Rycina z 1822 roku przedstawiająca badanie ginekologiczne.
Rycina z 1822 roku przedstawiająca badanie ginekologiczne. Fot. Wikimedia Commons / Domena publiczna

Ludwik XIV, Król-Słońce, uwielbiał rozkoszować się widokiem rodzących kobiet. Wszystko odbywało się na łóżku, ku uciesze władcy, który nie tylko uważnie śledził cały proces zza zasłony, ale nawet zabawiał się w tym czasie z dworkami. Równocześnie akuszer przeprowadzał zabieg na ślepo, ze szczelnie – jak nakazywała etyka – zawiązanymi oczami! To tylko jedna z wielu opowieści o lekarzach "od spraw żeńskich", opisanych przez Juergena Thorwalda w głośnych "Ginekologach".

REKLAMA
Francois Mauriceau, "pierwszy położnik" we Francji czasów króla Ludwika, uważnie studiował problematykę porodu. Sęk w tym, że czynił to... pracując na lalkach i doglądając zwłok niemowląt, uprzednio odpowiednio potraktowanych balsamem. Eksplorowanie sztucznych macic i miednic miało zastąpić "eksperymenty" na materiale ludzkim. Efekt był jednak wyjątkowo marny. Badanie płodu? Owszem, ale zawsze po omacku, najlepiej pod kołdrą. Pacjentka nie mogła czuć się komfortowo, o ile o jakimkolwiek komforcie w przypadku ginekologicznej interwencji w ogóle mowa.
logo
Ilustracja przedstawiająca poród, początek XVI wieku. Fot. Wikimedia Commons / Domena publiczna
Dziś na myśl o wizycie u lekarza tej profesji kobiety powinny być jednak spokojne. Takiego szczęścia nie miały pacjentki, korzystające z niegdysiejszych technik położnictwa i ginekologii. Thorwald pisze wprost o piekle, jakie fundowano nieszczęśnicom, "zakrywając" się obowiązującym przez stulecia seksualnym tabu.
Juergen Thorwald

Pierwszym ginekologom atakowanym przez duchownych i akuszerki, które widziały w nich zagrożenie dla swojego fachu, przyświecała tylko jedna myśl: nie wywoływać zgorszenia moralnego. Wielu wczołgiwało się na czworakach do pokoju rodzącej - nie wychylając się ponad wysokość łóżka - aby jej nie zobaczyć. Nadal praktykowali albo z zawiązanymi oczami i w zaciemnionych pomieszczeniach, albo obwiązywali sobie szyję jednym końcem kołdry jak serwetą, podczas gdy ich ramiona i dłonie pracowały pod przykryciem, a niewieście łono było chronione przed ich spojrzeniami.

Przykładem historia, która wydarzyła się długo przed panowaniem wspomnianego, chyba najbardziej znanego francuskiego monarchy. Rzecz miała miejsce w jego ojczyźnie, a dokładniej w znanym paryskim przytułku (wykorzystywanym także jako szpital – takie były realia) "Boże Schronisko", ok. roku 1540. Sprawa wymagała szybkiej reakcji, przeto chirurg Ambroise Pare podszedł do rodzącej gdzieś pośród nędzarzy kobiety i na oczach gawiedzi włożył w macicę naoliwioną dłoń. Po chwili wyciągnął noworodka za stopy. I po sprawie.
logo
Wyd. Marginesy
Początkowo w ogóle się nie patyczkowano. Zakasywano rękawy i bez ceregieli wsuwano pacjentce rękę do pochwy dokonując "badania" na oślep. Liczono na intuicję, łut szczęścia i przychylność nieba.
Nie zwracano oczywiście uwagi na szkodliwy wpływ stosowanych metod na zdrowie, a nawet życie rodzących. Do czasu eksperymentu amerykańskiego profesora Jamesa P. White'a. Był początek 1850 roku, kiedy to odważny naukowiec ułożył ciężarną podopieczną na stole... w sali wykładowej i zaczął odbierać poród. To, co zobaczyli studenci wychowani na "starej szkole położnictwa", musiało szokować.
Wszystkie dotychczasowe ustalenia wzięły w łeb! Wpajana jeszcze niedawno młodym adeptom medycyny niczym mantra zasada "wskazującego palca", okazała się mistyfikacją. Okazało się, że można bardzo łatwo uniknąć uszkodzenia dróg rodnych i wpędzenia rodzącej do grobu. Wystarczyło tylko dokładnie się jej przyjrzeć... Zamiast wycinać z surowych ziemniaków ujścia macicy i dotykać je palcem w "celach treningowych".
logo
Wyd. Marginesy
Juergen Thorwald

Wszystkie (pacjentki - red.) mogły się uważać za szczęściary, jeżeli poród zakończył się tylko rozdarciem krocza. Gorzej było, kiedy z ran między pochwą, pęcherzem i odbytem powstawały niezamykające się przetoki. Takie kobiety, nieustannie przemoczone i zabrudzone, udręczone swoim zapachem, z wiecznym zapaleniem ud, unikane przez rodzinę i otoczenie, skazywane na samotność, wiodły żywot nie do pozazdroszczenia - obojętnie, czy były bogate, czy biedne.

Bo jak tu badać, skoro pacjentka w ubraniu? – Dorastałem jeszcze w czasach, kiedy nasi mistrzowie napominali nas, że mamy dopilnować, aby do badań ginekologicznych kobiety nie rozbierały się, lecz ubierały. Wkładały specjalne spodnie, a my wsuwaliśmy palce lub narzędzia przez specjalne rozporki. Ten tragiczny żart trwał dwieście lat... – przyznał znany nowojorski ginekolog przełomu XIX i XX wieku, Robert Latou Dickinson. Gorzki osąd nie pozostawiał na poprzednikach suchej nitki.
Amerykanin nie był pierwszy, który piętnował wcześniejsze pastwienie się nad kobietami. Wyprzedził go znacznie choćby szkocki lekarz William Smellie, który w połowie XVIII wieku pomagał ciężarnym wywodzącym się z miejskiej biedoty. Jako że przychodzenie dziecka na świat obserwowali też młodzi adepci medycyny, na Szkota szybko posypały się gromy. Inni "specjaliści" rozgłaszali tu i ówdzie o "ograbieniu niewinnych kobiet ze wstydu" czy "wydaniu ich na pastwę pożądliwych spojrzeń".
logo
W pracy ginekologa przydają się nie tylko wiedza i umiejętności, ale i odpowiednie narzędzia. Wyd. Marginesy
Ale każdy postęp rodzi się w bólach. Inny "rewolucjonista" – prof. Franz Karl Naegele z Heidelbergu, także nie miał łatwo. Jego mentor pokazał mu tajniki zawodu na przykładzie... zwiniętej serwetki, musiał więc sam, na własną rękę, zgłębiać wiedzę. Wpadł przeto na oryginalny pomysł: płacił żyjącym w nędzy kobietom za możliwość ich obmacywania "dla dobra nauki". Wykształcił w ten sposób wielu fachowców.
Kiedy pojawili się pierwsi położnicy, którzy – wykorzystując doświadczenie i posiadaną wiedzę – wprowadzili do użycia środki znieczulające przy porodzie, rozpętała się istna burza. Ofiara nagonki, odkrywca chloroformu prof. James Young Simpson z Edynburga, musiał zostać zrównany z ziemią, aby później... dostąpić szlachectwa.
logo
Badanie ginekologiczne było prawdziwą udręką pacjentek. Dlaczego? Bo dokonywano go na oślep, licząc na intuicję. Wyd. Marginesy
Co z tego, że prekursorski poród ze znieczuleniem z 1847 roku zakończył się sukcesem. Konkurencja potraktowała go jako... sprzeniewierzenie się Biblii! "W bólu będziesz rodziła dzieci" – powtarzano za Księgą Rodzaju. Dopiero gdy w 1853 roku bezboleśnie, z wykorzystaniem metody Simpsona, urodziła brytyjska królowa Wiktoria, wszelkie spory umilkły.
Jeśli opisy zabiegów ginekologicznych sprzed lat przywodzą niektórym na myśl makabryczne obrazy, powinni zaznajomić się z genezą "cesarskiego cięcia". Sam zabieg był stosowany od stuleci, problem w tym, że niemal zawsze kończył się śmiercią pacjentki. Trudno było o szczęśliwy finał, skoro niczego nie zaszywano, wierząc, że po rozcięciu macica i tak kurczy się samoistnie.
I tak, metodą prób i błędów, dochodzono do właściwego wniosku, że "cesarka" wcale nie musi być śmiertelna. Ile kobiet zginęło w międzyczasie, ustalić niepodobna.
logo
Wyd. Marginesy