a nawet bardziej tajemnicze, niż motywy decyzji o fizycznej likwidacji pozostałych 97 proc. - pisał cudownie ocalony.
Prof. Stanisław Swianiewicz

Ten pobyt w pobliżu lasku katyńskiego zaciążył na całym moim późniejszym życiu. Od czasu, gdy w 1943 roku prawda o Katyniu stała się jasna, miałem ciągle poczucie, że jeżeli Opatrzność wyratowała mnie jedynego z czterech z górą tysięcy oficerów kozielskich więzionych na stracenie i pozwoliła osiągnąć świat ludzi wolnych, to wynika stąd, że ciąży na mnie jakiś obowiązek.

Mimo zachowania życia, a także amnestii dla obywateli polskich zarządzonej przez władze sowieckie latem 1941 roku, Swianiewicz jeszcze długo był ścigany przez komunistów. Więziono go w Smoleńsku i w Moskwie, a następnie zesłano do Republiki Komi. Wyniszczony ale żywy - dzięki zabiegom dyplomatycznym - osiadł na emigracji.

Napisz do autora: waldemar.kowalski@natemat.pl