Dariusz Morsztyn i jego zaprzęg.
Dariusz Morsztyn i jego zaprzęg. Fot. Facebook.com/biegnacywilk

1000 kilometrów do przebycia, mordercze warunki pogodowe: temperatura spadająca nawet poniżej 40 stopni Celsjusza, niebezpieczne zamiecie śnieżne, wokół tylko tundra i stada reniferów - tak w skrócie wygląda trasa oddalonego najbardziej na północ i jednego z najtrudniejszych wyścigów psich zaprzęgów na świecie – Finnmarksløpet. Na starcie stawiają się zazwyczaj norwescy zawodnicy - najlepsi z najlepszych. W tym roku Polak może im utrzeć nosa. Dotąd ta sztuka nie udała się nikomu z Polski. – Czasem zadaję sobie pytanie: po kiego grzyba ty się w to pchasz? – opowiada nam Dariusz Morsztyn, uczestnik wyścigu.

REKLAMA
Zawody psich zaprzęgów w Norwegii to chleb powszedni i co roku zmaganiami maszerów ekscytuje się pokaźna liczba fanów tego zimowego sportu. Finnmarksløpet zalicza się do najważniejszych zawodów na świecie w tej kategorii. Żeby mieć pojęcie o popularności tego rodzaju wyścigów, Dariusz Morsztyn porównuje to wydarzenie do amerykańskiego finału Super Bowl, który z zapartym tchem śledzą bez mała wszyscy Amerykanie. I przytacza dane, które nie pozostawiają złudzeń.
logo
Dariusz Morsztyn pierwszego psa zaprzęgowego kupił na początku lat 90-tych. YouTube.com/SturnusSturnus
W marcu, kiedy startuje wyścig, zmaganiom około stu zawodników i ich psów przygląda się pokaźna publiczność - w sieci wyścig ma zazwyczaj ok. 100 mln odsłon. Bieg Finnmarksløpet ma długą tradycję - jego pierwsza edycja miała miejsce w 1981 roku. O tym, jak duży dystans jest do pokonania świadczy porównanie, którym posługuje się polski uczestnik wyścigów. Jak mawia, zawody rozgrywane są na terenie wielkości Polski.
Samych uczestników niektórzy pewnie nazwaliby szalonymi - no bo przecież kto dobrowolnie decyduje się na kilkunastodniowy morderczy wyścig na nieludzkim mrozie? Do tego mało snu, pośpiech, a za to wszystko trzeba przecież jeszcze słono zapłacić! Dariusz Morsztyn nie miał jednak wątpliwości - warto zacisnąć zęby i ruszyć w tę niezwykłą podróż. I choć w Polsce zawody psich zaprzęgów nie elektryzują tłumów, to mężczyzna od 25 lat z powodzeniem udowadnia, że u nas też jest miejsce dla miłośników tej mroźnej dyscypliny.
"Na pierwszego wydałem roczną pensję"
Dariusz Morsztyn mieszka z żoną i synami na mazurskiej wsi, od kilku dni jest 50-latkiem, a psami wyścigowymi zajmuje się już ćwierć wieku. I choć dzisiaj przygotowania do wielkiej podbiegunowej wyprawy idą pełną parą, to początki przygody z tą pasją do łatwych nie należały. – Pierwszego psa kupiłem na początku lat 90. Kosztował fortunę. Musiałem na niego wydać równowartość rocznej nauczycielskiej pensji. Proszę sobie wyobrazić więc, jaki to był wydatek! Żeby kupić psa, musiałem mocno zaciskać pasa – opowiada Morsztyn.
Dzisiaj mężczyzna może pochwalić się pokaźną gromadą psów. Skromne początki to przeszłości - obecnie stado składa się z 40 psów ras: alaskan malamute, syberian husky i alaskan husky. Wszystkie noszą wdzięcznie brzmiące eskimoskie imiona. – Są wśród nich obżartuchy, niejadki, wylewne psy i te bardziej skryte, są takie, które są towarzyskie i te mniej ufne - zupełnie jak u ludzi – opowiada o swoim stadzie Morsztyn. Część z nich już niebawem razem ze swoim właścicielem pozna smak prawdziwej przygody.
logo
Część stada należąca do pana Dariusza. Facebook.com/biegnacywilk
"Romantyczne zorze i codzienne sprzątanie psich kup"
Takie stado to dla właściciela spore wyzwanie. Dariusz Morsztyn, do którego przylgnął przydomek "Biegnący Wilk", z rozbrajającą szczerością przyznaje, że zajmowanie się psami wyścigowymi, nie jest dla tych, którzy lubią robić coś na pół gwizdka. – Temu trzeba się całkowicie poświęcić. Całe życie musi być podporządkowane psom – mówi. I nie ma w tym chyba przesady, bo kiedy dzwonimy do pana Dariusza, właściciel psów sprawia wrażenie zabieganego. Karmi psy, sprząta w ich kojcach, albo idzie z nimi pobiegać. I tak w kółko. Jak twierdzi, taki rodzaj zaangażowania wcale mu nie przeszkadza, ale - jak dodaje - kij ma dwa końce.
Dariusz Morsztyn, właściciel psów zaprzęgowych

Z jednej strony posiadanie psów zaprzęgowych i branie udziału w zawodach oznacza zapierające dech w piersiach zorze polarne i inne romantyczne zimowe widoki, a z drugiej strony, to po prostu sprzątanie psich odchodów. Tak to właśnie wygląda.

logo
Piękne widoki? Ich uczestnicy wyścigów psich zaprzęgów mają co niemiara. Fot. biegnacy-wilk.pl
O swoich psach Morsztyn mówi: "perfekcyjne maszyny do biegania". – Gdyby z nimi nie biegać, z tych perfekcyjnych maszyn do biegania, zamieniłyby się w niedołężne kanapowce – twierdzi. Więc z nimi biega. Co najmniej kilka razy w tygodniu. Chociaż - jak przyznaje - zima w tym roku nie sprzyja. – Z saniami nie biegaliśmy jeszcze ani razu, bo śniegu nie było – mówi z żalem. Jego psy też się niecierpliwią. Każdy po swojemu znosi te niezimowe warunki.
Zaprzęg, którym Morsztyn ruszy na podbój Norwegii będzie liczył 16 psów. Teoretycznie, psy tej rasy mogą dziennie pokonać dystans 200 km. Czy im się to uda? To zweryfikuje dopiero wyścig. Każdy z psów, które wyruszą z Morsztynem do Norwegii ma inny charakter, inne potrzeby. – Psy wyścigowe, tak jak ludzie, mają różne usposobienie, a podczas takiego wyścigu, trzeba bacznie obserwować cały zaprzęg i mieć oczy dookoła głowy, tak żeby nie przeoczyć żadnego sygnału od psa – tłumaczy.
Na podbój norweskiej trasy!
Decyzja o podjęciu wyzwania, jakim jest próba przebycia 1000 km podczas jednego z najtrudniejszych długodystansowych wyścigów psów zaprzęgowych na świecie, przyszła naturalnie. Wcześniej Morsztyn już 3-krotnie próbował swoich sił w tych zawodach. Dwukrotnie na dystansie 500 km i raz na trasie 1000 km. Mimo tego że silne zamiecie śnieżne dwukrotnie krzyżowały mu już plany i tylko raz udało mu się szczęśliwie dotrwać do końca wyścigu (na dystansie 500 km), to przez myśl mu nie przeszło, żeby zwieszać nos na kwintę.
Zamiast rezygnacji, Morsztyn czuje niedosyt i podekscytowanie. Zresztą nasz rozmówca nie jest klasycznym zawodnikiem. Owszem, startuje w wyścigu, ale nie idzie mu o miejsce na podium, dobry czas czy rozgłos. Mężczyzna nie uznaje rywalizacji tam, gdzie w grę wchodzą zwierzęta i dzieci. Wyścig psów zaprzęgowych u Morsztyna to część jego życiowej filozofii i stylu życia. – Nie traktuję tego wyczynowo, powiedziałbym, że bardziej przygodowo – wyjaśnia.
logo
Facebook.com/biegnacywilk
Nie jest dla niego ważne, z jaką lokatą dojedzie na metę i czy w ogóle. – Już podjęcie samego trudu, możliwość wykorzystania naturalnej potrzeby do biegania psów i bycie blisko natury, z którą staram się żyć w zgodzie, jest dużą nagrodą. To również swoista walka o siłę, sprawność i godność mnie samego, psów i przyrody jako takiej – podkreśla.
"Muszę przeganiać z siebie lenia"
Na co dzień właściciel gromady pięknych Alaskan Husky nie zaprząta sobie głowy czarnymi scenariuszami. Wiadomo, że wiele może pójść nie tak, a wyścig jest bardzo niebezpieczny, zarówno dla niego, jak i psów. – Obawiam się np. że nie zdołam wystarczająco dobrze wytrenować psów, że trasa okaże się zbyt trudna, że po drodze złapie nas burza śnieżna. Mam w sobie sporo pokory i wiem, że dużo może pójść nie po mojej myśli, ale jednocześnie ufam, że mogę dotrwać do końca wyścigu i przekroczyć linię mety – mówi.
Kiedy podczas przygotowań przychodzą chwile zwątpienia, Morsztyn przyznaje, że po głowie latają mu różne myśli. – Czasem sobie myślę, że lepiej by było położyć się na kanapie i pooglądać telewizję, a nie biegać z psami przygotowując się do ekstremalnej podróży. Temu podszeptowi ulega dzisiaj cały świat. Ja staram się nie dawać. Uważam, że utrzymanie dobrego ducha i ciała to nasz obowiązek. W życiu nie chodzi przecież o nabijanie kabzy korporacjom, tylko o samodoskonalenie i stawianie sobie poprzeczki coraz wyżej – tłumaczy. Czego sobie życzy przed wyścigiem? – Żeby mocno trzymać za mnie kciuki! – mówi.

Napisz do autora: dominika.majewska@natemat.pl