
Warszawa nie jest jako miasto miejscem, które łatwo da się polubić. Pierwsze wrażenie ludzi, którzy tu przyjeżdżają za tzw. "lepszym życiem" zwykle jest podobne – są rozczarowani. Powiedzmy sobie otwarcie: estetycznie to miasto jest po prostu brzydkie, w porównaniu choćby z Krakowem czy Gdańskiem. Co nadaje mu duszę? Sprawia, że jest niepowtarzalne i że można je pokochać?
REKLAMA
Przywołany Kraków jest jedną z wizytówek naszego kraju. Za granicą, jeśli ktoś wspomina naszą część Europy, to najczęściej wymienia Pragę i właśnie naszą dawną stolicę. Centrum miasta jest wspaniałe ze swoim przepastnym rynkiem, wąskimi uliczkami oplatającymi go pierścieniem, imponującą architekturą i uniwersytecką atmosferą. Do tego dochodzą Planty i malownicza dzielnica żydowska.
To miasto zdecydowanie ma duszę, urzeka i można je pokochać. Nawet Katowice, z którymi jestem emocjonalnie silnie związany, choć większości ludzi się nie podobają, to są jednak zdecydowanie "jakieś". Mocno po-industrialne, z wieloma stylowymi poprzemysłowymi budynkami, agresywne i dynamiczne. Do tego dochodzi Nikiszowiec – bardzo specyficzna górnicza dzielnica z urokliwymi ceglastymi budynkami i niezwykłą atmosferą.
Jeśli chodzi o stolice europejskie z tych mi osobiście znanych, to każda z nich ma swój bardzo wyrazisty klimat. Berlin ze swoim ćpunowsko-dworcowym Alexanderplatz, upstrzonym na obrzeżach tandetnymi kolorowymi neonami barów. Jest też imponująca z daleka katedra Berliner Dom, która z bliska raczej bawi, niż zachwyca swoimi karykaturalnymi, topornymi rzeźbami.
Londyn też jest bardzo wyrazisty. Na każdym niemal rogu napotkamy pomniki odwołujące się do wielkiej przeszłości Anglii, często wystawione w hołdzie przez ujarzmione narody i terytoria. Kolorytu miastu nadają taksówki, rozległe parki i nigdy nie kładące się spać Soho, z jego młodymi "krawaciarzami" zasypiającymi po imprezie na przystankach autobusowych. Tym miastom, czy się je lubi czy nie, charakteru nie można odmówić.
Bardzo długo szukałem w Warszawie czegoś, co mógłbym nazwać jej duszą. Problem z tym miastem polega na tym, że jest ona niestety zlepkiem socjalistycznej szpetoty i jeszcze chyba od niej gorszego postmodernizmu. Na pewno wyglądałaby inaczej, gdyby nie nieszczęścia II WŚ i bezmyślne zniszczenie jej przez Hitlerowców. Nie przekonują mnie ani bloki z wielkiej płyty, ani nie współgrające z sobą wieżowce "polskiego Manhattanu". Nowoczesny budynek wciśnięty między ładne kamienice na Chmielnej 25 budzi jedynie moją złość.
Saska Kępa jest fajna, ale ze względu na chmary przewalających się tam codziennie młodych ludzi, a nie wątpliwy klimat jej uliczek sam w sobie. Mazowiecka to zaledwie parę klubów i nie jest na miarę miasta, które ma ambicję być stolicą Europy środkowo-wschodniej. Praga jest robotnicza, agresywna, najbardziej może prawdziwa, ale to jej własna atmosfera, której nie narzuca całemu miastu. Kabaty są typowo podmiejskie (tak samo kilka innych dzielnic), jakkolwiek urokliwe ze swoimi licznymi zielonymi obszarami i spokojnymi osiedlami. Nowo otwarte latem bulwary wiślane to świetne miejsce, by pospacerować lub przycupnąć w jednym z okolicznych pubów, jednak poza sezonem wymierają i zupełnie tracą swój czar.
Stolica jest wyjątkowo bogata w parki, jednak najczęściej są one zaniedbanie, miasto w nie nie inwestuje i z wyjątkiem Łazienek zdecydowanie prezentują się poniżej swoich możliwości. Obszary zielone nie tworzą też takiego kompleksowego zespołu jak im podobne w przywołanym Londynie. Na pewno Warszawy też nie określa korporacyjny Mordor na Domaniewskiej. To zagłębie firm nie ma żadnego wyrazu i niczym się nie różni od setek innych miejsc tego rodzaju na całym świecie.
Długo się zastanawiałem nad duszą Warszawy, włócząc się często po Krakowskim Przedmieściu, jego najbardziej reprezentacyjnej ulicy. I nagle zrozumiałem, że odpowiedź miałem cały czas na wyciągnięcie ręki, tyle że byłem na nią ślepy. Magię miastu nadawała ulica, po której się wielokrotnie przechadzałem i jej okolice – Stare Miasto, Nowy Świat, odgałęzienia. Pierwszy raz poznałem to miejsce zapełnione turystami i rodzinami z dziećmi w jakiś weekendowy dzień. To odbierało mu atmosferę sprawiało, że było nijakie. Nie przyszło mi do głowy, by przyjrzeć się Krakowskiemu Przedmieściu zupełnie świeżym okiem w powszedni dzień. Wolnemu od bezbarwnych tłumów, okazjonalnych straganowych budek i znudzonych twarzy.
Nie zauważyłem początkowo, że atmosfera tego miejsca w pewne dni i zwłaszcza w pewne godziny jest daleka od nijakiej, a twarze ludzi jakby mniej zmaltretowane przez życie od tych codziennie widzianych po pracy w metrze. Wtedy, gdy już się nie musiałem przepychać przez grupki fotografujących wszystko Japończyków, chmary Hiszpanów i gdy przestałem o nim myśleć jako o atrakcji turystycznej, a po prostu jako o miejscu, gdzie toczy się życie – wtedy dopiero zrozumiałem.
Architektura Krakowskiego Przedmieścia jest świetna, zachwycają budynki kampusu uniwersyteckiego, dawne pałace arystokracji, Chrystus uginający się pod krzyżem przed jednym z kościołów i tych kilka wąskich uliczek Starego Miasta, po których niosą się często piosenki ulicznych muzyków. Każdego wieczora niebo, "które jest swoistym morzem, zawieszonym nad horyzontem", jakby powiedział Proust, zamyka się w wąską rzekę pomiędzy kamienicami Nowego Świata, by rozlać się szerszym strumieniem na wysokości Krakowskiego Przedmieścia A całe widowisko kończy się nieraz spektakularnym zachodem słońca na wysokości Kolumny Zygmunta.
Warszawa ma coś jeszcze nietypowego, co nadaje jej charakter, choć mi osobiście jest w niesmak. W niektórych jej częściach na co drugiej ulicy zobaczymy dumne oświadczenia w stylu "w tej kamienicy przez rok mieszkał Iwaszkiewicz". Przyjezdny może więc odnieść wrażenie, że Warszawa to miasto skupione na swej przeszłości, a nie przyszłości. A ta pierwsza może mu się wcale nie wydać chlubna i wielka (choć powinna!!!) jeżeli ktoś za ważną i wartościową uznał podaną na tabliczce informację, że w tej kamienicy 90 lat temu często kawę pijał iksiński. A na inne – te bardziej ważne – po prostu nie trafił.
Napisz do autora: manuel.langer@natemat.pl
