Trudno odmówić dziecku wyjazdu na wycieczkę szkolną, chociaż ceny i pomysły rodziców, co do wyjazdu, mogą zaskoczyć.
Trudno odmówić dziecku wyjazdu na wycieczkę szkolną, chociaż ceny i pomysły rodziców, co do wyjazdu, mogą zaskoczyć. Adam Golec / Agencja Gazeta

Do szkoły nie można tak po prostu wejść, aby sprzedać sałatki czy owoce. Nikt też na zebraniach rodziców nie opycha im dywanów, kanap, aut. Natomiast wycieczki szkolne, już tak! Czy ktoś panuję nad tym szaleństwem?

REKLAMA
Niedawno mama Oliwki (imię zmienione) wróciła ze szkoły córki mocno zdenerwowana. Nie z powodu jednak ocen pociechy. Musiała dopłacić do wycieczki szkolnej. Łącznie za trzydniowy wyjazd zapłaciła 400 zł. W ubiegłym roku 5-dniowa wycieczka szkolna pochłonęła z budżetu domowego 600 zł. Wydając ostatnie „zaskórniaki” zaczęła zastanawiać się...
– Dziwi mnie sprawa wycieczek szkolnych. Do szkoły wchodzi jakieś biuro podróży i organizuje wycieczkę, zdarza się, że dla wszystkich klas. Szkoła jest instytucją publiczną, więc przy większych zakupach obowiązywałyby ją przetargi, ale tu jest sprytnie, bo za wycieczki nie płaci szkoła, a rodzice – uważa mama Oliwii.
Niby tylko tanie wycieczki
Nierzadko w warszawskich szkołach są klasy od "a" do "g" w każdym roczniku.
– Licząc, że pojedzie 17 dzieci, bo nie wszystkich stać na wycieczkę, z każdej klasy od czwartej do szóstej w szkole córki, to przy trzydniowej wycieczce po 400 zł, wychodzi prawie 150 tys. zł – wylicza.
Jej zdaniem w przetargu szkoła uzyskałaby lepsze oferty. Może nie wszyscy rodzice byliby zadowoleni, bo nie mogliby grymasić....
– Skręca mnie, jak słyszę kolejną mamuśkę która pyta czy będą tam kleszcze albo bezglutenowy chleb, bo jej córka, to nie może – wspomina mama kolejnego nastolatka.
Gdy jej pociecha chodziła do podstawówki wycieczki były wyjątkowo częste. Organizowała je nauczycielka.
– Dziwnym trafem zawsze wybierała jedno biuro turystyczne – dodaje.
Pan Andrzej (imię zmienione) jest emerytowanym nauczycielem z Bydgoszczy. Prowadził nawet firmę turystyczną. Dorabiał organizując kolonie i wyjazdy. Chętnych zawsze miał sporo, czyli uczniów z swojej szkoły i sąsiednich.
– Nie miałem dużego zysku, ale przy okazji jechały moje dzieciaki i żona, która robiła za opiekunkę. Była nauczycielką, więc miała uprawnienia. Teraz obserwuję, że oferty turystyczne uległy profesjonalizacji. Można zastanowić się nad zmianą sposobu ich wyboru, niż tylko zdawanie się na opinie nauczyciela czy znajomych – przekonuje emerytowany nauczycieli.
Pani dyrektor tu rządzi
Zadzwoniłem do Kuratorium Oświaty w Warszawie z pytaniem, czy ktoś ma pieczę nad wycieczkami szkolnymi.
– Nas interesuje tylko kwestia bezpieczeństwa. Natomiast sprawy finansowe i organizacyjne należą do dyrektorów szkół. Z pewnością kierują się podstawową zasadą zapewnienia bezpieczeństwa – przekonuje Andrzej Kulmatycki z warszawskiego Kuratorium Oświaty.
W szukaniu odpowiedzi, jak szkoły dokonują wyboru zadzwoniłem do kilkudziesięciu warszawskich podstawówek i gimnazjum. Po zadaniu pytania o wycieczki, możliwości ogłoszenia przetargu najczęstszą odpowiedzią było, że dyrekcji w tej chwili nie ma. Natomiast w sekretariacie jednej ze szkół, placówce publicznej, usłyszałem: – Proszę przysłać pytania. Pani dyrektor jak zechce to odpowie. Ona tutaj stanowi prawo.
Do wyboru do koloru
Pobieżne sprawdzenie ofert wycieczek szkolnych już wzbudziło moje zaskoczenie. Przekrój cenowy jest duży. Od 300 zł do Białowieży po kilkudniowy wyjazd do Szwajcarii za 575 zł plus 101 CHF kieszonkowego.
Przed wszystkim zadziwia ogromna liczba ofert. W jednym z biur usłyszałem: – Do nas trafiają nauczyciele, dzięki ulotkom, które rozdajemy w szkołach.
W Bydgoszczy odbyła się konferencja turystyczna zorganizowana przez miejscowa izbę turystyczną. Poświęcona była wycieczkom szkolnym. Współorganizatorem było biuro turystyczne „Activ”.
Jego szef Przemysław Zbytek: – Uważam, że wszystkie wycieczki powinny być organizowane przez biura. Z prostego powodu. Biura zapewniają ubezpieczenia wycieczki, gdy z jakiegoś powodu do niej nie dojdzie to zwracają koszty. A jeśli nauczycielowi zbierającemu pieniądze na wycieczkę zostaną one skradzione, to z czego odda? Nauczyciele mają niewielkie pensje.
Unijne wycieczki muszą mieć przetarg
Nie jest też przekonany do pomysłu przetargów. Może tylko tych wycieczek mających wsparcie dotacji Unii Europejskiej.
– Tam jest obowiązek przetargu. Natomiast zbytni formalizm zabije wycieczki i może ciągnąć się w nieskończoność, chociażby z powodu odwołań. Już teraz nauczyciel jest już obarczony papierologią. Nie chce mu się organizować wyjazdu. Czasem mi żal nauczycieli. Nie mówiąc, że dochodzi do absurdów. Czasem w ofercie nie mogę pisać, że opiekun jedzie nieodpłatnie, bo rodzice będą domagali się, aby nauczyciel płacił za wyjazd – dodaje Zbytek.
A oni mogą!
Po przejrzeniu stron internetowych znalazłem jeden przetarg na wycieczkę szkolna. W 2012 r. gmina Parczew ogłosiła przetarg na wycieczkę kilku klas do Centrum Nauki Kopernik w Warszawie. Jednak to jednostkowy przykład. Dyrektor parczewskiego gimnazjum, Witold Jakubas, broni honoru warszawskich dyrektorów, którzy migali się od pytań. Jednak realia lubelskiej gminy odbiegają od stołecznych.
– Organizujemy głównie jednodniowe wycieczki, bo rodziców nie stać na dłuższe, grupowe. Wydreptaliśmy swoje ścieżki i chociażby dzięki uprzejmości Andrzeja Seweryna nasi uczniowie wchodzą taniej do jego teatru. Natomiast u Jandy musimy już płacić pełną kwotę – opowiada.
Dodaje, że w jego gimnazjum przy wyborze wyjazdu decydują potrzeby uczniów, możliwości rodziców i inwencja nauczycieli.– Ostatnio moi nauczyciele przygotowali wyjazd do Malborka i Torunia. Pozyskali sponsorów, którzy sfinansowali transport, to było ponad 4 tys. złote – przyznaje Jakubas.

Napisz do autora: wlodzimierz.szczepanski@natemat.pl