Emigrację polityczną łatwo deklarować, ale większości na nią po prostu nie stać. W zjednoczonej Europie coraz trudniej też znaleźć bezpieczne miejsce dla ewentualnego uchodźcy politycznego.
Emigrację polityczną łatwo deklarować, ale większości na nią po prostu nie stać. W zjednoczonej Europie coraz trudniej też znaleźć bezpieczne miejsce dla ewentualnego uchodźcy politycznego. Fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta

"Spadam z takiego kraju" i wiele bardziej dosadnych deklaracji tego typu coraz częściej pada z ust tych Polaków, którym nie podoba się, że PiS zaczął obalanie III RP i upodabnianie kraju do orbanowskich Węgier. Im Jarosław Kaczyński silniej będzie ograniczał demokrację i zaciągnie do tego służby, tym takich deklaracji będzie tylko więcej. Ale wątpliwe, by nagle zabrakło biletów na loty w jedną stronę z Polski. Bo emigracja polityczna jest dużo trudniejsza od tej ekonomicznej.

REKLAMA

Emigruję, jak to łatwo powiedzieć... Straszenie wyemigrowaniem pierwsza głośno zaczęła jeszcze przed wyborami parlamentarnymi Katarzyna Kopacz-Petranyuk. – Boję się rządów PiS, Kaczyńskiego i Macierewicza. Jeśli oni wygrają, to wyjedziemy do Kanady – oznajmiła w jednym z wywiadów córka ówczesnej premier Ewy Kopacz. – Półksiężyc i burka im na drogę – zareagowała prof. Krystyna Pawłowicz z Prawa i Sprawiedliwości. W krytyce podnoszenia takiego argumentu wtórowało jej wówczas jednak nie tylko wielu sympatyków prawicy, ale i spora część umiarkowanych Polaków, którym nie spodobała się ta mało patriotyczna postawa.

Po zaledwie miesiącu rządów PiS jednak tylko wzrasta liczba tych, którzy chętnie podziękowaliby za przymus budowania IV RP, czy nawet konieczność przyglądania się tej budowie wymuszającej rozbiórkę demokracji. Sprawdzają się dane z przedwyborczego sondażu SW Research dla „Newsweeka”, które wskazywały, że co czwarty młody Polak rozważy emigrację po tym, gdy PiS przejmie kontrolę nad państwem.

Nie każdy ma ochotę brać udział w wojnie. A wygląda na to, że będzie niczym w latach 80-tych, gdy pół kraju należało do "Solidarności", a drugie pół do PZPR. Ja nie mam ochoty i czasu ani angażować się w ten cały Komitet Obrony Demokracji, ani tym bardziej przymilać się PiS. Szczególnie, że raczej będę na ich celowniku, bo działałam w Młodych Demokratach, angażowałam się w zachęcanie do głosowania za przystąpieniem do UE...

Magdalena

29-letnia urzędniczka samorządowa z Pomorza

Przyznaje ona, że jeśli sprawy w kraju w jakiś niespodziewany sposób szybko się nie zmienią, to emigracja brzmi, jak wybawienie. Jednak tylko do momentu, gdy Magda nie pomyśli o szczegółach ucieczki przed PiS.

Spalić mosty – Jeśli mielibyśmy wyjechać, to całą rodziną. Co najmniej mąż, dwójka dzieci i ja. A samotnej mamy też nie chciałabym tu zostawiać. No i okazuje się, że jesteśmy uziemieni. Mąż jest inżynierem, więc pewnie bez problemu dostanie pracę. Ja jednak skończyłam prawo, a później nie poszłam na aplikację, tylko zaczęłam karierę urzędniczą. W Wielkiej Brytanii czy Irlandii kontynuować tej ścieżki nie mogę. Zostaje coś poniżej kwalifikacji. A dzieciaki? Mają tu przyjaciół. Mama słabo mówi po angielsku. Poza tym, ile to wszystko by nas kosztowało... – wylicza problemy uniemożliwiające szybką emigrację.

O tym, że ucieczka przed kiepską sytuacją polityczną zdaje się być o wiele trudniejsza niż emigracja ekonomiczna przekonuje też Rafał, 35-latek z Wrocławia, który już raz przed IV RP uciekł i w latach 2005-2009 zarabiał w Irlandii na rozkręcenie własnego biznesu w kraju.

Wtedy nawet nie myślałem o kwestiach politycznych. Jak wyjeżdżałem, to chyba jeszcze trwały te słynne negocjacje koalicyjne PO-PiS. Wylatywałem, bo nie było pracy, a Dublin nią kusił. Dopiero potem cieszyłem się, że mnie nie ma na co dzień w tym burdelu, który Kaczyński urządził z Lepperem i Giertychem. Ale pomimo tego, jak człowiek emigruje za pieniędzmi, to robi to tak, że ma gdzie wrócić, nie przenosi całego życia. Teoretycznie mam gdzie zwiewać przed nowym cyrkiem. W Irlandii wciąż mam przyjaciół i rodzinę, bo latając do mnie moja siostra poznała tam swojego męża. Ona tam zakłada nową rodzinę, ale też cieszyła się, że ma rodzinny dom tutaj. Ostatnio naprawdę codziennie myślę o emigracji, ale musiałbym chyba zrobić most powietrzny i wziąć na to kredyt. No i zamknąć firmę, która sobie nieźle radzi, ryzykując z przenosinami jej tam

Rafał

35-latek, przedsiębiorca z Wrocławia

Rafał dodaje, że z żoną zaczęli dyskutować o "planie awaryjnym". Korzystając z bliskości niemieckiej granicy mogliby przecież przenieść się właśnie za Odrę, ale wtedy pojawiają się nowe przeszkody takie, jak bariera językowa. – Po niemiecku mówi trochę tylko moja żona, ja i dzieciaki ni w ząb. Ale tam zaraz dla Polaków nie będzie pewnie miejsca, bo nasze miejsce zajmują uchodźcy. Człowiek więc dużo gada, że chciałby uciec, ale jak przychodzi co do czego trzeba wytrzymać tę duszną atmosferę. Może jeśli nam osobiście chcieliby się dobrać do tyłka, to byśmy mieli motywację, by więcej rzucić i szybciej emigrować – stwierdza.

Uchodźcą nie będziesz W tym kontekście warto jednak przypomnieć, że kto napyta sobie zbyt dużych kłopotów sprzeciwiając się nowej władzy, temu raczej trudno będzie znaleźć naprawdę bezpieczne schronienie w Unii Europejskiej. Dopóki Polska będzie jej pełnoprawnym członkiem, nadwiślańskie organy ścigania będą mogły praktycznie z automatu korzystać ze współpracy z europejskimi partnerami i dzięki temu ściągać takie osoby do polskich aresztów. Obywatelom kraju członkowskiego Unii niezwykle trudno byłoby też liczyć na otrzymanie statusu uchodźcy politycznego u któregoś z innych członków UE.

To jednak oczywiście skrajne przypadki, do których miejmy nadzieje nie dojdzie. Większość deklaracji o potencjalnej emigracji wynika tylko wyłącznie ze wstydu, jaki PiS może nam zapewnić na międzynarodowej arenie i atmosferze, którą wprowadza w kraju. To potrafi skutecznie odstraszyć, ale przeważnie na deklaracjach się kończy.

Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl