Polacy będą domagać się uchodźców, gdy zobaczą, co dzieje się w Niemczech. Stworzyli rzeszę pracowników za... 1 euro

W Niemczech uchodźców chętnie zatrudnia się w m.in. w kuchniach. Samorządy kierują ich również do pracy przy utrzymaniu czystości, czy opiece nad dziećmi.
W Niemczech uchodźców chętnie zatrudnia się w m.in. w kuchniach. Samorządy kierują ich również do pracy przy utrzymaniu czystości, czy opiece nad dziećmi. Prawo autorskie: boggy22 / 123RF Zdjęcie Seryjne
Absolutna większość Polaków odetchnęła z ulgą, gdy rząd Beaty Szydło oznajmił, że nie zamierza przyjmować żadnych uciekinierów z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. Nad Wisłą uchodźcy kojarzą się bowiem z wszystkim, co najgorsze – od zagrożenia epidemiologicznego, po terroryzm. Jednak na wieść o tym, jak wykorzystano właśnie napływ milionów nowych mieszkańców w Niemczech, wielu Polaków szybko może wręcz domagać się przyjęcia ich także w Polsce. Najgłośniej będą to robić przedsiębiorcy.


Polacy widzą zagrożenie, Niemcy szansę
Badania opinii w Polsce potrafią zaskakiwać skrajnie rozbieżnymi wynikami. Takiej sytuacji nie ma jednak w przypadku sondaży dotyczących opinii na temat kryzysu migracyjnego. Wszystkie ostatnie badania zgodnie pokazują, że ponad 60 proc. Polaków przyjmowaniu uchodźców mówi stanowcze "nie". Tych z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej, których do Europy ściągnęła Angela Merkel, nie chce w Polsce widzieć jeszcze więcej osób. Według CBOS, solidarnej relokacji ich po wszystkich państwach członkowskich Unii Europejskiej sprzeciwia się aż 71 proc. z nas.


Takie podejście nie może dziwić skoro za nami wielomiesięczna akcja zniechęcająca do uciekinierów przed wojnami i biedą w Azji i Afryce. – Cholera na wyspach greckich, dyzenteria w Wiedniu. Różnego rodzaju pasożyty, pierwotniaki, które nie są groźne w organizmach tych ludzi, a mogą tutaj być groźne – grzmiał już jesienią sam Jarosław Kaczyński.


– Faktem jest, że te choroby się pojawiły – kontynuował prezydent Andrzej Duda. – W odpowiedzialnym państwie nie tylko prowadzi się taką dyskusję, ale przede wszystkim działa się tak, żeby zabezpieczyć obywateli i społeczeństwo – dodał. – Powiem bardzo wyraźnie: nie widzę możliwości, aby w tej chwili migranci do Polski przyjechali – oznajmiła wreszcie premier Beata Szydło.


I Polacy odetchnęli z ulgą. Nawet ci, którzy są wobec obecnej władzy bardzo krytyczni. Bo w tle zamieszania wokół kondycji polskiej demokracji po cichu pozbyto się problemu, z którym zmierzyć się nie mieli ochoty nawet przedstawiciele środowisk proeuropejskich i lewicowych. Kto wie, czy wkrótce to nastawienie się diametralnie nie zmieni...

Uchodźcy, czyli wymierne korzyści
Bo żadne argumenty nie są tak mocne, jak te dotyczące pieniędzy. I bynajmniej nie chodzi tu o fundusze, które instytucje europejskie oferują na utrzymanie uchodźców. Nie mówimy też o liczeniu strat z budżetu państwa, gdyby faktem stały się finansowe sankcje za odmowę uczestniczenia w procesie relokacji.

Głośno domagać się wpuszczenia do Polski przybyszów z Azji i Afryki mogą polscy samorządowcy i przedsiębiorcy. Bo wątpliwe, by nie pozazdrościli swoim niemieckim kolegom po fachu, którzy falę migracyjną właśnie zamieniają na falę bajecznie taniej siły roboczej.

Mowa tu o programie "Ein-Euro-Jobs". Na przełomie zimy i wiosny uruchomiono z konieczności. Dlatego, by w jakikolwiek sposób zająć rzeszę zanudzających się na śmierć uchodźców. By przestali być oni gwiazdami mediów opowiadając o nabrzmiałych jądrach, nie narzekali na małe kieszonkowe i – co najważniejsze – nie mieli czasu na interesowanie się półświatkiem.

Dziś "Ein-Euro-Jobs" z dnia na dzień zdobywa coraz więcej Syryjczyków, czy Irakijczyków. Nie tylko ku uciesze własnej, ale przede wszystkim niemieckich pracodawców. Dostali bowiem okazję do natychmiastowego znalezienia pracownika za stawkę, której od dawna nie chcieli przyjmować nawet imigranci z Turcji, czy najbiedniejszych państw UE.

"Ein-Euro-Jobs" polega na tym, że mieszkańcy ośrodków dla uchodźców zamiast bezczynnie czekać na decyzję o przyznaniu im prawa do azylu (procedury w tej sprawie przeciągnęły się już do kilku miesięcy), są kierowani do miejsc, gdzie pracują z 1 euro na godzinę. Jedynym ograniczeniem jest to, że taki pracownik może pojawiać się w pracy jedynie przez 20 godzin tygodniowo. Nikt jednak nie broni jednak, by pozostałą część etatu zastąpić innym uchodźcą.

Normalna praca, wyjątkowe oszczędności
Zadowolone są obie strony. Do kieszeni 1-eurowych pracowników trafia miesięcznie 80-90 euro. To pieniądze, za które co prawda w Niemczech nie da się godnie przeżyć tygodnia, ale znacznie podnoszą poziom życia w ośrodkach. Dzięki wykonywaniu jakiejkolwiek pracy uchodźcy znacznie szybciej odnajdują się też w nowym otoczeniu. Jeszcze więcej powodów do radości mają jednak ci, którzy ich zatrudniają, bo zyskują siłę roboczą po kosztach kilkukrotnie niższych niż standardowe.

Od 2014 roku płaca minimalna w Niemczech to bowiem aż 8,5 euro na godzinę. Dotąd sposobem na krótkotrwałą ucieczkę od takich wydatków było zatrudnianie praktykantów lub długotrwale bezrobotnych. Jednak po pewnym czasie i tak trzeba było zaoferować im te co najmniej 8,5 euro. Do tego praktykanci dopiero się uczą. Tymczasem wśród uchodźców pełno świetnie wykwalifikowanych zawodowców chętnych do pracy.

W chwili obecnej za rekrutację do "Ein-Euro-Jobs" odpowiadają samorządy, które kierują takich pracowników przede wszystkim na stanowiska przy obsłudze ośrodków dla uchodźców, gdzie pracują oni w kuchni, przy konserwacji lub sprzątają. Coraz więcej niemieckich miast "Ein-Euro-Jobs" organizuje też w innych społecznie użytecznych obszarach, w tym nawet przy opiece nad dziećmi. Mimo tego publicznego charakteru ich pracy, często głównymi beneficjentami są jednak firmy świadczące dla samorządu lub państwa usługi w ramach outsourcingu.

Sprawdza się więc scenariusz, który w rozmowie z naTemat już na początku kryzysu migracyjnego wróżyła pochodząca z Polski berlińska przedsiębiorczyni Danuta Karmann. Zwracała ona uwagę na doświadczenia Niemiec z czasów, gdy zaczęła napływać fala imigracji po tym, gdy RFN podpisała z Turcją umowę o rekrutacji robotników.

– Teraz mamy sytuację podobną. Jest masa nowych ludzi i jest masa obaw. Ale dane sprzed lat jasno pokazują, że to imigranci dali siłę niemieckiej gospodarce. Kiedy emocje opadną, a nowi przybysze się zaaklimatyzują, znowu na tym skorzystamy – przekonywała. I nie pomyliła się.

Kilka dych i... etat obsadzony!
Jeżeli posady za 1 euro jeszcze bardziej się upowszechnią, to przedsiębiorcy z państw sceptycznych przyjmowaniu uchodźców szybko mogą pozazdrościć konkurencji z Niemiec. Gdyby bowiem w Polsce uchodźców również zatrudniano za 1 euro na godzinę, zaangażowanie dwóch takich osób oznaczałoby obsadzenie pełnego etatu przy konieczności wynagrodzenia ich pensją w wysokości zaledwie... 700-800 zł!

A przecież polski odpowiednik takiego programu byłby zapewne dostosowany do nadwiślańskich realiów gospodarczych, czyli za godzinę pracy można byłoby płacić jeszcze mniej. Nawet z wszelkimi pozostałymi kosztami pracy, to bajeczna propozycja dla pracodawców.

W Niemczech, im częściej organizuje się stanowiska pracy za 1 euro, tym głośniej protestują jednak związkowcy. Chodzi im o to, że uchodźcy są wykorzystywani do psucia rynku pracy, na którym zaledwie dwa lata temu wywalczono wysoką płacę minimalną. Krytycy tego projektu twierdzą też, że "Ein-Euro-Jobs" nie będą żadną trampoliną do prawdziwej kariery w Niemczech, a mogą stać się normą na rynku na lata.

Ale prawdopodobnie na tym poniekąd zależy rządzącym. Trochę przypadkiem znaleźli bowiem sprytny sposób, by znacznie zmniejszyć koszty utrzymania setek tysięcy uchodźców. Te kilkadziesiąt euro pensji to mniej niż ok. 140 euro zasiłku przysługującego oczekującym na azyl i zazwyczaj pieniądze również pochodzą ze funduszy publicznych. Ale przecież w zamian Niemcy otrzymują pracę wykonaną po kosztach kilkukrotnie niższych niż te, które musieliby ponieść zatrudniając swoich obywateli, czy nawet mniej zdesperowanych imigrantów.

Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
0 0W Polsce tego filmu ludzie boją się jak ognia. Widziałem "Malowanego ptaka" i już wiem dlaczego

POLECAMY

HYDEPARK 0 0Maciej Stuhr kończy 44 lata. I właśnie z tej okazji dał bardzo szczery wywiad
0 0Tak się rozjeżdża konkurencję. Po takiej zapowiedzi serwisu Disney+ Netflix może się bać

TRAGEDIA W WARSZAWIE

FELIETON 0 0Ilu ludzi ma jeszcze zginąć na pasach? Posłowie, przestańcie się bać kierowców!
X-lander 0 0Złożysz go jedną ręką. Mamy cenią go za wielofunkcyjne zastosowanie
PSSB 0 0Konsultanci sprzedaży bezpośredniej. Kim są osoby działające w tej rozwijającej się branży?
POLECAMY 0 0Tak Kaczyński traci władzę. Po wyborach dostał dwa potężne ciosy