
Warszawski Sąd Okręgowy bada pozew mężczyzny, który był ofiarą przemocy fizycznej i psychicznej sióstr boromeuszek. Mężczyzna domaga się zadośćuczynienia i renty, pozywa też skazaną już na dwa lata siostrę Bernadettę. Sąd nie wyraził jednak zgody na wydanie wyroku zaocznego wobec zakonnicy, która przebywa w zakładzie karnym i nie zajęła merytorycznego stanowiska na piśmie. Adwokat powoda uważa, że to naruszenie przepisów.
REKLAMA
Mężczyzna, który teraz domaga finansowego zadośćuczynienia od zakonnic, do ośrodka boromeuszek trafił w wieku dwóch lat. Twierdzi, że w latach 2005-2008 był bity i gwałcony przez starszych wychowanków, co umożliwiały siostry, które zamykały go w pokoju z oprawcami. Dyrektorka ośrodka wychowawczego miała nie reagować na jego skargi, dopiero kiedy w wieku 14 lat opowiedział wszystko nauczycielce, opuścił placówkę.
Teraz domaga się miliona złotych i renty w wysokości 2,5 tysiąca zł od Kongregacji Sióstr Miłosierdzia Św. Karola Boromeusza w Trzebnicy, od Agnieszki F. czyli siostry Bernadetty i od ubezpieczyciela Kongregacji - PZU.
Pozwani oczywiście nie zgadzają się na te roszczenia i wnoszą o oddalenie pozwu. Siostra Bernadetta napisała do Sądu Okręgowego, że nie chce brać udziału w rozprawie, poprosiła, aby nie doprowadzać jej do sądu i zapewniła, że merytoryczne stanowisko zajmie w przyszłości.
Według adwokata powoda - mecenasa Rosati - sąd może w tej sytuacji wydać wyrok zaoczny, jednak sędzia wniosek w tej sprawie oddalił twierdząc, że na tym etapie sprawy jest to nieuzasadnione. Są powołał za to biegłych, którzy w ciągu dwóch miesięcy mają określić procentowy uszczerbek zdrowia poszkodowanego przez zakonnice mężczyzny i ustalić koszt ewentualnej terapii. Proces odroczono bezterminowo.
Pod rządami boromeuszki ośrodek wychowawczy w Zabrzu stał się miejscem, w którym przemoc, także seksualna była na porządku dziennym. Kościół i urzędnicy przez wiele lat nie reagowali. W 2010 roku sąd skazał siostrę Bernadettę na dwa lata w zawieszeniu. Rok później zmienił zdanie i wezwał zakonnicę do stawienia się w zakładzie karnym.
Kobieta tam jednak nie trafiła składając do roku wnioski o odroczenie kary ze względu na zły stan zdrowia i... podeszły wiek. W momencie skazania miała 59 lat. Wszystko zmienił dopiero wstrząsający reportaż w "Gazecie Wyborczej", po którym sąd postanowił wykazać się większą stanowczością.
źródło: Dziennik.pl
