Maurycy Beniowski i Krzysztof Arciszewski – polscy podróżnicy sprzed wieków.
Maurycy Beniowski i Krzysztof Arciszewski – polscy podróżnicy sprzed wieków. Fot. Domena publiczna

Wytyczali nowe szlaki, zapuszczając się daleko poza znane ówcześnie horyzonty. Podróżowali, ale i wiele ryzykowali. Byli w dalekiej Azji, Afryce, Ameryce Południowej i to setki lat temu. Łączyło ich pochodzenie – byli Polakami bądź mieszkańcami Rzeczpospolitej.

REKLAMA

BENEDYKT POLAK

Ten XIII-wieczny zakonnik znalazł się w gronie pierwszych Europejczyków, którzy zapuścili się do nieznanej wówczas Azji. Na temat jego życia wiadomo niewiele. Prawdopodobnie pochodził z Wielkopolski, a po wkroczeniu w dorosłość wstąpił do zakonu franciszkanów. Odtąd był po prostu bratem Benedyktem, ze względu na swoje pochodzenie nazywanym Polakiem (Benedictus Polonus).
Nie wiadomo, czy zapisałby się w annałach historii, gdyby nie dramatyczne okoliczności, w jakich znalazła się Europa w pierwszej połowie XIII stulecia. Najazdy mongolskie okazały się na tyle wielkim zagrożeniem, że wymusiły nawet interwencję papieża. Jego wysłannik, także franciszkanin, Jan di Piano Carpini, miał niebawem wyruszyć na zupełnie obcą ziemię, do "jaskini lwa". W dostarczeniu listu Innocentego IV do wielkiego chana Mongołów miał mu pomóc... brat Benedykt. Był rok 1245, kiedy obaj wyruszyli w misję życia.
logo
Papież Innocent IV wysyła dominikanów i franciszkanów w misję do państwa Mongołów. Fot. Domena publiczna
Ekspedycja papieska była przedsięwzięciem na wielką skalę. Wysłannicy otrzymali zadania polityczne – nakłonienie chana do kompromisu, a być może nawet do zmiany wiary?! Wyprawa wyruszyła z francuskiego Lyonu, dalej przez Pragę i Wrocław (gdzie dołączył Benedykt Polak), zakonnicy skierowali się na wschód. Po niemalże roku przekroczyli bramę Kijowa. Minęły kolejne miesiące i dotarli do znanego tylko z opowieści Karakorum – świętego miasta Mongołów.
U wielkiego chana – Gujuka (wnuk samego Czyngis-chana) – nic nie wskórali, choć trudno uznać franciszkańskie poselstwo za pozbawione sensu. Świetnie wykształceni zakonnicy byli wnikliwymi obserwatorami, przeto skrupulatnie notowali to, co zobaczyli. A podróżowali przez... 30 miesięcy, przemierzając ok. 20 tysięcy kilometrów. Efektem było powstanie pierwszej relacji z podróży Europejczyków do stolicy imperium mongolskiego.

KASPER Z POZNANIA

Dla Portugalczyków nie jest anonimowy, wszak był jednym z kompanów samego Vasco da Gamy, odkrywcy, którego największą życiową zasługą było wytyczenie drogi morskiej z Europy do Indii. Gdy dobił na nieznaną ziemię w 1498 roku, poważnie się zdziwił. Oto jego oczom ukazał się tubylec w turbanie, świetnie władający łaciną. Przedstawił się jako chrześcijanin na dworze Jusufa Adil Szacha, władcy Bidżapuru. Da Gamie wydawał się niewiarygodny, ale po poddaniu go torturom... zdecydował się zabrać nieznajomego na swój pokład. Znał kilka miejscowych języków i miał się jeszcze portugalskiej załodze przydać. W dużej mierze dzięki jego znajomości tajników żeglugi i nawigacji, szczęśliwie powrócono do Europy.
logo
Vasco da Gama – ojciec chrzestny Kaspra z Poznania. Fot. Domena publiczna
Kim był ów tajemniczy człowiek, który podróżował z portugalskim bohaterem narodowym? To w rzeczywistości polski Żyd, urodzony w Poznaniu, niejaki Kasper. "Poddany króla Polski z miasta Posna", jak o tajemniczym odkrywcy pisali sami Portugalczycy. Wiadomo jedynie tyle, że żydowska rodzina opuściła Wielkopolskę w niejasnych okolicznościach i przez Włochy dotarła na Bliski Wschód. Stamtąd wykształcony młodzieniec przedostał się do Indii.
Przechrzczony już na portugalskiej ziemi. Odtąd mówiono na niego Gaspar da Gama, bo nazwisko przejął po swym ojcu chrzestnym, czyli... Vasco da Gamie. Niebawem wyruszył w kolejną podróż, tym razem do Indochin, na Jawę, Cejlon, przez wybrzeża Afryki Wschodniej. W 1500 roku, u boku Pedro Cabrala, został jednym z odkrywców Brazylii. Szybko stał się ulubieńcem portugalskiego króla Manuela I, dorobił się fortuny.
Prawda o człowieku z Polski, szpiegu indyjskiego sułtana, z którym Vasco da Gama przemierzył pół znanego ówcześnie świata, wyszła na jaw dopiero po latach. A bez Kaspera z Poznania słynna wyprawa do Indii nie zakończyłaby się sukcesem!

MICHAŁ BOYM

Nazywany polskim Marco Polo. Co prawda żył ponad trzy stulecia później, ale również, jak swój słynny poprzednik, dotarł na Daleki Wschód. I pozostawił po sobie obszerną relację, o wiele bardziej wiarygodną aniżeli dzieło życia weneckiego kupca i podróżnika. Kim był? Polakiem ze Lwowa.
Michał Boym, bo o nim mowa, żył w XVII stuleciu i zapisał się na kartach historii głównie jako znawca Chin. Słusznie jest uznawany za jednego z pierwszych europejskich sinologów. Do Państwa Środka przybył jako jezuicki misjonarz. Celem podróży było Makau, gdzie Polak wraz z grupą innych zakonników dotarł w 1643 roku. Boym nauczył się chińskiego, był też wykładowcą w miejscowym kolegium jezuickim.
logo
Michał Boym - znawca Chin, prekursor europejskiej sinologii. Fot. Domena publiczna
Po kilku latach – w międzyczasie zmieniając miejsca swojej posługi – zjawił się na dworze cesarza Chin Yong Li z Południowej dynastii Ming. Ten wysłał go niebawem z prestiżową misją na Stary Kontynent. Miał spotkać się z papieżem jako cesarski poseł. Podróż zakończyła się sukcesem i w 1652 roku Boym ponownie mógł stanąć przed następcą św. Piotra. Niestety, nie udało mu się już wrócić na dwór swojego mocodawcy. Zginął w drodze.

Michał Boym zmarł, nie dostarczywszy listów. Cesarstwo, o które walczył, nie stało się chrześcijańskie. Jednak umiłowanie Chin przepełniające tego prostego jezuickiego mnicha wyrażające się w tytanicznej pracy naukowej, którą prowadził podczas całego swojego życia-wędrówki zrodziło wspaniałe owoce. Owoce te to częściowo znane i docenione teksty, książki i mapy tworzące zręby europejskiej sinologii, ale także wciąż czekający na odkrycie dorobek rozproszony po archiwach i bibliotekach świata.

Polski misjonarz zapisał się w pamięci Chińczyków nie tylko jako wierny poddany cesarza, a zarazem znawca dalekowschodniej kultury, ale i m.in. ekspert od medycyny. Tworzył mapy, sporządzał opisy nieznanych wówczas w Europie gatunków fauny i flory. Był odkrywcą z prawdziwego zdarzenia. To on jako pierwszy opisał Wielki Mur Chiński.

KRZYSZTOF ARCISZEWSKI

Karierę wojskową zrobił w Niderlandach, choć w armii Rzeczpospolitej także miał spore zasługi. W 1622 roku nastąpiły jednak wypadki, które zaważyły na losie krewkiego arianina. Pokłosiem konfliktu ze swoim współwyznawcą, Kacprem Jaruzelem Brzeźnickim, było zabójstwo tego drugiego, które odbiło się w szlacheckim kraju sporym echem. Arciszewski stanął przed Trybunałem Koronnym w Piotrkowie i został skazany na infamię i banicję. Musiał uchodzić.
logo
Krzysztof Arciszewski – polski awanturnik, który dotarł do Brazylii. Fot. Domena publiczna
Paradoksalnie, gdyby nie ten niekorzystny wyrok, zapewne nie byłby dziś uznawany za polskiego eksploratora Brazylii. Zanim jednak wyruszył do Ameryki Południowej, osiadł na zachodzie Europy. Najpierw we Francji, gdzie zarabiał jako żołnierz najemny. Potem w Niderlandach, tam także poświęcając się wojaczce. W międzyczasie z zapałem studiował wykorzystanie artylerii na polach bitew. Prawdziwe uznanie zdobył jednak dopiero dzięki odwadze, którą zaprezentował w dalekiej Brazylii.
Jako kapitan w służbie holenderskiej (w Kompanii Zachodnioindyjskiej) wysyłano go tam kilkakrotnie. Za Oceanem Polak badał plemiona indiańskie, zajmował się również nurkowaniem. Co najważniejsze jednak, za każdym razem dowodził swojej przydatności bojowej. Nic dziwnego, że dosłużył się stopnia generała artylerii, a w Pernambuco doczekał się nawet pomnika. W 1646 roku powrócił na ojczystą ziemię, wkupiwszy się w łaski króla Władysława IV. Tam też, po dekadzie, dopełnił żywota.

MAURYCY BENIOWSKI

Bohater poematu Juliusza Słowackiego. Z pochodzenia Węgier (urodził się w miejscowości Vrbové w dzisiejszej Słowacji), z przekonania Polak. Walczył w konfederacji barskiej, podczas której dostał się do rosyjskiej niewoli. Zesłany na Kamczatkę, nie poddał się. W 1772 roku uciekł z nieludzkiej ziemi, zabijając wcześniej miejscowego gubernatora. To, co działo się później, uczyniło z niego postać na pół legendarną.
logo
Maurycy Beniowski – cesarz Madagaskaru, bohater poematu Juliusza Słowackiego. Fot. Domena publiczna
Beniowski opuścił Sybir – wraz z kilkudziesięcioma towarzyszami zawinął na okręcie do chińskiego Makau. Rychło jednak obrał kurs na Europę. Po wielu perypetiach, trafił w końcu do Francji, na dwór królewski Ludwika XV. Polecenie Jego Królewskiej Mości brzmiało: na Madagaskar! Beniowski płynął na położoną u wschodnich wybrzeży Afryki wyspę jak w nieznane. Miał być konkwistadorem, który sprawi, że Malgaszowie ukorzą się przed francuskim władcą, a tymczasem został ich ulubieńcem. Był rok 1776, gdy przybysz z Europy został obwołany przez miejscowych... cesarzem!
Beniowski, o czym wspomina w swoich barwnych, ale z pewnością "przerysowanych" i ubarwionych pamiętnikach, robił wszystko, aby stać się władcą z prawdziwego zdarzenia. Wyprawiał się jako tytularny cesarz nie tylko do Europy, ale i do Stanów Zjednoczonych Ameryki. Za wielką wodą zaprzyjaźnił się nawet z jednym z ojców niepodległości USA – Benjaminem Franklinem. Marzenia o potędze okazały się jednak mrzonką. Zginął 10 lat po "koronacji", w momencie, gdy na Madagaskarze znajdowali się już francuscy żołnierze.
Artykuł inspirowany książką:
logo