"Kurortyzacja Sopotu to igranie z ogniem". Kto nad Bałtykiem pogardza zwykłymi turystami, może słono za to zapłacić
"Kurortyzacja Sopotu to igranie z ogniem". Kto nad Bałtykiem pogardza zwykłymi turystami, może słono za to zapłacić Fot. Bartosz Banka / Agencja Gazeta

Najpierw była walka z głośnymi imprezami, potem alkoholem, teraz przyszedł czas na stroje kąpielowe. Powoli tradycją staje się, że na początku sezonu Sopot walczy z wizerunkiem "bałtyckiej Barcelony" i próbuje przedstawić się jako ekskluzywny kurort. Czym wiele ryzykuje, bo coraz skuteczniej odstrasza wielu turystów. A nad chłodnym i kapryśnym polskim morzem pogardzenie każdą złotówką może mieć zgubne skutki.

REKLAMA
A Sopot kolejne krucjaty przeciwko nawykom większości turystów odwiedzających "perłę Bałtyku" organizuje właśnie z pogardy dla mniejszych kwot, które zostawiają tu mniej ekskluzywnie prezentujący się turyści. Dlatego w najnowszej wojence wytoczonej bikini i kąpielówkom na Monciaku władze miejskie wspiera część właścicieli drogich restauracji. Podobnie było wówczas, gdy Sopot zabierał się za zbyt łatwo dostępny w mieście alkohol i głośne imprezy.
Właścicielom ekskluzywnych lokali – gdzie odpoczywać zdarza się nie tylko polskim celebrytom pokroju Borysa Szyca, ale i gwiazdom największego światowego formatu takim, jak Rihanna (przy okazji koncertu) – takie zmiany w Sopocie się podobają i opłacają. Paradujący po mieście z dmuchanymi rekinami "Janusze" i rozwrzeszczani studenci kursujący wieczorem między monopolami a plażą to nie jest obrazek, który pasuje to ich wielomilionowych inwestycji.
Jak już kiedyś wspominaliśmy w naTemat, zmiany zachodzące w Sopocie mają też stricte polityczne podłoże. Wbrew wszelkim pozorom, to miasto emerytów. To oni mają tu adresy zameldowania i wybierają władze. I nienawidzą tego gwaru ostatnich kilkunastu lat. Prezydent Jacek Karnowski i sopoccy radni musieli więc przypomnieć sobie, że powinno im zależeć głównie na opinii tych 37 tys. mieszkańców, a nie setek tysięcy turystów.
logo
W zeszłym roku w Sopocie odwołano "Bieg nagiej mili". Fot. Łukasz Głowala / Agencja Gazeta
W tle tego wszystkiego jest też wielka obawa o utratę statusu prawdziwego kurortu. To tymczasem dawało Sopotowi wyjątkową pozycję nawet w szarych czasach PRL. Miasto jest uzdrowiskiem, w którym leczone są choroby ortopedyczne, reumatologiczne, kardiologiczne i dolnych dróg oddechowych. Są tu źródła naturalnych surowców leczniczych i działa aż 5 sanatoriów. Ale jak odpocząć i leczyć się w takim gwarze? To pytanie od lat coraz głośniej zadają urzędnicy zarządzający polską służbą zdrowia i uzdrowiskowy status Sopotu wisi na włosku.
Miasto wielokrotnie tłumaczyło więc, że musi ograniczać dobrą zabawę, której Sopot stał się w ostatnich latach symbolem. Nie idzie to tutejszym samorządowcom wcale tak opornie, bo na wielu – jeśli nie większości – letnich biznesów Sopot nie zarabia tyle, co powinien. Albo wcale. Wynika to z faktu, iż nie prowadzą ich ludzie z meldunkami w tym mieście. Za warte krocie biznesy na flądrze, piwie, pamiątkach, lodach itp. robione pod molo podatki płyną na przykład do Warszawy lub Pcimia. Bo to firmy stamtąd zarabiają na sopockim lecie.
logo
Co roku zabawić się w Sopocie chce coraz więcej osób. Mieszkańcy kurortu mają tego powoli dość. Fot. Kamil Gozdan / Agancja Gazeta
– Ale jak odstraszymy turystów i zostaniemy z choćby najbogatszymi emerytami, to bieda zajrzy w oczy sopockim przedsiębiorcom - mówi w rozmowie z naTemat właściciel fast foodu przy Monciaku. I irytuje się na rozkręconą ostatnio akcję edukacyjną zniechęcającą do chodzenia po nadmorskim mieście w strojach kąpielowych. – Niech to sobie wywieszą w drogich restauracjach, a nie robią raban na całą Polskę, z którego ludzie rozumieją tyle, że jak pójdziesz z gołą klatą na frytki, to cię pogonią. To odstrasza prostych ludzi, którzy jednak stanowią większość nawet tutaj – stwierdza.
Wtóruje mu właściciel lodziarni nieopodal mola. – Jedni popierają "kurortyzację" i widzą w tym szansę na podniesienie cen. Inni mówią, że kolejne jej odsłony niczego nie zmieniają. A ja jednak wiedzę spore różnice, które zaszły tylko po wojnie na słowa o koncesje dla monopolowych. W zasadzie nic się nie zmieniło, ale ludzi imprezujących na ulicach jakby robiło się wieczorami mniej. Bo część zakodowała sobie, że z tym walczą i pewnie jeszcze problemy można mieć. Że nie jest przyjaźnie. A to oznacza, iż czasem i w weekend już nie warto trzymać pracownika do nocy i utarg jest słabszy – utyskuje szef.
logo
Fot. Bartosz Banka / Agencja Gazeta
Kiedy prezydent Karnowski osobiście nocami patrolował monopole i sprawdzał, czy nie sprzedają tam alkoholu nieletnim i nietrzeźwym, mówiono, że z krucjaty przeciwko sklepikarzom zadowoleni będą w klubach. Ale "kurortyzacja" w całej swej okazałości tam też nie robi dobrego wrażenia.
– Kolejne sezony wiążą się wizerunkowo z jakimś nieatrakcyjnym, wręcz odstraszającym przekazem. Teraz te nieszczęsne bikini i slipy, które poszły po całej Polsce jak burza. Wiadomo, że to nie powoduje widocznych strat szybko, ale igramy z ogniem. Ludzie jeżdżą tu, bo jest fajnie. Jak przestanie im się to tak kojarzyć, to z myślą o wyluzowaniu się, czy romantycznym wypadzie pojadą na Hel, albo do jakiegoś Mielna. Bo tam nikt nie krzyczy na cały kraj, że stop z kąpielówkami, stop z winkiem na plaży i zapraszamy tylko w krawatach, bo klient w krawacie się nie awanturuje – słyszę od menadżera jednego z klubów najpopularniejszych wśród młodzieży.

Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl