Tylko nieliczni uchodźcy deklarują chęć pozostania w Polsce. Część wróci do ojczyzny, reszta planuje wyjazd na zachód.
Tylko nieliczni uchodźcy deklarują chęć pozostania w Polsce. Część wróci do ojczyzny, reszta planuje wyjazd na zachód. Paweł Kalisz

Żeby tu wejść, trzeba mieć specjalną przepustkę. Po środku ogrodzonego placu stoi budynek, w którym może jednorazowo mieszkać około 150 osób. Przed budynkiem siedzą kobiety i o czymś zawzięcie dyskutują, w pobliżu na placu zabaw bawią się dzieci. Tak wygląda ośrodek dla uchodźców na warszawskim Targówku.

REKLAMA
Miejsce na uboczu, wjazd samochodom na teren ośrodka uniemożliwia zamknięta brama. Na skuterze udaje się przejechać obok, ale po kilkudziesięciu metrach przejażdżki pośród gęstych drzew drogą zagradza kolejna brama. Podobna sytuacja, przejeżdżam przez furtkę i parkuję skuter przed wejściem do ośrodka. Jeszcze nie zdążyłem zejść, a już idzie do mnie ochroniarz w błękitnym uniformie. Tutaj bez zgody wjeżdżać nie wolno. Wręczam mu pismo z podpisem szefa Urzędu do Spraw Cudzoziemców. Idzie z nim do budynku i znika w recepcji.
logo
Do ośrodka jedzie się przez "las", rozciągający się między pierwszą, a drugą bramą. Skutecznie odcina ośrodek od głównej ulicy. Paweł Kalisz
Z zaciekawieniem przygląda mi się grupka dzieci. Gdy zwracam na nie uwagę, speszone odchodzą, część na plac zabaw, dwoje chowa się do budynku. A nawet nie próbowałem zagadać, ot, po prostu, patrzyłem na nie. Wraca do mnie ochroniarz, któremu muszę jeszcze udowodnić, że jestem tym samym człowiekiem, który dostał zezwolenie na wejście do ośrodka. Po pięciu minutach siedzę w gabinecie kierownik ośrodka.
– Musi pan za każdym razem pytać się, czy ktoś zechce z panem porozmawiać. Oni są skryci, nie każdy będzie chciał rozmawiać. To samo ze zdjęciami – mówi Agnieszka Fiedosewicz, kierownik ośrodka. – Zdarza się, że przyjeżdża ekipa telewizyjna i chcą robić materiał o uchodźcach. Instalują kamerę na stołówce, by pokazać jak dzieci wspólnie jedzą posiłki. I wie pan co? W tym momencie praktycznie żadne nie jest głodne, stołówka cały dzień może stać pusta.
No i oczywiście do rozmowy niezbędna jest znajomość języka rosyjskiego. Jak dowiedziałem się w biurze, większość przebywających na terenie ośrodka kobiet to uciekinierki z Czeczenii, Tadżykistanu, są wśród nich także Ukrainki. No i dzieci, niektóre naprawdę małe, ale pośród nich biegają też starsze, w wieku szkolnym.
Budynek nie wyróżnia się niczym szczególnym. Szary klocek, w środku wąskie korytarze. Przypomina hotel robotniczy i kto wie, może kiedyś nim rzeczywiście był, choć wówczas korytarze raczej nie miały na ścianach wymalowanych Smerfów. Od kilku lat działa tu ośrodek dla uchodźców. Na początku roku były plany, by przyjąć do niego grupę Syryjczyków, ale na planach się skończyło. Protestowali mieszkańcy Targówka, chyba też nie było dobrego pomysłu na to, co z robić z kobietami, które już są na terenie obiektu.
logo
Za każdymi drzwiami kryje się opowieść o nadziejach i chęci poprawy losu. Paweł Kalisz
Za każdymi drzwiami kryją się podobne historie. Uciekały z ojczyzny w poszukiwaniu lepszego życia. Spokoju, stabilizacji i poprawy warunków. Wiele z nich nie ukrywa, że Polska nie jest krajem docelowym, myślą o dalszej podróży na zachód. Najczęściej stacją końcową mają być Niemcy. Tylko nieliczne planują pozostać w Polsce.
Masza wraca do kraju. W Polsce jest w sumie miesiąc, dwa tygodnie była w ośrodku na Podlasiu, później trafiła na Targówek. Przyjechała z Czeczenii, jak większość przebywających na terenie ośrodka. Wraca, bo tęskni za rodziną, bo ma problemy z przedłużeniem prawa pobytu w Polsce, bo nie udało jej się wyjechać na zachód. Inaczej sobie wyobrażała Polskę. Myślała, że będzie jej się tutaj łatwiej żyło niż w ojczyźnie.
– Trudno się z nimi zaprzyjaźnić – twierdzi pani, którą zastałem przy myciu schodów. To Polka, która w ośrodku na Targówku pracuje od pięciu lat. – Ciągle się zmieniają, to jedno. Przyjeżdżają, wyjeżdżają. Ale i z tymi co są tu dłużej ciężko się bliżej zaznajomić. Ja tu jestem pracownikiem, który po nich musi sprzątać, gotować im, a nawet nie usłyszę „dziękuję”.
logo
O czystość na terenie ośrodka dba polski personel. Polki przygotowują też posiłki, a bezpieczeństwo zapewnia ochrona. Paweł Kalisz
Na terenie rzeczywiście jest czysto, ale może dlatego, że przyjechałem o wczesnej porze. – Mam zakontraktowane mycie raz dziennie. O, spojrzy pan, tu było myte wczoraj po południu, a jaki brud. One nic dookoła siebie nie zrobią, one tu są na wakacjach, im się wszystko należy – dodaje pracownica ośrodka.
Irina chce zostać w Polsce. Ma tu narzeczonego, czekają na prawo stałego pobytu. Przyjechała, a jakże, z Czeczenii. Nieśmiała szatynka opowiada o tym, jak przyjechała do Polski. Jej ciche słowa i mój słaby rosyjski powodują, że staliśmy podejrzanie długo na korytarzu. Zaczynają się dookoła nas zbierać dzieci, przysłuchujące się rozmowie. Wystarczy jednak powiedzieć do nich „cześć”, a rozbiegają się na wszystkie strony.
Na zewnątrz też są takie nieśmiałe? – Gdzie tam – mówi pan Józef, którego spotykam przy szkole na ulicy księcia Ziemowita. To właśnie tu uczęszczają na zajęcia dzieci uchodźców, którzy przebywają już jakiś czas w Polsce. – tłuką się tak samo, jak dzieci Polaków, wcale nie są jakieś wycofane. – One do tej szkoły chodzą tylko po to, żeby matki mogły na nie dostawać dodatkowe pieniądze – twierdzi pracownica ośrodka. Jej zdaniem, dzieci niewiele się uczą, a już na pewno nie języka polskiego.
Ośrodek jest otwarty dla uchodźców, kobiety i dzieci mogą z niego wychodzić i wracać kiedy chcą. I korzystają z tego prawa. Gdy dostają z urzędu pieniądze, idą na zakupy. – Kupują wszystko co im w ręce wpadnie, a jak portfel pusty, to zaraz przychodzą z żądaniem, żeby więcej na talerz nakładać, bo dzieci głodne – mówi pracownica ośrodka.
Czy boją się wychodzić? Zgodnie podkreślają, że nie. Nigdy nie spotkało ich nic złego, ani w ciemnym lesie prowadzącym do ośrodka, ani „na mieście”. Niektóre pracują, legalnie. Ale nie chcą o tym mówić. Nikt nie jest w stanie sprawdzić, czy pracują na czarno czy szaro, ośrodek nie prowadzi takich statystyk. Wiadomo, że sprzątają „po ludziach”, ale kto, gdzie? Zero pewnych informacji.
Masza nie potrafi nic powiedzieć o Polakach. Wie, że mówimy innym językiem, ale zbyt krótko przebywa w Polsce, by móc nas za coś pochwalić czy zganić. Sama nie doświadczyła niczego złego, choć inaczej wyobrażała sobie pobyt w Polsce. Trafiła do ośrodka, który bardzo przypomina jej rodzinny dom. Tak bardzo, że zatęskniła za własnym. Wraca.
Natasza nie lubi Polski. Niechętnie odpowiada na pytania. Nie lubi Polaków, bo jej zdaniem patrzą na nią jak na zwierzę. Czeka z utęsknieniem, kiedy będzie mogła pojechać do Niemiec. Tam ma rodzinę, tam to jest życie, nie to co tu. Bo „tu” jest brzydki ośrodek, kiepski socjal i w ogóle za bardzo jesteśmy podobni do Czeczenii, tyle że bomb nie ma. Czuje, że w Niemczech będzie szczęśliwa, bo tam nie kradną.
logo
Na terenie ośrodka na Targówku zdarzają się kradzieże. Ginie głównie żywność przechowywana we wspólnych lodówkach. Paweł Kalisz
A na terenie ośrodka kradzieże są na porządku dziennym. Ginie wszystko, co przedstawia jakąś wartość. Głównie zmienia właściciele jedzenie we wspólnej lodówce. Świadków oczywiście nie ma, ale zarówno pracownice, jak i pytane przeze mnie cudzoziemki potwierdzają, że nie ma co wsadzać do lodówki czegokolwiek „nieoblizanego”. Giną ubrania, proszki do prania... Pracownicy ośrodka mieli nadzieję, że wraz z przybyciem większej ilości kobiet z terenów wschodniej Ukrainy sytuacja trochę się poprawi, ale nic się nie zmieniło. – One chyba są nawet gorsze – twierdzi pani sprzątająca schody. A brudzą jeszcze bardziej – dodaje.
– A co mają nie brudzić? – dziwi się kierownik ośrodka. Wspomina, jak mieszkała w akademiku Uniwersytetu Warszawskiego i wcale nie było lepiej. – w tym akademiku mieszkała przyszła „podobno elita” kraju, a brud był pięć minut po wyjściu sprzątaczek – twierdzi Fiedosewicz.
W ośrodku przebywa około 40 kobiet i 90 dzieci. Większość pojawia się i znika, przyjeżdża na tydzień, miesiąc i już ich nie ma. Ale są i tacy, którzy mieszkają na Targówku dłużej. Rekordzistka zajmuje pokój już od trzech lat. Wciąż czeka, aż ktoś w urzędzie wymyśli, co z nią zrobić – zostawić czy odesłać z powrotem.
Smutna to była wizyta. Zobaczyłem na miejscu ludzi, którzy się nie uśmiechają. Żyją, czekając na odmianę swojego losu mieszkają w małych pokojach. Dopiero gdy wyszedłem z budynku, uderzyło mnie to, czego brakowało mi w środku – dziecięcego śmiechu. Był płacz i wrzaski, ale na prawie setkę dzieci żadne się nie śmiało. Kobiety też nie.
Polacy boją się uchodźców. Gdy tylko pojawi się informacja, że w miejscowości X ma być ośrodek dla imigrantów, zaraz pojawiają się protesty i pikiety. Boimy się, że różnice kulturowe i religijne będą tak duże, że nie uda się zasymilować cudzoziemców. Boimy się zamachów, ISIS, tego że wraz z uchodźcami wpuszczamy do Polski terrorystów. Jak pisaliśmy w naTemat, są i tacy, którzy nie chcą, by uchodźcy odbierali Polakom pracę.
Pojechałem do ośrodka, żeby sprawdzić, jak uchodźcy postrzegają Polskę i Polaków. Spędziłem w nim trochę czasu, porozmawiałem z kilkoma kobietami – po tych kilku rozmowach wiem, że zdecydowana większość traktuje pobyt w Polsce jako dopust boży, karę za grzechy i konieczny przystanek w drodze na upragniony „zachód”. Te kobiety po prostu nie chcą mieszkać w Polsce, za wyjątkiem Iriny, której Polska się spodobała.
W tej sytuacji polityka imigracyjna UE wydaje się być skazana na porażkę. Trudno dostrzec sens w negocjacjach, czy mamy przyjąć tysiąc, siedem tysięcy czy pół miliona ludzi. Większość z nich i tak nie zostanie w Polsce na zawsze. Większość kobiet z ośrodka na Targówku marzy tylko o wyjeździe do Niemiec.

Napisz do autora: pawel.kalisz@natemat.pl