
Reżyser niespecjalnie cieszy się z faktu, że jego brat jest ministrem kultury. I właściwie nie wie, dlaczego przyjął takie stanowisko. Rzadko się z nim widuje, ale, jak podkreśla, gdy stają twarzą w twarzą, są rodziną ponad podziałami.
REKLAMA
Robert Gliński nie chce mieć do czynienia z polityką, nie wspiera PiS, nie wspiera też opozycji. Nie ma takiej potrzeby, jedyne, co go dziś "uwiera i boli" to fakt, że resortem kultury rządzi jego brat. "Mimo że go prosiłem, żeby był wszystkim, tylko nie ministrem" – mówi w rozmowie z "Wyborczą".
Rodzinne konotacje stawiają reżysera w różnych sytuacjach. Zdarza się, że koledzy proszą go o pomoc, której nie jest w stanie im udzielić. A to trudne i mało przyjemne. – Ktoś dzwoni i mówi, że ma pomysł festiwalu tańca hula-bula. No to ja wtedy: "Rób!". "No tak, ale ja nie mam patrona, czy mógłbyś tam gdzieś coś szepnąć, ten tego, wiesz?" – opowiada. Tłumaczenia zdają się zwykle na nic. Gliński bywa jeszcze postrzegany jako "najbliższy współpracownik Kaczyńskiego", niektórzy obwiniają go nawet o decyzje brata.
O Piotrze mówi, że ma zasady i choć pod tym względem się różnią, chętnie by mu doradzał. "W pewnych dziedzinach myślę, że orientuję się bardzo dobrze. W filmie. W teatrze. W szkolnictwie artystycznym. Wiem, jakie są problemy, konflikty, walki" – tłumaczy "Wyborczej" twórca "Kamieni na szaniec". Okazji do udzielania rad nie ma jednak wielu. "Rzadko się widujemy" – wyjaśnia. Nieliczne spotkania to szanse na rozmowy, również o kontrowersyjnych sprawach. A z tych minister potrafi i lubi żartować. Za to, zdaniem Glińskiego, wziął na barki wyjątkowo niewdzięczną dziedzinę. "Bycie ministrem kultury to jest najbardziej syfiasta fucha i bardzo się dziwię bratu, że się w to wpakował" – konstatuje reżyser.
źródło: wyborcza.pl
