Nazywana jest doktorem Dolittle w spódnicy. Przytula się do lampartów, całuje hieny – bo może! I jest słynna w Azji

Sjesta z gepardzicą Eden.
Sjesta z gepardzicą Eden. Fot. "swiatoczamigoski.blog.pl/materiały prasowe
Kilka lat temu, na wakacjach w Tajlandii, odkryła swój talent. W ośrodku "Królestwo Tygrysów" egzotyczny kot sam, nieproszony, przytulił się do niej. Od tamtej pory Małgorzata Zdziechowska, do niedawna dziennikarka, teraz blogerka i wolontariuszka, dwa razy w roku jeździ do Afryki, Azji i Ameryki Południowej ratować chore i osierocone dzikie zwierzęta. Potrafi z nimi rozmawiać, rozumie je, a one rozumieją ją.

Swoje przygody opisuje na blogu "Świat oczami Gośki". W sprzedaży dostępna jest już jej książka – "Zwierzaczki podróżniczki Gosi". I choć jest to pozycja przygotowana z myślą o dzieciach – nadaje się również dla dorosłych. Być może lektura zachęci ich do odbycia wolontariatu w jednym z ośrodków, które zajmują się pomocą zagrożonym gatunkom zwierząt? Jedno jest pewne – od pani Małgorzaty można uczyć się empatii!
Na początek pytanie na rozgrzewkę. Jakie jest pani ulubione zwierzę?

To najtrudniejsze pytanie. Myślę, że lampart, dlatego że miejsce specjalne w moim sercu ma lampart Zorro, którego adoptowałam, którego strasznie kocham. Pracując ze zwierzętami obserwuję, że niektóre są wyjątkowo łagodne, tak jak Zorro. Już pierwszego dnia mojego wolontariatu w Cheetah Experience połączyła nas wyjątkowa więź. Zorro wszedł w moje ramiona, żeby się do mnie przytulić i tak się działo za każdym razem, kiedy mnie widział.

Poza tym lamparty są niezwykle ciekawymi i nieprzewidywalnymi zwierzętami. Do tego są piękne i mają milutkie futerko. Lamparta uważa się za drapieżnika doskonałego. W przeszłości wiele dzikich kotów nazywano lampartami: np. gepardy nazywano lampartami polującymi, a jaguary – amerykańskimi. Kocham wszystkie zwierzęta, ale ten lampart jest wyjątkowo bliski mojemu sercu.
Nie boi się pani, że skoro lampart jest nieprzewidywalny, to dojdzie do tragedii w wyniku nieporozumienia?


Nie. Przy wszystkich dzikich kotach najważniejsza jest zasada – nie odwracać się plecami. One często chcą się bawić, rzadko myślą o tym, żeby zrobić krzywdę. Pamiętam taką sytuację z małym gepardem. Oczywiście miałam wtedy na oku wszystkie gepardy, które chodziły po ośrodku, ale ten szedł za mną i się skradał. Widziałam go kątem oka. Kiedy zobaczyłam, że być może będzie szykował się do skoku, odwróciłam się do niego, popatrzyłam mu w oczy i powiedziałam: „Gabriel, widzę cię!”. A wtedy Gabriel się tak rozkosznie rozwalił na trawce, jakby pytał zdziwiony: „Mnie? Przecież ja wcale nie miałem złych zamiarów!”.
Wszystkie dzikie koty kompletnie inaczej się zachowują, kiedy się na nie patrzy. Zresztą w ośrodku uczyliśmy zwierzęta wyrażenia „widzę cię”, żeby wiedziały, że faktycznie tak jest. Zupełnie inaczej zachowują się, kiedy odwróci się do nich plecami. Zawsze uważam, żeby mieć je na oku.

Co panią najbardziej zdziwiło w kontakcie z dzikimi zwierzętami?

Za najbardziej niebezpieczne uchodzą duże koty jak np. lwy czy lamparty, a ja uważam, że "najbardziej niebezpieczne" są kapucynki. Dlatego że są jak małe, złośliwe dziecko, któremu nie można powiedzieć nie. Z kapucynką trzeba obchodzić się „sposobem”. Jak chce się jej zabrać coś siłą, czy nie ma się już ochoty na zabawę, a ona dalej chce się bawić, nie można jej odepchnąć, bo pierwszą rzeczą, którą zrobi jest ugryzienie.
Ludzie często kupują je na tzw maskotki, czyli na zwierzątka domowe, czemu jestem oczywiście przeciwna. Wydaje im się, że to taka mała, fajna małpka, z którą można się pobawić. Ja mam dużo większe zaufanie do tych dzikich wielkich kotów niż do takiej małej kapucynki. I to jest chyba największym zaskoczeniem.

Słyszałam, że jest pani bardzo popularna w Azji.

Tak, po tym, jak napisał o mnie „Daily Mail” napisali o mnie Chińczycy, a Japończycy zrobili materiał wideo. Inne media azjatyckie też podchwyciły temat. Jak wpiszę swoje nazwisko w wyszukiwarkę, to wyskakują mi te krzaczki i widzę, że jest o mnie wiele artykułów. Kiedy jechałam pracować z pandami, to nawet śmiałyśmy się z moją mamą, że nagle okaże się, że turyści robią sobie zdjęcia ze mną, a nie z pandami. Czasem tamtejsi dziennikarze odzywają się do mnie, żeby przeprowadzić ze mną wywiad.
Jak często jeździ pani na wolontariaty? Czy wciąż pracuje pani jako dziennikarka i poświęca pani na to urlop?

Przez ostatnie 5 lat pracowałam w „Onecie”. Jak to w mediach, pracowałam także w weekendy, więc mogłam odbierać wolne, które łączyłam z urlopem. Kumulowałam je sobie z dniami wolnymi i wtedy jeździłam dwa razy w roku. Teraz prowadzę własną działalność, współpracuję z mediami i prowadzę różne projekty. Przeznaczyłam sobie pewien czas na to, aby skupić się na wolontariatach, żeby móc na nie jeździć częściej i na dłużej.

Gdzie pani była ostatnio?

W ciągu ostatniego roku byłam w Brazylii, w Boliwii, w Chinach i w RPA.

Jak przygotować się do takiego wolontariatu?

Po pierwsze trzeba wybrać odpowiedni ośrodek. Można szukać ośrodków według krajów albo według zwierząt, którymi chce się zajmować. Na pewno takie miejsce trzeba sprawdzić. Jest masa ośrodków skoncentrowanych na pomocy zwierzętom, ale niestety są też takie, które zauważyły, że jest dużo ludzi, którzy chcą pomagać i robią z tego biznes.
W jaki sposób taki ośrodek staje się biznesem, a nie miejscem pomocy zwierzętom?

W dobrych ośrodkach przede wszystkim chodzi o pomaganie zwierzętom. To one są najważniejsze. Ponieważ takie ośrodki nie są dochodowe, za wolontariat się płaci. Chętnych nie brakuje. Niektórzy zauważyli, że można na tym także zarobić i pod pozorem ochrony i pomocy zagrożonym gatunkom zwierząt, wykorzystują nieświadomych wolontariuszy do zarabiania pieniędzy.

Np. w Afryce rozkwitł biznes na lwach. Rozmnaża się je, a małe zabiera matkom, by ściągnąć wolontariuszy. Kilkumiesięczne – roczne lwy zabierane są na płatne spacery z turystami, a kiedy lew dorasta sprzedaje się go w „katalogu” na śmierć. Tzn. bogaty myśliwy wybiera lwa, na którego będzie polował. Taki oswojony lew jest łatwym celem. To bardzo smutne.

Dlatego trzeba być naprawdę bardzo uważnym przy wyborze ośrodka. Między innymi z tego powodu zaczęłam jeździć raczej do Ameryki Południowej, bo tam jeszcze nie ma tego biznesu, przynajmniej ja o tym nie wiem, a jest sporo ośrodków, które naprawdę pomagają dzikim zwierzakom w potrzebie.
Czy niedoświadczony wolontariusz jest w stanie sam zorientować się, że miejsce do którego ma zamiar pojechać nie jest nastawione na zarabianie?

Trzeba szukać informacji w internecie. Jest coraz więcej osób informujących, które ośrodki nie są dobre. To, na co ja zwróciłabym uwagę, to ile jest małych zwierząt i skąd się wzięły. Jest taki ośrodek w RPA – Moholoholo, gdzie co roku przybywa sporo sierotek.

Część z nich jest wypuszczana na wolność. Ośrodek ten informuje na Facebooku o losach zwierząt i dlaczego tam się znalazły.
Czy oprócz tego, że zapłaci się za wolontariat, trzeba spełniać jakieś kryteria?

W każdym ośrodku jest to trochę inaczej zorganizowane. Najbardziej restrykcyjny był wolontariat z pandami w Chinach, gdzie musiałam poddać się badaniom medycznym, łącznie z EKG, badaniom krwi na HIV itd. To było bardzo zaskakujące i dobrze, że przeznaczyłam na to dużo czasu. Musiałam pójść do lekarza, który wypisał mi skierowania na te wszystkie badania, potem jeszcze musiałam do niego wrócić, żeby wypełnił mi ankietę medyczną. Przed wyjazdem do jednego z ośrodków trzeba wykonać badanie na gruźlicę.

W boliwijskim sierocińcu dla dzikich zwierząt La Senda Verde dostaje się pastylki na pasożyty, które możemy mieć w organizmie, ale dla nas są nieszkodliwe, za to dla małpki już tak. W ośrodku płaci się za takie pastylki i przez trzy dni, kiedy się je przyjmuje, nie można mieć kontaktu z małpami.
Poza tym jest granica wiekowa. Na ogół przyjmowani są ludzie od 18 roku życia. Czasem jest też granica maksymalna 50-55 lat, rzadko, ale się zdarza. Są również wymagania czasowe. Na ogół minimalny czas pobytu to 2 tygodnie. W Boliwii, aby pracować z niedźwiedziami, minimalny czas to miesiąc. Natomiast w Kanadzie, w jednym z ośrodków rehabilitacyjnych m.in. dla osieroconych niedźwiadków, minimalny czas pobytu to 3 miesiące. Im jest się dłużej, tym większy ma się kontakt ze zwierzętami.

Trzeba mieć opanowany język angielski. Jeżeli ktoś nie zna angielskiego, to przed wyjazdem należy się go poduczyć, bo można zrobić krzywdę zwierzęciu, jeśli nie zrozumie się wszystkich poleceń i ostrzeżeń prawidłowo. Jeśli jedzie się do Brazylii, dobrze znać portugalski – przynajmniej odrobinę, bo często pracownicy tych ośrodków nie mówią w innym języku. Bardzo dużo ośrodków zaznacza, że to nie jest zabawa ze zwierzakami, tylko ciężka praca i nie można bać się ubrudzić rąk. Zawsze trzeba być w dobrej kondycji fizycznej i psychicznej.
A jak wygląda typowy dzień wolontariusza?

W każdym ośrodku wygląda to trochę inaczej. Zwykle wstaje się wcześnie rano, koło 6. Kiedyś w Brazylii, w weekend, musiałam wstać o 4 rano. Zajmując się bardzo młodymi sierotkami często trzeba wstawać w nocy, aby je nakarmić. Bycie mamą zastępczą jest zajęciem całodobowym.

Poza tym sprząta się klatki, przygotowuje się jedzenie, czyli na ogół kroi się warzywa i owoce, mięso, dla maluchów przygotowuje się butelki z mlekiem i karmi się zwierzęta. Praca kończy się zwykle koło 17 – 18 (kiedy nie ma małych, jak wspomniałam zajmowanie się młodymi sierotkami to praca całodobowa), bo w Afryce i w Brazylii o tej porze robi się już ciemno.
[b]W książce jest fragment o tym, w jaki sposób należy komunikować się ze zwierzętami – czy to jest tak, że nie liczą się słowa, tylko ton głosu?

Ton głosu jest bardzo ważny. Słowo jako takie nie tak bardzo, bo wiadomo, że zwierzęta jeśli nie są wyuczone konkretnych wyrazów – nie rozumieją ich. Natomiast ważne jest co się myśli. Ja do zwierząt mówię z serca. Dzięki temu to, co ja myślę i czuję, one również czują. Wyczuwają mój nastrój. Spokój musi być prawdziwy. Nieudawany. Dzikiego zwierzęcia nie oszukamy, czyli „przyklejony uśmiech” w tym przypadku nie zadziała. Zwierzę wyczuwa każdą emocję. Strach ma zapach. Nawet jeśli się nie pocimy, ale boimy się, to zwierzę to wyczuje.

Ale jak nie bać się dzikiego zwierzęcia?

Nie wiem, ja po prostu się nie boję. Wydaje mi się, że kluczową kwestią jest zaufanie. Zwierzęta widzą, że im ufam. Wilki, żeby ustalić hierarchię w stadzie gryzą się. Ten który się poddaje pokazuje gardło. Wtedy wilk nie rusza go. Trzeba znać zasady zwierzęcego świata. Czyli respekt dla zwierząt, odwaga, ale przede wszystkim zaufanie.

Dlaczego pani książka jest skierowana do dzieci, a nie reporterska, wyjaśniająca potrzebę wolontariatu?

Inicjatywa napisania tej książki wyszła z wydawnictwa. Pani Małgosia z „Publicat” zadzwoniła do mnie z propozycją, umówiłyśmy się na spotkanie. Faktycznie myślałam, żeby napisać o wolontariacie, ale kiedy powiedziała, że ta książka ma być skierowana do dzieci uznałam, że to jest bardzo dobry pomysł. To dzieci w przyszłości będą tworzyły świat. Jeżeli zaszczepimy w nich wrażliwość na potrzeby dzikich zwierząt, miłość do nich, kiedy zobaczą gatunki, o których być może nie mają pojęcia, takie jak rzadka pakarana, to będzie miało na nie wpływ.
Stwierdziłam, że jest to dobra droga, żeby gdzieś zasiać to ziarno szacunku, miłości i wrażliwości na potrzeby zwierząt. Opisuję ich historie, to jak trafiły do ośrodka. Że na przykład wcześniej były zwierzątkami domowymi, źle odżywianymi, więc trzeba było im pomóc. Albo że kłusownicy zabili mamusię nosorożca. Wiadomo, to są dzieci, więc nie mogę zbyt obrazowo i dokładnie opisywać brutalnych praktyk, ale wskazuję im te złe, żeby uwrażliwić je na potrzeby tych zwierząt.

Który gatunek potrzebuje teraz największej pomocy i jest najbardziej zagrożony?

Takim już wręcz symbolem – są pandy. O nich dużo się mówi, natomiast mało się mówi np. o czepiakach czy niedźwiedziu andyjskim z Ameryki Południowej. Ten drugi został ostatnio wybrany przez WWF jako gatunek, który potrzebuje największej pomocy w regionie. Wydaje mi się, że warto mówić i pokazać takie zwierzaki, o których my prawie nic nie wiemy. Starałam się to robić w książce szeroko prezentując m.in. czepiaki. Wiedziałam, że jest taki gatunek, natomiast po raz pierwszy się z nimi spotkałam w Brazylii. Te małpy są niesamowite i też trzeba im pomóc.
Jeśli chodzi o pandy, to cały świat wspiera wysiłek odbudowania ich populacji i już widać efekty. Liczba pand żyjących na wolności wzrosła do 1864 osobników. W ośrodkach w Chinach, rozmnaża się je i wypuszcza kolejne osobniki na wolność. Poza tym wysiedla się ludzi, żeby zasiewać lasy bambusowe i zwiększać środowisko naturalne dla pand. Dużo mówi się również o tygrysach, które również są zagrożone i podejmowane są kroki, żeby żyło ich coraz więcej na wolności.

Napisz do autorki: barbara.kaczmarczyk@natemat.pl

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...