Jarosław Kaczyński chce przyznać sobie możliwość odbierania posłom mandatów poselskich pod byle pretekstem.
Jarosław Kaczyński chce przyznać sobie możliwość odbierania posłom mandatów poselskich pod byle pretekstem. Fot. Sławomir Kamiński / AG

Nawet politycy PiS z trudem akceptują politykę, którą swojej partii narzuca Jarosław Kaczyński. Prezes miał pomysł na powstrzymanie ich przed zmianą barw partyjnych. Chciał zrobić z nich niewolników, bezwolne maszynki do głosowania. Jeśli poseł odszedłby z partii lub został z niej wyrzucony, automatycznie traciłby mandat. Na razie pomysł porzucono, ale jeśli sytuacja się zaogni, PiS może do niego wrócić.

REKLAMA
Politycy Prawa i Sprawiedliwości od początku kadencji zapowiadają transfery do obozu Zjednoczonej Prawicy. Na razie jednak oficjalnych zmian barw nie ma, choć już czwórka posłów odeszła z klubu Kukiz '15 i po cichu popiera PiS.
Problem Prezesa
Znacznie więcej niż o transferach do PiS słychać o groźbie rozłamu w partii rządzącej. Posłowie z coraz większym trudem akceptują wojnę, na jaką od pierwszych dni nowej kadencji poszedł Jarosław Kaczyński. I choć na razie karnie podnoszą ręce i głosują tak, jak im Prezes każe, przychodzi im to coraz trudniej.
A samodzielna większość PiS wisi na włosku. Oficjalnie klub PiS ma 234 posłów, do tego może liczyć na wsparcie piątki posłów niezrzeszonych. Ale to bardzo niestabilna większość, o czym PiS przekonało się podczas wyboru sędziego Trybunału Konstytucyjnego.
Uwiązać posłów
Opozycji prawie udało się zerwać quorum, ale rządzących uratowała grupka buntowników z Kukiz '15. Ale następnym razem opozycji może się udać, o czym pisaliśmy tutaj.
Dlatego aby powstrzymać posłów przed odchodzeniem z klubu w PiS pojawił się pomysł, by uczynić z nich niewolników. I to w jeszcze większym stopniu niż Andrzej Lepper, który kazał posłom Samoobrony podpisać weksle. Zgodnie z planami PiS opuszczenie partii wiązałoby się z utratą mandatu poselskiego – informuje o planach PiS "Dziennik Gazeta Prawna".

– Weźmiemy te kwestie pod uwagę, ale musimy sprawdzić, czy obecna konstytucja pozwoli nam pójść aż tak daleko – mówi Grzegorz Schreiber z PiS. Jego zdaniem mandat związany ukróciłby koniunkturalizm polityczny. Schreiberowi wtóruje Jacek Sasin. – Wyobraźmy sobie sytuacje, w której naród powierza władzę określonej formacji politycznej, a ta ją traci tylko dlatego, że kilku posłów przechodzi do innego ugrupowania – obrazuje. Czytaj więcej

Źródło: "Dziennik Gazeta Prawna"
Po południu rzeczniczka klubu PiS Beata Mazurek zapewniła, że takich zapisów w ustawie nie będzie. Co nie oznacza, że pomysł nie wróci, kiedy groźba rozłamu w PiS stanie się jeszcze bardziej realna.Kaczyński wbrew sobie
Sasin zapomina, że wyborcy głosują nie na partię (wtedy mielibyśmy głosowanie na listy), ale na konkretnych kandydatów. Oczywiście szyld partyjny ma tu duże znaczenie, ale formalnie posłowie nie są związani wolą partyjnych bossów. Zresztą trzy lata temu mówił o tym sam Jarosław Kaczyński, kiedy namawiał posłów do poparcia technicznego premiera Piotra Glińskiego.
Jarosław Kaczyński
prezes PiS

Ale na tej sali - nie w tej chwili, mówię o pełnym składzie - jest 460 posłanek i posłów, którzy mają tzw. mandat wolny. Reprezentują nie jakąś partię, nie swój region - reprezentują społeczeństwo jako całość. Te posłanki i ci posłowie składali tutaj przyrzeczenie i to było przyrzeczenie służenia Polsce, a nie służenia jakiejś opcji politycznej czy jakiejkolwiek innej. Czytaj więcej

Źródło: Debata nad konstruktywnym votum nieufności wobec rządu Donalda Tuska, 7.03.13 r.
Desperacja
Widać więc, że dzisiaj Prezes musi być mocno zdesperowany, że wychodzi z takim pomysłem. A sprawa jest poważna. Projektem zajmuje się partyjny spec od ordynacji poseł Grzegorz Schreiber, który w poprzedniej kadencji odpowiadał za przygotowanie projektu zmian w prawie wyborczym. Na początku lutego 2015 roku partia złożyła go w Sejmie wraz ze 120 tysiącami podpisów.
Zmiany musieliby przegłosować posłowie Prawa i Sprawiedliwości. Podnosząc rękę za "tak" wyciągaliby ją do założenia kajdanek. Bo staliby się absolutnymi niewolnikami szefa swojej partii. Groźniejsze dla demokracji od zablokowania transferów jest danie szefom partii narzędzia do ciągłego szantażu.
Jak Mastalerek
Mandat posła mieliby tracić nie tylko ci, którzy wykażą się nielojalnością i odejdą z partii-matki, lecz także ci, którzy zostaną z niej wyrzuceni. A to oznacza, że Prezes mógłby terroryzować swoich posłów przez całą kadencję, a nie tylko wtedy, gdy zbliża się czas układania list.
A przecież Prezes może pójść dalej i odbierać mandat posłowi nie tylko za odejście z partii, ale też takiemu, który wyłamie się z partyjnej dyscypliny. Albo będzie miał inne zdanie niż Prezes. Kaczyński pokazał, że do wyrzucenia kogoś wystarczy mu drobny pretekst. Bo o ile zrozumiałe jest wyrzucenie madryckiej trójki, o tyle Marcin Mastalerek stracił miejsce na liście wyborczej dlatego, że Prezes go nie lubił. W kampanii prezydenckiej rzecznik miał mu okazać brak szacunku. I tyle.
Dlatego zmiana proponowana przez PiS sprowadzi posłów do roli maszynek do głosowania. I sprawi, że zamrze jakikolwiek pluralizm wewnątrz partii. Już dzisiaj prawie go nie ma, a będzie jeszcze gorzej. Jeśli Paweł Kukiz narzekał na "partiokrację", to teraz PiS chce wprowadzić ultra-partiokrację.

Napisz do autora: kamil.sikora@natemat.pl