Kim są "tragedy hipsters"? Łatwo poznasz ich po tym, że krytykują "zbytnie" opłakiwanie zamachów w Paryżu.
Kim są "tragedy hipsters"? Łatwo poznasz ich po tym, że krytykują "zbytnie" opłakiwanie zamachów w Paryżu. Fot. Shutterstock.com

Mody zmieniają się w dzisiejszych czasach z dnia dzień. Także te żałobne. Co świetnie widać w sieci, gdzie trend, by ozdabiać profile społecznościowe barwami Francji zastępuje prześciganie się na wypominanie tego, że świat współczuje Francuzom, gdy nie zainteresował się innymi narodami dotkniętymi terroryzmem. Zjawisko to doczekało się już swojej nazwy. Jeśli właśnie tak reagujesz na to, co dzieje się w ostatnich dniach, jesteś jednym z "tragedy hipsters".

REKLAMA
A Ty, wyśmiałeś już znajomego na Facebooku..?
Pierwszy tego określenia już dzień po zamachach w Paryżu użył amerykański dziennikarz Jamiles Lartey pracujący dla brytyjskiego dziennika "The Guardian". Jednego z tych mediów, które "tragedy hipsters" oskarżają o to, że życie Francuzów ma dla Zachodu większe znaczenie, niż życie Libańczyków, Syryjczyków, Irakijczyków, a nawet Rosjan. Bo po zamachach w Bejrucie, masakrach w Aleppo, codziennych atakach w Bagdadzie i zamachu na rosyjski samolot nie robiono wielodniowych relacji na żywo i nie ogłaszano "wojny".
logo
Oto jeden z ulubionych memów "tragedy hipsters". Fot. Wykop.pl
W podobnym tonie pisała w poniedziałek w naTemat też Kalina Chojnacka, która przypominając o innych niedawnych zamachach na Bliskim Wschodzie i w Afryce oceniła, iż "płaczemy wybiórczo". Czego dowodem ma być na przykład nieświadomość większości z nas o tym, co wydarzyło się w tym roku w kampusie jednego z kenijskich uniwersytetów, którego oblężenie trwało prawie 20 godzin, w wyniku czego zginęło 148 osób, a kilkadziesiąt zostało rannych.
Moda, a nie troska
To prawda, że choć bilans ofiar był podobny do tego w Paryżu, to o kwietniowej masakrze w Kenii przestaliśmy pisać dość szybko, bo i szybko skończyło się zainteresowanie tą sprawą. Podobnie było z wieloma innymi takimi przypadkami. Być może rzeczywiście to błąd. Trudno jednak nie przyznać racji Lartey'owi, że dziś dyskusja o tym przypomina "hipsterskie" przechwałki "Stary, ja przejmuję się cierpieniem i śmiercią, o której ty nigdy nawet nie słyszałeś...".
O ile pierwsze głosy nawołujące do refleksji w tej sprawie miały jeszcze jakąś wartość, o tyle kolejne retweety i udostępnienia felietonów, czy komentarzy na ten temat sprawiają jest już tylko coraz bardziej kuriozalne. Bo można odnieść graniczące z pewnością wrażenie, że absolutna większość dzisiejszych "tragedy hipsters" sama nie miała pojęcia o skali cierpienia w innych miejscach świata, nim nie znalazła na Facebooku pierwszego komentarza hejtującego "zbytnią" solidarność z Francją.
Co jest złego w opłakiwaniu Paryża?
Wszystko to ma jednak jeszcze dwa inne tła. Po pierwsze, "tragedy hipsters" sugerują, że w naszym poruszeniu atakiem na Francję jest coś niewłaściwego. A to niby dlaczego?! Cóż jest złego w tym, że cały tzw. świat zachodni przeżywa dziś to, iż zaatakowano jedną z jego ikon i kolebkę tak cywilizacji chrześcijańskiej, jak i nowoczesnej wolności w najlepszym jej rozumieniu?
Dick Peeters
psycholog i terapeuta

Można mieć najbardziej otwarty jak to możliwe umysł i szanować na równi każdego człowieka, ale nawet te cechy nie zatrzymają tego, że o wiele bardziej dotknie nas tragedia sąsiada lub przyjaciela niż te, które przeżywają ludzie zupełnie nam nieznani.

W ten sposób na powyższe pytania odpowiada Dick Peeters, psycholog z Holandii – jednego z przecież najbardziej kosmopolitycznych i otwartych krajów. W rozmowie z naTemat Peeters zwraca też uwagę na drugą kwestię, której nie dostrzegają "tragedy hipsters". Jego zdaniem, nie można bowiem odrzucać świadomości, iż już od kilku dekad terroryzm jest po prostu codziennością w krajach Bliskiego Wschodu i dlatego reagujemy na tamtejsze wydarzenia inaczej.
– To bardzo przykre, ale trudno z pełną powagą twierdzić, że zamachy w Bejrucie i Bagdadzie to nic innego niż wydarzenia w Paryżu. Tam do przemocy większość jakoś przywykła, ma się tam świadomość codziennego zagrożenia. W Paryżu, Amsterdamie, Berlinie, czy Warszawie nikt nie musiał się dotąd tak bardzo bać. Dlatego to robi na ludziach zupełnie inne wrażenie. I nie można im z tego powodu robić zarzutów – ocenia.

Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl