Do zjednoczenia opozycji powinno dojść jak najszybciej. Osobno PO i Nowoczesna są słabe, razem mogą mieć poparcie porównywalne z PiS.
Do zjednoczenia opozycji powinno dojść jak najszybciej. Osobno PO i Nowoczesna są słabe, razem mogą mieć poparcie porównywalne z PiS. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Przypominając zasadę, że zwycięzca bierze wszystko, Jarosław Kaczyński z Prawem i Sprawiedliwością pozwalają dziś sobie nawet na najbardziej kontrowersyjne kroki. Jednak taką możliwość dał im nie tylko sukces wyborczy z ubiegłego roku. Ważna jest także świadomość, że nie mają z kim przegrać. W czym z każdym kolejnym dniem utwierdza ich podzielona opozycja. Ten, kto zechce zatrzymać PiS, musi więc zacząć od zjednoczenia głównych sił na opozycji.

REKLAMA
"Nawet nie ma z kim przegrać" 2016
Pamiętacie słynny wywiad Donalda Tuska, w którym ówczesny premier i przewodniczący Platformy Obywatelskiej stwierdził, że "nie ma z kim przegrać tych wyborów"? Był koniec września 2010 roku, a jego formacja notowała rekordowe poparcie na ponad 40-proc. poziomie. Na tę odrobinę nonszalancji Tusk pozwolił sobie w sytuacji, gdy notowania opozycji nie były jednak o wiele gorsze. Prawu i Sprawiedliwości sondaże dawały wtedy ok. 30 proc., a kilkanaście tygodni wcześniej Jarosław Kaczyński walkę o prezydenturę przegrał z Bronisławem Komorowskim zaledwie o 6 punktów procentowych.
Proponuję powrót do tamtych wspomnień, byśmy lepiej zrozumieli to, jak dziś o zagrożeniu utratą władzy musi myśleć Jarosław Kaczyński. Skoro wówczas Donald Tusk czuł, że nie ma z kim przegrać, to co powiedzieć o obecnej sytuacji prezesa PiS? Są przecież badania, które wskazują, że jego partia ma poparcie nawet o 25 punktów wyższe od najsilniejszej partii opozycyjnej! Tak twierdzi rządowy CBOS, ale średnia miesięczna wszystkich - także niezależnych - sondaży również wskazuje na około dwudziestopunktową różnicę.
Co więcej, po drugiej stronie politycznej barykady nie ma żadnego monolitu. Jest grupka słabych lub bardzo słabych partii, które zostały zmuszone do skupienia się na rywalizowaniu między sobą, a nie na walce podsycanej realnymi nadziejami na przejęcie władzy. Kiedy PiS było w opozycji, politycy tej formacji na hasło "gdyby wybory odbywały się dziś" tylko zacierali ręce. W PO, Nowoczesnej i Polskim Stronnictwie Ludowym na myśl o rychłych wyborach raczej wpadają teraz w popłoch. O lewicy nie wspominając...
Słabeuszy nikt nie szanuje
W minionym miesiącu średnie poparcie dla Platformy wynosiło nieco ponad 17 proc., dla Nowoczesnej 14 proc., a PSL niezmienne balansuje na 5-proc. progu wyborczym. Gdy patrzymy na te dane, wydaje się, że ze strony Jarosława Kaczyńskiego to swego rodzaju akt łaski, iż nie chce doprowadzić do przedterminowych wyborów. Przecież PiS wygrałby je w cuglach i być może wreszcie zapewnił sobie większość konstytucyjną. Z "przystawkami" spod szyldu Kukiz'15 popieranego przez prawie 10 proc. Polaków taką władzę na pewno udałoby się zdobyć.
Na nowe wybory PiS nie chce się odważyć, ale z taką przewagą nad słabymi i podzielonymi rywalami może bez obaw poczynać sobie z państwem, jak tylko zechce. W partii rządzącej nie czują żadnego strachu przed konsekwencjami, żadnej presji ze strony konkurentów. To jednak nie tylko zasługa politycznego geniuszu Jarosława Kaczyńskiego. Tak wiele dla partii rządzącej wspólnymi siłami zrobili raczej Ryszard Petru i Grzegorz Schetyna. I wszyscy ci, którzy stoją za ich plecami, podpowiadając, że nie ma sensu doprowadzić do zjednoczenia centrowej opozycji.
Naprawdę? No to przemyślcie te 5 argumentów:

1. By nie było "Budapesztu w Warszawie"

logo
Fot. Marek Podmokły / Agencja Gazeta
Sens zjednoczenia pod jednym szyldem Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej jest przede wszystkim w tym, by nie pozwolić PiS na skopiowanie w Polsce kolejnego punktu z planu "Budapeszt w Warszawie". Kluczem do siły i nietykalności Viktora Orbana na Węgrzech jest bowiem fakt, iż on serio nie ma z kim przegrać.
W ostatnim sondażu orbanowski Fidesz miał "tylko" 17 proc. przewagi nad opozycją. Problem w tym, że stanowi ją aż 5 skłóconych ze sobą formacji, które 28-proc. poparcie uciułały łącznie. A jest jeszcze neonazistowski Jobbik, który na skłóceniu demokratycznej opozycji i flircie z rządzącymi od lat sukcesywnie zyskuje. Węgierskich przyjaciół ONR-owców popiera 22 proc. społeczeństwa.
Orban nie musi się więc bać ani masowych protestów, ani kolejnych wyborów. Po pierwsze, nawet znudzeni nim Węgrzy głosują na Fidesz, bo wiedzą, że i tak wygra. Po drugie, poparcie dla orbanowskiej ekipy musi być dość wysokie, by do głosu nie doszły skrajne środowiska. Próby powielenia tego schematu w Polsce są ostatnimi czasy chyba aż nadto widoczne...

2. Warto uczyć się od prawicy

logo
Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Temu, że zjednoczenie ludzi nawet niepałających do siebie sympatią i zaufaniem, ale mających podobną ofertę polityczną ma sens dowodzi także przykład samego PiS. A raczej Zjednoczonej Prawicy. Bo to przecież sojusz Jarosława Kaczyńskiego ze Zbigniewem Ziobro i Jarosławem Gowinem triumfował w wyborach i dziś rządzi Polską w sposób tak swobodny, jak nikt wcześniej.
To decyzja o zakończeniu wojen na prawicy pozwoliła PiS przebić szklany sufit, który przez lata ograniczał tę formację na poziomie ok. 25 proc. Natomiast politycy Solidarnej Polski i Polski Razem wreszcie dostali realne szanse na to, by odegrać ważne role w państwie i zniknąć z tej części sceny politycznej, którą nazywa się politycznym planktonem.

3. W koalicję zawiązaną na ostatnią chwilę wyborcy nie uwierzą

logo
Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta
Wśród tych, którzy podsycają do walki przeciw sobie Schetynę i Petru sporą grupę stanowią politycy, dziennikarze i eksperci przekonani, że dziś trzeba ze sobą rywalizować, a czas na koalicję przyjdzie tuż przed wyborami. Czyli, że w ostatniej chwili PO i Nowoczesna mają zmienić zdanie i oznajmić swoim wyborcom, iż lata walki były bezsensowne, a teraz i tak niech głosują na wspólną listę... Brzmi to raczej jak przepis na klęskę.
Być może rację mają ci, którzy mówią, że wynik zjednoczonego centrum to nie będzie suma dotychczasowych wyników notowanych przez poszczególne partie. Wątpliwe jednak, by efektem zawarcia sojuszu była strata większa niż kilka punktów. Cała rzesza wyborców PO i Nowoczesnej właśnie tego oczekuje. A równie prawdopodobne jest, że pojawiłby się i bonus za zjednoczenie. Wszakże jedną z podstawowych prawd o polskich wyborcach jest ta, że nawet wbrew swoim poglądom lgną do silniejszych graczy.
I jeszcze jedno... W zwlekaniu z koalicją na ostatnią chwilę nie ma sensu także dlatego, że o tym, kiedy dokładnie ta chwila nastąpi będzie decydował Jarosław Kaczyński. Jeśli jednak zdecyduje się na zaskoczenie przedterminowymi wyborami, czasu na nabranie wiatru we wspólne żagle może po prostu zabraknąć.

4. Nie wyłonicie między sobą zwycięzcy

logo
Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Sens szybkiego zjednoczenia opozycji potwierdza także fakt, iż nic nie wskazuje na to, by PO mogła całkowicie zmieść z polskiej polityki Nowoczesną i vice versa. Jak już wspomniano, Platforma ma swój twardy elektorat. Natomiast notowania Nowoczesnej może i są sinusoidą, ale jest pewne grono Polaków, którzy raczej tak szybko się ekipą Petru nie znudzą.
Co zatem da kontynuowanie walki tych dwóch partii? Prawdopodobnie jedynie ustabilizowanie wyników na remisowym poziomie. Bo gdyby Polacy chcieli zafundować PO całkowity upadek taki, jaki zaliczyło SLD, już by do tego doszło. Gdyby Nowoczesna miała łatwo przejąć cały platformerski elektorat, też dawno byłoby po sprawie.

5. PiS musi wreszcie poczuć presję

logo
Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Przede wszystkim ze zjednoczeniem opozycji nie warto zwlekać jednak ze względu na presję, jaką wspólnie mogłaby wywierać na władzy. A szczególnie na Jarosławie Kaczyńskim, którego wbrew pozorom historia przedstawia właśnie jako człowieka, który pod odpowiednio dużą presją potrafi się ugiąć.
Tak było przecież w 2007 roku, gdy sam doprowadził do rozstania z władzą. Owszem, do upadku koalicyjnego rządu PiS-LPR-Samoobrona doszło w wyniku skandali, w które uwikłani byli członkowie rządu i sporów między Jarosławem Kaczyńskim, Andrzejem Lepperem i Romanem Giertychem, ale w jakich warunkach zostały one wykreowane?
Były to czasy, gdy PiS wcale nie cieszył się poparciem słabszym niż to, które otrzymał w wyborach z 2005 roku. Ba, latem 2007 roku słupki poparcia były o kilka punktów wyższe niż dwa lata wcześniej. W PiS na plecach bardzo mocno czuli jednak oddech konkurencji. Poparcie dla Platformy Obywatelskiej od miesięcy utrzymywało się bowiem na poziomie co najmniej tak wysokim, jak to dla rządzących.
W krajach, gdzie rywalizacja polega na walce równych sobie przeciwników, władza nie może tak łatwo pozwolić sobie na testowanie wytrzymałości wyborców. Świadomość tego, że jest z kim przegrać, to w głowach rządzących jeden z najlepszych hamulców. Tymczasem tam, gdzie ludzie władzy nie mają realnej konkurencji, łatwo rodzą się autorytarne zapędy. W Polsce to politycy skłóconej opozycji staj się dziś ich akuszerami.

Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl