Fot. Stefan Romanik / Agencja Gazeta

Wyruszając w podróż przez Polskę, opuszczając zamkniętą i kompletnie niemiarodajną Warszawę, zauważyłem rzecz niezwykłą. Konkluzja, po której poczułem się kompletnie skonsternowany. Euro w Polakach wywołuje ogromną ilość pozytywnych i dobrych emocji. Tak wiem, odkrywcze. Dla mnie, słuchającego na co dzień jak durna jest to impreza i jak nikomu niepotrzebna (folklor warszawskiego city), stwierdzenie takie jest wyjątkowe. Zdaje się, że malkontenci, którzy w mediach przeważają, nie widzą jak fajny jest to dla nas czas.

REKLAMA
Ten dobry nastrój to chociażby przywitanie Holendrów na czerwonym dywanie i van Persie z de Jongiem osłupiali tak, że robią zdjęcia telefonami. To Polacy na treningach Niemców skandujący sto lat Podolskiemu. Polakowi, który koniec końców wybrał grę dla zachodnich sąsiadów, nie dla naszej reprezentacji.
Żadne malkontenctwo nie przekrzyczy tego, że Polska jest fajna. Bo jest. Z tymi żłobkami niewybudowanymi, z drogami niewyremontowanymi, z zamachem Smoleńskim niewyjaśnionym, z niezgodą wolsko-polską, z nieżyczliwymi politykami i bez zdroworozsądkowych, stonowanych ekspertów w mediach.
Z tymi mistrzostwami jest trochę jak z palmą w Alejach Jerozolimskich w Warszawie. Tandetny plastik, który stał się ostatecznie symbolem dystansu do siebie mieszkańców stolicy. Podobnie jest z Euro. Wydawało się, że zbytni ekshibicjonizm euroradości będzie gremialnie wyśmiany przez blogera z lewej i felietonistę z prawej. Wydawało się, że flaga przy samochodzie zdegraduje nas do poziomu prowincjonalnego „leszcza”. Ale w pewnym momencie to wszystko przestało mieć znaczenie. My się po prostu z tego Euro cieszymy. Dlatego widziałem już flagi za półtora złotego w Mercedesach za pół miliona i w Maserati za dwa.
I ci „Niepolacy” w naszej kadrze, tak niechciani (szczególnie przez pana Jana T.), stali się takim wdzięcznym multikulti. Ale nie obraźliwym, nie niegodnym czy obrazoburczym. Takim naszym. I Polańskiemu wybaczyliśmy, że wygląda jak rasowy Niemiec, i Perquisa okrzyknęliśmy misterem reprezentacji. I Lewandowskiego cenimy już bardziej niż Messiego, chociaż do piłkarskiej wirtuozerii Argentyńczyka mu daleko.
Już nawet pokochaliśmy „Jarzębiny” z tą pretensjonalną ludyczno-popową piosenką i trochę nam wszystkim żal, że jednak nie zagrają na meczu otwarcia.
Nie chcemy już ani więcej odwagi, ani mniej zarozumiałości, nie chcemy już być narodem bardziej lub mniej w którąś stronę. Chcemy się po prostu dobrze bawić.
Pomimo, że pozer Palikot chodzić będzie całe rozgrywki w szaliku (straszna „kicha”), i Kaczyński pod publiczkę zawiesza wojnę polsko-polską, a rząd tryska entuzjastycznym przekonaniem o sukcesie (Nowak podarował premierowi kawałek asfaltu w szklanej szkatułce...), to warto się cieszyć. Tak po prostu. Niezależnie od wszystkiego.
A finał będzie Polska-Brazylia.