Raper L.U.C. jest jednym z najbardziej twórczych muzyków w Polsce. W jego formacji Rebel Babel gra jednocześnie nawet stu muzyków.
Raper L.U.C. jest jednym z najbardziej twórczych muzyków w Polsce. W jego formacji Rebel Babel gra jednocześnie nawet stu muzyków. fot. materiały prasowe

Raper z dyplomem prawnika i tysiącem pomysłów na minutę, które w większości realizuje. Wymyślił ogólnopolskie dyktando, które w sobotę będzie miało już piątą edycją. – Pewne rzeczy po prostu wypada znać – tłumaczy swoją misję w rozmowie z naTemat.

REKLAMA
O proszę, zamówiłeś wrzątek.
Tak, świetny trunek. Polecam – często w knajpach nie mają pozycji fiskalnej na sam wrzątek z cytryną więc dają za darmo (śmiech). Wtedy jeszcze łatwiej dać duży napiwek i jest fajnie. Karma płynie. To także pomaga na struny głosowe i oczyszcza żołądek.
Nie jestem stereotypowym raperem, który pali 5 jointów przed umyciem zębów rano, ciągnie kreski z brzuchów dziewczyn i wypija litry whisky z pozłacanego barku w limuzynie. Nie mogę sobie na to pozwolić z prostej przyczyny: jestem pracoholikiem i nie mam czasu kupić limuzyny. (śmiech)
A tak serio, to wiem, że gdybym poszedł w używki, to wpłynęłoby na moją witalność życiową i poziom projektów. Kocham dynamikę, adrenalinę i iskrę energetyczną, więc preferuję rower, kite, żeglarstwo. To jest kontrpasja do pasji jaką jest sztuka. No dobra czasem przyhuncwocę i też coś łyknę.
Sam wymyśliłem Rymolirykando?
Tak, ale nie chcę wyłącznie sobie tego przypisywać. Pomysł powstał w wyniku rozmowy z osobą, która wiele zrobiła dla polskiej kultury. Patronem RLT jest Krzysztof Dudek, były dyrektor Narodowego Centrum Kultury, dziś dyrektor teatru w Łodzi. Kiedyś podczas naszej rozmowy dyrektor zapytał mnie: "Dlaczego Twojej muzyki tak mało jest w radiu"?
Powiedziałem, że moje teksty są pokręcone jak dżdżownice Haribo, a ludzie wolą prostotę typu "Ona tańczy dla mnie". Akurat wtedy byłem w okresie bardzo mocnego eksperymentowania ze słowem, głębokiej ekwilibrystyki fascynacji awangardą, więc zrozumiałe dla mnie było, że moja muzyka pozostawała w niszy. Na szczęście byłem już po "Paszporcie Polityki", co umożliwiało mi czasem rozmowę z różnymi dyrektorami. (śmiech) I właśnie podczas  takiej rozmowy powiedziałem: "Sam już nie wiem - może ja zamiast rapować, powinienem dyktanda z tych tekstów robić. Dyrektorowi natychmiast zapaliła się czerwona lampka i powiedział, że to świetny pomysł, by je zrobić. Dodał mi wiary i zrobiłem.
Od razu potraktował cię poważnie?
Dyrektor był akurat na moim koncercie "Zrozumieć Polskę 39/89 " i widział, jak łączymy hip-hop z muzyką filmową i klasyką filharmonii. Uznał, że to, co robię, ma pewien poziom, szanował mnie chyba jako artystę. Tak powstała pierwsza edycja Rymoliryktanda w porozumieniu z Narodowym Centrum Kultury. Dlaczego w tym roku robimy ją w Jeleniej Górze? Podróżujemy po całej Polsce szukając awangardowych przestrzeni. Pisaliśmy już na Starym Kleparzu, na marchewkach, rzodkiewkach wśród przekupek.
W Gdyni zrobiliśmy z Opener'em dyktando zmorę, która dopadła wczasowiczów i dzieciaki na plaży w skwarze w pierwszym tygodniu wakacji (śmiech). Naszym pomysłem jest bardzo surrealne dyktando, w którym ludzie muszą się zmierzyć nie tylko z ortografią ale także z przeszkodami jak z gry komputerowej: słońcem, upalnymi warunkami. Dzisiaj już samo pisanie długopisem staje się happeningiem.
Ale to ma w ogóle sens? Po co pisać, uczyć się ortografii skoro wszystko natychmiast można znaleźć w Google?
To dobre pytanie. Z jednej strony uważam, że nie ma sensu na siłę się buntować i odrzucać technologii. Ale z drugiej strony szanuję tradycję i kulturę słowa. Uważam, że pewne rzeczy po prostu wypada znać i warto rozwijać wyobraźnie słowną. Ale zgadzam się, że generalnie dyktando może być odbierane jako anachronizm - trzeba jednak pamiętać, że jest tylko pretekstem do promowania kultury słowa w ogóle np. przez koncerty "Jak słowo daje"..
Twoje dzieci pewnie nawet nie będą wiedziały co to jest dzienniczek ucznia albo zeszyt uwag.
Dlatego traktuje ten projekt jako pewien manifest robienia czegoś zupełnie pod prąd. Czegoś dziwnego, niespotykanego w dzisiejszych czasach. Tak naprawdę ta impreza jest po to, aby w ogóle mówić o słowie, uwrażliwiać ludzi na słowo. Gdyby wszyscy ludzie byli słowni, świat byłby dużo lepszy, żyłoby się o wiele łatwiej.
Zrozumiałe, że technologia ma nam ułatwić życie, choć paradoksalnie nas wykańcza, bo zwiększa tempo i dociska nas jak dociskacze w kamizelkach w tokijskim metrze. Ale to inny temat. Generalnie ułatwia pisanie, ale szybkość do jakiej nas popycha powoduje, że musimy skracać i dewaluujemy nasze słownictwo, ograniczamy się do "słów-wiader", które ujmują olbrzymią ilość przeżyć i zubażają język.
Stosujemy cały czas takie "wiadra" jak: "masakra", "damy radę", "ogarniemy". W ten sposób zabijamy nasz język, który kurczy się jak męskie przyrodzenie po kąpieli w Bałtyku. Ogranicza się także nasza wyobraźnia. A każde wypowiadane, czy napisane słowo wymaga przecież od nas wyobraźni, bo jest łącznikiem semantycznym. Należę do osób, które cenią sobie obrazowość.
Uważasz siebie za "rapera intelektualistę"?
Nie do końca tak się czuję, nie lubię tych szufladek i podziałów. Z jednej strony pochodzę z rodziny intelektualnej, skończyłem prawo, ale z drugiej dużo czasu spędziłem na podwórku i nie zasuwam krzesła po sobie w restauracji (śmiech). Potrafię też walić prymitywne żarty. Są we mnie kontrasty, naleciałości osiedla - przez wiele lat byłem skatem, przesiadywałem wiele czasu na ulicy, żyłem kulturą ulicy i miasta.
Ale nie myślisz lokalnie, jak niektórzy raperzy.
Uciekam od klaustrofobicznego i ksenofobicznego myślenia. Cenię autentyczność. Wiarygodność jest dla mnie kluczem do tego, co robię. Hip-Hop, czasem wulgarny, czy nawet prymitywny, potrafi być przecież bardzo dobry, bo właśnie autentyczny. Nie ma nic gorszego, niż silenie się buraka na bycie kawiorem i odwrotnie.
Nigdy nie próbowałem udawać. Bardzo lubię historię, uczyłem się jej dużo, kiedy przygotowywałem się na studia prawnicze. Zawsze interesował mnie świat, Europa, zmiany mentalne, ideologiczne, czy cywilizacyjne. To wszystko automatycznie się przejawiało w moich tekstach. Czy z tego wynika, że jestem raperem intelektualistą? Wolę nazywać siebie, twórcą, muzykiem, OPOWIADACZEM - środki słowa, symfonie - to tylko środki do opowiedzenia historii.
W twoich tekstach nie brakuje też wątków patriotycznych.
Ale dzisiaj jestem z tym o wiele bardziej ostrożny. Już dawno zauważyłem, że mam naturę rebela, rewolucjonisty. Cenię sobie bunt, ale również szukanie sprawiedliwości. Analizowałem to sobie ostatnio i doszedłem do wniosku, że kiedy zachwycaliśmy się mocno Europą, światem, obcością, jeżdżeniem do Anglii na zarobek, zachodnimi teledyskami blink blink, to ja miałem bardzo silną potrzebę podkreślenia wartości naszej historii i tożsamości.
Dlatego powstała płyta 39/89 i cały cykl " Zrozumieć Polskę", opowiadaliśmy multimedialnymi projektami z animacjami i orkiestrą o mordach na inteligencji polskiej, o naszym kurierze Janie Nowaku-Jeziorańskim. Dzisiaj, kiedy moje projekty chyba trafiałyby w punkt trendów, nawiązywałyby do myśli obowiązującej w naszym kraju, to poczułem potrzebę proeuropejskiego projektu Rebel Babel. Ważne są różne punkty widzenia i DIALOG.
Nigdy nikt nie chciał cię wykorzystać do politycznych celów?
Nie zgadzam się na to. Były od czasu do czasu takie propozycje, ale nigdy się zgodziłem. Ludzie bardzo szybko uświadamiali sobie, że jestem osobą niezależną, niechętną polityce. Ale było wiele trudnych chwil. Dlatego w pewnym momencie zawiesiłem cykl Zrozumieć Polskę. Próbowano mnie włożyć w "ciuszki i szufladki", bardzo polityczne. A ja zawsze chciałem godzić, nie poróżniać, choć to niełatwe – zwłaszcza w Polsce. Pamiętam, że wielką radością było dla mnie, że dostałem nagrodę za dość prawicowy projekt od Polityki, która jest lewicowa z tradycji. Dziś uważam, że to był dla mnie naprawdę bardzo dobry czas. Udało mi się godzić różne strony - na albumie "39/89" widnieje obok siebie logo IPN i Europejskiego Centrum Solidarności.
Nie martwi cię, że niektóre środowiska zagarniają sobie prawo do pisania i mówienia o patriotyzmie ?
Ale obie strony tę grę prowadzą w nieczysty sposób. Czasami zaglądam sobie też na prawicowe portale. Uważam, że obie strony przeginają ostatnio ze złymi emocjami. Strona lewicowa też potrafi przeinaczać, po swojemu interpretować słowa. Gra stała się bardzo brutalna. Moim największym bólem w Polsce, oprócz oczywiście sześciu miesięcy brzydkiej pogody, jest pokrętna natura Polaków. Jesteśmy w stanie nawet donieść na policję, gdy dziecko zbiera pieniądze dla swojej mamy. To są rzeczy ohydne w naszym narodzie.
To wynika z naszej emocjonalne natury.
Raczej wrogości i partykularyzacji, którą jak błoto do szlacheckiego wina wpompowali nam zaborcy, a potem sowieci. Emocjonalność także. Jesteśmy emocjonalni, jesteśmy narodem indywidualistów. Dlaczego nie mieliśmy przez tyle lat sukcesów w piłce nożnej? Bo każdy chciał być najważniejszy na boisku, nie potrafił zrezygnować z ego na rzecz wspólnej gry i kooperacji. Ale z drugiej strony mieliśmy w historii wielkich indywidualistów: Mickiewicza, Chopina, Kościuszkę, Skłodowską.
Jak to się stało, że znalazłeś się na studiach prawniczych?
Rodzinna tradycja, miłość do historii, zagubienie, zakompleksienie i niewiara w siebie. W takiej kolejności (śmiech). Ale wytrzymałem do końca. To była trauma jak skrzyżowanie tortur disco-polo, siorbania i jeżdżenia paznokciami po tablicy. Miewałem wizję, że chodzę do pracy z białym kołnierzykiem, ale zawsze w tych wizjach coś mi z tych kieszeni wystawało.
Dostałem się nawet na aplikację adwokacką w Zielonej Górze, której już nie podjąłem. Czasami myślę sobie, że straciłem bardzo dużo czasu, który mógłbym poświęcić np. na doskonalenie kompozycji itp. Ale dzięki studiom prawniczych pamięć rozciągnąłem jak majtki sumo. To się przydaje cały czas jak sarkazm. Czasem pomaga, gdy interpretuję scenicznie np. teksty Miłosza czy Witkacego.
Można rapować Miłosza?
Oczywiście, że tak. Teraz będziemy pracować nad tekstem Osieckiej, przygotowujemy wielki koncert w Katowicach. Oczywiście, aby wejść w cudzy tekst zawsze potrzebuje trochę czasu. Z reguły wolę rymować własne rzeczy. Nie czuję się dobrym interpretatorem, ale to robię. Ogólnie jestem bardzo interdyscyplinarny. Czasami robię muzykę dla teatru, do filmu, czy na jakąś galę.
Rebel Babel to projekt, w którym na scenie bywa nawet jednocześnie stu muzyków..
Raz było nawet 300! Pomysł na niego bardzo długo dojrzewał w naszych głowach. To jest idea łączenia amatorów z zawodowcami. Szwedów z Hiszpanami i Polakami. Orkiestry dętej z popkulturą, tokarzy z hiphopowcami. Nagle okazało się, że wszyscy potrafią zagrać hip-hop, muzykę mocno bujającą.
Po drugie opowiadamy o Europie, która przechodzi bardzo przełomowy czas, kiedy wszystko się deaktualizuje. Właściwie idea Unii Europejskiej przestała mieć znaczenie, jest nieustannie krytykowana. Przestajemy pamiętać, że to jest pierwsze 60 lat, kiedy tak mało militarnych masakr przetacza się przez Europę pożerając miliony ojców i matek. Osiągnęliśmy coś wybitnego i nagle przestaliśmy to doceniać.
Znowu jesteś na styku sztuki i polityki.
Trochę tak. Ale nie widzę tutaj jakiejś czystej polityki. Widzę to bardziej jako pewnego rodzaju filozofię. Jesteśmy projektem socjologicznym. My nie mówimy jak ma być - dajemy przestrzeń do dyskusji, również zastanawiamy się, jak się odnieść do problemu imigrantów, wybuchów w Paryżu, chcemy opowiadać o tym co czujemy - politykę i rozwiązania zostawiamy mądrzejszym i bardziej doświadczonym.
Czuję się mocno zakorzeniony w Europie. Dlatego przeraża mnie to co się dzisiaj dzieje. I to, że Polska mimo takiego postępu i wielkich możliwości wciąż pozostaje czasem tak zaściankowa.
Kosmopolityzm jest dla ciebie nadal pociągający?
Tak, ale idę za ideą pierwotności. Najpierw jestem Polakiem, a dopiero później Europejczykiem. Na naszej płycie mierzymy się z tym, co się dzieje. Patrzymy z perspektywy trzech krajów: Szwecji, Polski i Hiszpanii. Każdy jest w inny sposób wychowany, każdy z nas ma inne doświadczenia. Ostatecznie dochodzimy do puenty, że w sumie ciężko jest dzielić ludzi na rasy, religie itp. Są przecież dobrzy chrześcijanie i źli chrześcijanie. Tak samo jak mamy dobrych i złych muzułmanów.
Co sądzisz o polskich raperach, którzy przeszli na islam?
Nie oceniam pochopnie. Rozumiem, że są osoby, które odczuwają potrzebę na manifestowanie swoich uczuć religijnych. Szanuję potrzebę poszukiwania, czy nawet pewnego rodzaju zagubienia wiążącego się z takimi poszukiwaniami. Akceptuje to, dopóki to nie przybiera formy agresywnych zachowań, czy wysadzania się w metrze. Na swój dość indywidualny sposób wierzę w Boga, ale też mam świadomość ile razy został wykorzystany przez ludzi do topienia niewinnych kobiet.
Na twoich koncertach nigdy nie ma agresywnych zachowań?
Bardzo rzadko, chyba nie pamiętam takiej sytuacji. Mam wrażenie, że publiczność odbiera od nas pozytywną energię. Ja zdecydowanie wybieram dobre emocje, co mam nadzieję słychać i czuć na naszych płytach. Wierzę też w karmę i w to, że ona wraca. Martwię się, że zauważalnie nadchodzą dziwne czasy, pełne złej energii.

Jednocześnie są bardzo ciekawe.
Wszyscy, którzy interesują się historią, widzą coraz wyraźniej, że wszystko idzie w kierunku wojny. Mówi się, że kiedy w danej cywilizacji kucharze stają się celebrytami, to jest ostatni krok przed upadkiem tej cywilizacji. Tak było w Rzymie i Grecji. Okres poprzedzający upadek zawsze wyglądał tak samo: życie w dobrobycie, nastawienie na hedonizm, co nieuchronnie prowadziło do rewolucji.
Ale sam prawie stałeś się celebrytą. Dostałeś przecież propozycje z programu "The Voice of Poland".
Nie zdecydowałem się ostatecznie. To była walka próżności, ego, złotego środka i różnych filozofii, które w sobie noszę razem z pomidorową. Zdawałem sobie sprawę, że to być może była jedyna szansa w życiu, żeby wejść do "grubego celebryctwa". Ale intuicyjne poczułem, że to jeszcze nie jest mój moment, chociaż zdaje sobie sprawę, że zrezygnowałem z dwóch podstawowych rzeczy, które napędzają dzisiejszą cywilizacje : hajs i fejm - widzisz nawet językowo te określenia są zapożyczone.
Ale chciałem sobie udowodnić, że potrafię powiedzieć "nie", że mam jaja i potrafię poprzestać na tym, że dobrze mi z tym, co mam. Taki wkręt miałem. Po drugie w tym programie miało się śpiewać cudze piosenki, a ja za tym nie przepadam. Cenię sobie artystów, którzy robią coś swojego. Do tego w takich programach rozrywkowych są różne naciski wielkich wytwórni, które lobbują swoich, publishingi itd.. To nie był ten moment. Może kiedyś.
Na szczęście dla przeciwwagi masz możliwość nagrywania albumów jazzowych.
Tak. Nagrywałem z Namysłowskim, Urbaniakiem, Ulą Dudziak, Możdżerem. Fakt, że tacy artyści mnie doceniają, chcą ze mną pracować, dla chłopaka, który zaczynał od gitary na krawężniku jest budujący. I pewnie dlatego wpędziło mnie to w pracoholizm. Nie miałem przecież żadnych konotacji, nikogo w rodzinie, kto był artystą. Sam do tego doszedłem ciężką pracą 25h na dobę. Nagle spełniły się moje marzenia, nagrywam muzykę z idolami, których płyty miałem na półce.
"Paszport polityki" podbił twoje ego?
Tak. Ale na szczęście chwilę później zaliczyłem kilka gleb dla zbalansowania. Trzy lata temu poniosłem porażkę, jeżeli chodzi o moje życie prywatne. Przeżyłem chyba najtrudniejsze emocje jakie mężczyzna może przeżyć, rozwiodłem się, choć bardzo kochałem, musiałem samotnie spojrzeć na świat na nowo.
Nie umiałem się odnaleźć. Miałem filmowe historie. Teraz znowu jestem w fajnym czasie, kiedy doceniasz to, co masz, nie zadzierasz nosa. Cenię sobie to, co mi się przytrafiło. Ból i poczucie osamotnienia potrafią bardzo utemperować charakter, ustawić nas do życia. Zeszło ze mnie ciśnienie, chociaż nadal mam chore tempo i próbuję wejść jedną drabiną na 3 księżyce, pracując ze mną można mnie znienawidzić (śmiech). Na szczęście jest też sarkazm i pokora oraz dużo wspaniałych, wyrozumiałych ludzi dokoła. Dziękuję.

Napisz do autora: oskar.maya@natemat.pl