
Napływ imigrantów do Wielkiej Brytanii był głównym argumentem za wyjście z Unii Europejskiej. Tymczasem teraz Wyspiarze będą musieli przyjąć ich jeszcze więcej. Wkrótce też przekonamy się, jak silna jest pozycja sojuszu europejskich państw.
REKLAMA
23 czerwca, Brytyjczycy zagłosowali za wyjściem z Unii Europejskiej. Argumentem przeciwników UE, który powtarzali do znudzenia, była obawa przed imigrantami. Niechęć Anglików skierowana była głównie wobec Polaków. Najwięcej osób głosujących za Brexitem było w Bostonie, który zamieszkuje najliczniejsze skupisko przyjezdnych znad Wisły.
Tymczasem już po referendum okazało się, że obietnice Nigela Farage'a, głównego politycznego szermierza przeciw UE, nie zostaną spełnione. Obiecywał, m.in., że co tydzień na służbę zdrowia trafi 350 mln funtów. Polityk kilka godzin po referendum oświadczył, że to nieprawda. Wkrótce zrezygnował ze swojego stanowiska, tłumacząc, że swój cel osiągnął – UK opuściło UE.
Jeszcze przed referendum zwolennicy wyjścia z europejskiego sojuszu twierdzili, że chcą skorzystać z tzw. opcji norweskiej, czyli dostępu do Europejskiego Obszaru Gospodarczego. Wyspiarze będą musieli negocjować dostęp do Obszaru. Wiąże się to z dopłatami, ale i... Państwa, które zachowały podobny statut, jak chociażby Islandia zobowiązały się do przyjmowania imigrantów z Europy w większej liczbie (w przeliczeniu do wielkości populacji) niż Wielka Brytania.
Wkrótce okaże się, kto ma silniejsza pozycję w negocjacjach. To będzie też argument dla polskich eurosceptyków. PiS w Wielkiej Brytanii widział głównego sojusznika na arenie międzynarodowej. Mogą znów się przeliczyć. Zdaniem analityków agencji Bloomberg, Wielka Brytania ma najprawdopodobniej więcej do stracenia niż – Unia Europejska.
Napisz do autora: wlodzimierz.szczepanski@natemat.pl
Źródło: "polishexpress.co.uk"
