
Jeśli chcecie wiedzieć, dlaczego na wystawach sztuki współczesnej jest tak mało obrazów, co trzeba zrobić, żeby zrozumieć sztukę i kto w ogóle decyduje o tym, co jest sztuką - ten album jest dla was lekturą obowiązkową. Dowiecie się, że sztuka niekoniecznie musi być ładna, ale powinna wzbudzać emocje.
REKLAMA
Wszyscy ci, którzy nie rozumieją, o co chodzi w sztuce współczesnej powinni przeczytać książkę „Sztuka w naszym wieku”. Publikacja powstała z inicjatywy Kamili Bondar – prezes zarządu Fundacji Sztuki Polskiej ING, która od samego początku współpracuje z warszawską Zachętą.
Album ilustrowany jest dziełami z kolekcji galerii i fundacji, które w sposób subtelny i nieoczywisty nawiązują do tekstu. A tekst jest tutaj najważniejszy – bo to dzięki niemu „nierozumiejący” odbiorca sztuki zrozumie, dlaczego jej nie pojmuje. I na czym polega ta cała „czarna magia”.
Jak narodził się pomysł na „Sztukę w naszym wieku”?
Książka powstała z okazji 15-lecia Fundacji Sztuki Polskiej ING, która kolekcjonuje i udostępnia sztukę polskich, głównie młodych, artystów współczesnych. Prace wypożyczane są na wystawy, mamy też bogatą stronę internetową, na której zdjęcia prac dostępne są na darmowych licencjach do wykorzystania niekomercyjnego. W taki sposób się nimi dzielimy i zachęcamy do ich używania. Organizujemy też wystawy naszych prac, ale na co dzień dzieła sztuki wiszą w budynkach, w których pracują pracownicy spółek grupy ING. To ich naturalne otoczenie.
Częsty kontakt ze sztuką skłania pracowników do zadawania podstawowych pytań o sztukę. Publicznością naszych dzieł nie są stali bywalcy galerii i muzeów, tylko osoby, które mają rzadszy kontakt ze sztuką. Prawie wszystkie pytania zadane w książce padły z ust pracowników, albo są parafrazą tego, co oni mówią.
Na przykład pytanie: „Czy jeżeli umiem namalować obraz tak samo, jak artysta, to jestem artystą?” jest parafrazą stwierdzenia: „ja też bym tak namalował”. To stwierdzenie pada przecież bardzo często nie tylko w odniesieniu do naszej kolekcji, wystarczy zajrzeć do komentarzy artykułów mówiących np. o rekordach aukcyjnych dzieł sztuki.
Jaki efekt chciała pani uzyskać?
Chciałam, żeby nasza książka odpowiedziała choćby na część pytań i wątpliwości. Wybrałam szesnaście pytań dotyczących zrozumienia świata sztuki, przez pryzmat historii i mechanizmów rynkowych, statusu artysty i zagadnień związanych z kolekcjonowaniem. Te kwestie są ważne i z jakiegoś powodu wciąż wymagają wyjaśniania. Wśród publikacji na ten temat dostępne są głównie bardzo poważne i merytoryczne pozycje, niewiele jest dobrych książek popularyzujących sztukę.
O odpowiedzi poprosiłam kilkanaście osób związanych ze światem sztuki, krytyków, artystę Oskara Dawickiego, właścicieli galerii, kolekcjonera, kuratorów, osoby, które kierują instytucjami... Dostali na to 5 tysięcy znaków, musieli zmieścić się na kilku stronach maszynopisu, co jest bardzo trudne, bo w odpowiedzi na każde zagadnienie można by napisać książkę.
Okazało się, że na wiele pytań znaleźli proste odpowiedzi. Nie chodziło o to, żeby były stuprocentowo wyczerpujące. Miały odpowiadać na nieufność, którą te wszystkie książkowe pytania są trochę podszyte, Chodziło o to, żeby złagodzić ten niepokój i zachęcić czytelników do dalszego kontaktu ze sztuką.
Pani profesor Maria Poprzęcka zastanawia się, czy mieszkańcy blokowisk kiedyś odkryją, że czysta biel jest piękniejsza niż pasteloza. Czy to nie jest walka z wiatrakami? Nawet kiedy ktoś wyjaśni ludziom, o co tak naprawdę w sztuce chodzi, to ta pasteloza jest w nich głęboko zakorzeniona.
Często rozmawiam o tym z osobami, które tę książkę czytały i z osobami ze środowiska. Zdania są podzielone. Niektórzy trochę tak jak pani sugerują, że na sztukę trzeba mieć pewną wrażliwość i otwartość. Albo się to ma albo nie. Nie da się tego nauczyć i nie warto walczyć z wiatrakami.
Jest jednak wielu takich, którzy twierdzą, że wystarczy trochę zachęcić do spojrzenia inaczej, dać klucz, żeby potencjalny odbiorca zobaczył sztukę w inny sposób, ponad stereotypami. Mam takie doświadczenia z kontaktów z pracownikami. Robimy cotygodniowe spotkania z konkretnymi dziełami z naszej kolekcji i widzę, że rozmowa o pracach, a czasem sam czas poświęcony na patrzenie dużo zmienia.
Osoby biorące udział w spotkaniach zaczynają widzieć dużo więcej. Na sztukę trzeba się po prostu otworzyć i poświęcić jej trochę czasu i uwagi.
Ale trzeba też powiedzieć, że w sztuce nie trzeba doszukiwać się ukrytych znaczeń.
W książce pisze o tym na przykład Iwo Zmyślony. Sztuki nie trzeba zawsze rozumieć, można, a nawet warto odbierać ją zmysłowo.
Myślę, że lekcje sztuki w szkołach są nieprzemyślane, dzieci często zmusza się do interpretacji dzieł.
Jeżeli w ogóle na zajęciach były interpretacje obrazów to świetnie. Wielu z nas w ogóle nie miało w szkole kontaktu ze sztuką, sztuka jest zupełnie pomijana w edukacji. Szczególnie sztuka współczesna, do której zrozumienia przydatna jest burzliwa historia XX wieku.
Ale nawet sztuka dawna, o której ludzie myślą, że tak łatwo ją zrozumieć, bo to jest po prostu coś realistycznego, też zawiera dużo symboli, do których odczytania potrzebna jest pewna wiedza i trochę namysłu. W tym aspekcie sztuka dawna tak bardzo się od sztuki współczesnej nie różni.
Być może błędem jest też to, że w muzeach i galeriach opisy dzieł są takie długie. Ludziom często nie chce się ich czytać. Przebiegają przez całą galerię, zobaczą, że coś im się podoba, a czegoś nie rozumieją i wyjdą z takim samym podejściem, z jakim przyszli.
Wydaje mi się, że muzea i instytucje dopiero zaczynają brać na siebie rolę edukacyjną. Do niedawna niewiele było opisów prac, warsztatów. Nikt nie wyciągał ręki do szerokiej publiczności, która potrzebuje elementarnej wiedzy i wykształcenia, żeby móc widzieć więcej.
Album uświadamia, jak dużą funkcję pełni kurator. Ludzie nie zastanawiają się nad jego funkcją.
To prawda, w dzisiejszym świecie sztuki kuratorzy to prawdziwi celebryci. Zdarza się, że osoba kuratora zdominuje biorących w wystawie artystów, albo w ogóle decyduje o tym, kto jest artystą, pisze o tym w książce Dorota Jarecka. Nie zawsze jest to dobre zjawisko, ale wszystko zależy od kontekstu wystawy.
Wygląd książki, ze swoją niesymetryczną formą i okładką obitą w materiał zachęca do tego, żeby do niej zajrzeć. Kto jest za to odpowiedzialny?
Autorem oprawy graficznej i formy albumu, jest Jakub de Barbaro, który znając treść książki pomyślał, że jej forma powinna oddawać to, co jest w środku. Powinna zachęcać i być niejednoznaczna. Bo rzeczywiście książka jest krzywa w taki sposób, że kiedy pierwszy raz bierzemy ją do ręki, nie widzimy tego. To trochę jak z odbiorem sztuki. Pewnych rzeczy nie widzimy od razu.
Forma książki powoduje niestety, że jej cena jest dość wysoka ze względu na koszty produkcji. Duże zainteresowanie które wzbudziła, przekonuje nas, że jest ważna. Ludzie chcą ją przeczytać, brak jest takich pozycji. W drugiej połowie roku wypuścimy materiał na e-book-u albo w innej formie elektronicznej, żeby była dostępna dla każdego, a cena nie była przeszkodą w jej przeczytaniu.
Dlaczego do tej pory nie powstawały takie publikacje?
Myślę, że jest pewien spór i niejednoznaczność co do tego, na kim ciąży ciężar edukacji o sztuce. Wydaje mi się, że powinny to być szkoły, ale ich programy są ubogie. Niektóre muzea już godzą się z tą rolą, przejmują obowiązki edukatorów, no ale one mają też inne zadanie merytoryczne, edukacja publiczności nie jest ich głównym celem. A ludzie sztuki lubią pisać dla ludzi sztuki. To ich interesuje.
Świat się zmienił, informacje są podawane w formie pop i być może ludzie chcieliby obcować z wiedzą o sztuce „w pigułce”, żeby nie musieć czytać wielkich tomów?
To być może doprowadzić do tego, że sztuka i artyści byliby sprowadzeni do banału. A tego świat sztuki nie chce. Dlatego myślę, że teksty zawarte w książce są naprawdę dobre. Trudno jest pisać o sztuce w sposób bardzo przystępny i jednocześnie nietrywializujący.
Świat sztuki też trochę oczekuje od publiczności tego, że stanie na wysokości zadania i wyedukuje się, żeby móc korzystać i rozumieć, ale nikt tej szerokiej publiczności w tym nie pomaga.
A czy kwestia kolekcjonowania sztuki nie jest w tej książce zbyt zaawansowanym zagadnieniem?
W moim otoczeniu bardzo często pretekstem do tego, żeby zainteresować się sztuką, była chęć kupna czegokolwiek, co można sobie powiesić na ścianie. To jest bardzo częsta historia wśród kolekcjonerów, którzy zaczęli od tego, że chcieli coś kupić, a potem świat sztuki ich pochłonął. Dlatego wydaje mi się, że to pytanie nie bez powodu znalazło się wśród tych podstawowych.
Wielu Polaków po zaspokojeniu podstawowych bytowych potrzeb myśli o tym, że oprócz kanapy fajnie byłoby mieć coś na ścianie. Tekst Marty Czyż, który odpowiada na pytanie o kolekcjonowanie jest dobry – bo ona mówi wprost – żeby mieć coś interesującego i cennego wystarczy mieć 200 złotych. To nie jest bardzo wygórowana kwota, prawie każdego stać na taki wydatek.
Za taką kwotę nie da się oczywiście kupić obrazu, ale galerie prywatne mają różne edycje prac jak np. wydruki, fotografie czy plakaty. Są świetne i niedrogie. W mediach często słyszymy o rekordach aukcyjnych i to jest to, co przebija się do świadomości.
Wtedy właśnie ludzie mówią, że oni też mogliby namalować coś takiego i dostać milion.
To powoduje, że sztuka wydaje się hermetyczna, niedostępna i z innego świata. Dlatego myślę, że fajnie, że to pytanie się pojawiło w tej książce.
Przez to, że dzieła sztuki potrafią osiągać tak zawrotne ceny, ludziom może się wydawać, że artysta to osoba, która jest niesprawiedliwie łaskawie traktowana przez społeczeństwo, a przecież jest darmozjadem, który coś tam sobie namaluje i dostaje za to pieniądze. A przecież to nieprawda, to są lata nauki i aby być artystą trzeba mieć nieprzeciętną wrażliwość.
Bycie artystą wymaga ogromnych wyrzeczeń, zaakceptowania dużej niepewności losu i problemów bytowych. W Polsce sytuacja wygląda tak, że często nawet ci najbardziej znani nie opływają w dostatki. Znacznie bardziej opłaca się robić coś innego. A artyści to często ludzie wyjątkowi, nieprzeciętnie kreatywni i na pewno wielu z nich odniosłoby sukcesy w innym świecie.
Chociaż stereotypowo artysta kojarzy się z kimś zagubionym, kto nie potrafi odnaleźć się w rzeczywistości.
Tacy też bywają, ale bez sensu jest tworzyć kolejne stereotypy.
W końcu książka opiera się na burzeniu tych stereotypów.
Tak, albo przynajmniej na pokazaniu, jak to wygląda w praktyce. O losie artysty pisze Karol Sienkiewicz, ten temat pojawia się też trochę w moim tekście. O stereotypach rynkowych pisze trochę Dawid Radziszewski, który prowadzi galerię.
Przychodzą do niego ludzie, którzy zadają mu pytania o cenę dzieła i on nawet sam się do tego przyznaje, że w pierwszym kontakcie ma wrażenie, że jest podejrzewany o podstęp. Niewiele osób wie, że śledząc trochę ceny prac i kariery artystów, to można z całkiem dużą swobodą tę cenę przewidzieć. To jest o wiele bardziej przejrzysty rynek, niż mogłoby się wydawać.
Napisz do autorki: barbara.kaczmarczyk@natemat.pl
