
Jednym z poważniejszych zarzutów, które przedstawił w Sejmie Mariusz Kamiński było wydanie Rosjanom człowieka, który przyszedł do ambasady w Moskwie z informacjami o zamachu w Smoleńsku. Okazuje się, że ten człowiek był prowokatorem, który miał wywołać zamieszanie polityczne w naszym kraju.
REKLAMA
Jednym z mocniejszych elementów "audytu" przedstawionego w Sejmie przez ministrów Beaty Szydło było przemówienie koordynatora służb Mariusza Kamińskiego. Wiceprezes PiS zarzucił w nim szefom ABW i Agencji Wywiadu z czasów PO, że wydali Rosjanom informatora, który przyszedł do ambasady w Moskwie 10 maja, czyli miesiąc po katastrofie smoleńskiej (choć w jednym z wywiadów mówił też o 10 kwietnia). Miał mieć informacje o możliwości przeprowadzenia w Smoleńsku zamachu.
– Został uznany przez polski wywiad za prowokatora rosyjskich służb – pisze Wojciech Czuchnowski w "Gazecie Wyborczej". – To był element typowej gry służb, w której chodzi o sianie zamętu i dezinformację przeciwnika – mówi Czuchnowskiemu oficer wywiadu, który zajmował się rezydenturą w Moskwie.
Dlatego dane tego człowieka przekazano Rosjanom, by wiedzieli, że Polacy poznali się na ich grze. Poza tym rosyjskie służby nieustannie obserwują naszą ambasadę, więc i tak wiedzieli, że ten człowiek w niej był. Gdyby miał do przekazania poważne informacje, umówiłby się na spotkanie w innym miejscu. "Nawet jeżeli rosyjska prowokacja nie udała się 6 lat temu, to być może teraz w FSB zacierają ręce" – podsumowuje ekspert ds. służb Piotr Niemczyk.
Wiceprezes PiS zapowiedział, że złożył 19 zawiadomień do prokuratury. Nie wiadomo, czy sprawa z Moskwy była wśród nich. Jednak jak pisaliśmy w naTemat: "Wyroki albo "it didn't happen". Po audycie, którego nie można nawet zobaczyć na piśmie, Prawo i Sprawiedliwość musi obronić swoje zarzuty w sądach.
Źródło: "Gazeta Wyborcza"
Napisz do autora: kamil.sikora@natemat.pl
