Przygody "Wikingów" nadal wciągają?
Przygody "Wikingów" nadal wciągają? Fragment plakatu zapowiadającego serię.

Więcej krwi, więcej walk. Śmierci na milion sposobów i widok oderwanych kończyn. Jeszcze więcej postaci i pewnie całe multum wątków. Skandynawia, Brytania, wybrzeża Francji. Gdzie jeszcze popłyną łodzie Wikingów? Zastanawiam się, czy będzie mnie to obchodzić. Serial z sezonu na sezon jest coraz gorszy. Jak dla mnie, mogłoby już go po prostu nie być. Zatracił mnóstwo z tego, co stanowiło o jego sile. Czy ostatnio oglądałem go już tylko z przyzwyczajenia i dlatego, że byłem wcześniej nim zauroczony? Chyba tak.

REKLAMA
Pamiętam co mnie wciągnęło w emocjonowanie się perypetiami grupki dawnych mieszkańców Skandynawii. Nigdy nie byłem jakimś szczególnym fanem kultury nordyckiej. Nie miała ona dla mnie tego pociągu co kulturalnie rozpasany i barwny Rzym, czy pasjonująca rywalizacja diadochów Aleksandra Wielkiego. Surowe krańce północnej Europy nie wywoływały u mnie wielkiego pociągu. Zimno, ubogo i brudno – tak je postrzegałem.
Do "Wikingów" podszedłem więc bez większych oczekiwań, nie jako miłośnik ich historii, ale raczej fan dobrze zrobionych seriali kostiumowych. Ku mojemu zaskoczeniu, bardzo szybko wciągnęła mnie historia tych nordyckich wojowników. Ale rzeczy, które mnie do tego cyklu przekonały na początku, w późniejszych sezonach stopniowo znikały.
Fascynująca była przede wszystkim dla mnie postać Ragnara Lothbrocka. Duża w tym zasługa grającego go Travisa Flimmela. Stworzył postać mocno charakterystyczną, przyciągającą uwagę i zagadkową. Niby pierwszy sezon pokazywał jego karierę w stylu oklepanego już niemiłosiernie "from zero to hero", ale było to naprawdę dobrze zrobione. Z pomysłem, trzymało widza w napięciu.
Historia była w zasadzie prosta i nieskomplikowana. Scenarzyści nie musieli wplatać weń multum wątków by ją wypełnić treścią. Było dużo dobrych kadrów pokazujących zwykłe życie w tamtych czasach, a także zwyczajnie prezentujących ten specyficzny świat – nabrzeżną wioskę z wikińskimi łodziami i ich wszechobecne lasy, nad którymi czuwali bogowie.
Świetnym pomysłem było robienie w pewnych momentach z serialu pretekstu do pokazania nordyckich obyczajów. Barwne i krwawe ceremoniały w Uppsali, rytuał orła, pogrzeb jarla, postać jasnowidza z fantastyczną chatką – to przykuwało uwagę. Było czymś zupełnie innym, bardzo świeżym.
Tyle, że od drugiego sezonu rozpoczęło się zwykłe odcinanie kuponów. "Wikingom" przytrafiło się to, co niestety przytrafia się większości seriali: pomysłowość i inwencja zostały zastąpione prostym hasłem "więcej wszystkiego". Więcej walk, więcej postaci, więcej wątków, więcej zawiłości i niewiarygodnych zwrotów akcji. Słowem - bezmyślne zapełnianie treścią, której najwyraźniej zabrakło.
logo
O atrakcyjności serialu kiedyś zadecydował oryginalny, sugestywny klimat. Czy późniejsze sezony go podtrzymały? Screen YouTube, kanał IGN
Przede wszystkim najbardziej ucierpiała postać Ragnara. Z sezonu na sezon jest on coraz bardziej spychany na dalszy plan i coraz trudniej się jego przygodami emocjonować. Jest już tylko sprytnym władcą zasiadającym na swym tronie, wokół którego krzątają się inne postaci. A te nie potrafią już tak mocno zaangażować jak on. Niezależnie czy jest to Björn, Lagertha, czy Floki.
Andre Malraux napisał kiedyś "być królem – to idiotyczne. Ważne jest stworzyć królestwo" ("Droga królewska"). Być może nieco w duchu tego należałoby stwierdzić, że "Wikingowie" stracili już swoją atrakcyjność dlatego, że główny bohater już do niczego konkretnego nie zmierza. Oś akcji skupia się na jego nowych pomysłach na poszerzenie i umocnienie swej władzy. Nie ma już jednak mowy o tak ewidentnym, sukcesywnym pięciu się wzwyż, jak to miało miejsce w pierwszych odcinkach. Zmienia się jedynie sceneria walk i nie jest już ona tak atrakcyjna i świeża jak u początku.
19 lutego na kanale History będzie miała premiera czwartego sezonu. Nie będę czekał na niego z wypiekami na policzkach. Nawet nie wiem, czy będzie chciało mi się śledzić losy lubianych niegdyś bohaterów. Bo czy po obejrzeniu i przeczytaniu zapowiedzi mogę liczyć na to, że czeka mnie jeszcze coś naprawdę świeżego? Wątpię. Lepiej już poszperać w sieci i zainteresować się jakąś z nowych przygotowywanych produkcji.

Napisz do autora: manuel.langer@natemat.pl