
1000 kilometrów do przebycia, mordercze warunki pogodowe: temperatura spadająca nawet poniżej 40 stopni Celsjusza, niebezpieczne zamiecie śnieżne, wokół tylko tundra i stada reniferów - tak w skrócie wygląda trasa oddalonego najbardziej na północ i jednego z najtrudniejszych wyścigów psich zaprzęgów na świecie – Finnmarksløpet. Na starcie stawiają się zazwyczaj norwescy zawodnicy - najlepsi z najlepszych. W tym roku Polak może im utrzeć nosa. Dotąd ta sztuka nie udała się nikomu z Polski. – Czasem zadaję sobie pytanie: po kiego grzyba ty się w to pchasz? – opowiada nam Dariusz Morsztyn, uczestnik wyścigu.
Dariusz Morsztyn mieszka z żoną i synami na mazurskiej wsi, od kilku dni jest 50-latkiem, a psami wyścigowymi zajmuje się już ćwierć wieku. I choć dzisiaj przygotowania do wielkiej podbiegunowej wyprawy idą pełną parą, to początki przygody z tą pasją do łatwych nie należały. – Pierwszego psa kupiłem na początku lat 90. Kosztował fortunę. Musiałem na niego wydać równowartość rocznej nauczycielskiej pensji. Proszę sobie wyobrazić więc, jaki to był wydatek! Żeby kupić psa, musiałem mocno zaciskać pasa – opowiada Morsztyn.
Takie stado to dla właściciela spore wyzwanie. Dariusz Morsztyn, do którego przylgnął przydomek "Biegnący Wilk", z rozbrajającą szczerością przyznaje, że zajmowanie się psami wyścigowymi, nie jest dla tych, którzy lubią robić coś na pół gwizdka. – Temu trzeba się całkowicie poświęcić. Całe życie musi być podporządkowane psom – mówi. I nie ma w tym chyba przesady, bo kiedy dzwonimy do pana Dariusza, właściciel psów sprawia wrażenie zabieganego. Karmi psy, sprząta w ich kojcach, albo idzie z nimi pobiegać. I tak w kółko. Jak twierdzi, taki rodzaj zaangażowania wcale mu nie przeszkadza, ale - jak dodaje - kij ma dwa końce.
Z jednej strony posiadanie psów zaprzęgowych i branie udziału w zawodach oznacza zapierające dech w piersiach zorze polarne i inne romantyczne zimowe widoki, a z drugiej strony, to po prostu sprzątanie psich odchodów. Tak to właśnie wygląda.
Decyzja o podjęciu wyzwania, jakim jest próba przebycia 1000 km podczas jednego z najtrudniejszych długodystansowych wyścigów psów zaprzęgowych na świecie, przyszła naturalnie. Wcześniej Morsztyn już 3-krotnie próbował swoich sił w tych zawodach. Dwukrotnie na dystansie 500 km i raz na trasie 1000 km. Mimo tego że silne zamiecie śnieżne dwukrotnie krzyżowały mu już plany i tylko raz udało mu się szczęśliwie dotrwać do końca wyścigu (na dystansie 500 km), to przez myśl mu nie przeszło, żeby zwieszać nos na kwintę.
Na co dzień właściciel gromady pięknych Alaskan Husky nie zaprząta sobie głowy czarnymi scenariuszami. Wiadomo, że wiele może pójść nie tak, a wyścig jest bardzo niebezpieczny, zarówno dla niego, jak i psów. – Obawiam się np. że nie zdołam wystarczająco dobrze wytrenować psów, że trasa okaże się zbyt trudna, że po drodze złapie nas burza śnieżna. Mam w sobie sporo pokory i wiem, że dużo może pójść nie po mojej myśli, ale jednocześnie ufam, że mogę dotrwać do końca wyścigu i przekroczyć linię mety – mówi.
Napisz do autora: dominika.majewska@natemat.pl
