
Czarny Poniedziałek to protest na bezprecedensową skalę. Absencją w pracy lub na uczelni zaprotestuje znaczna część Polek. Trudno będzie dokładnie to oszacować, ale można przypuszczać, że przeciwko odbieraniu im podstawowych praw zaprotestuje dziś co najmniej kilkaset tysięcy obywatelek. Jest w tym Ogólnopolskim Strajku Kobiet tylko jedno "ale". Nic a nic nie ma on wspólnego z prawdziwym strajkiem.
REKLAMA
Strajk, którego nie ma
Bo cóż to znaczy strajkować? Teoretycznie Czarny Poniedziałek jakoś tam wpisuje się w słownikową definicję, bo według PWN strajk to "zaprzestanie pracy, będące formą walki o zrealizowanie żądań ekonomicznych lub politycznych". Wielu Polek rzeczywiście zabraknie dziś w miejscach ich codziennej pracy, a to wszystko w celu walki o tak podstawowego prawa, jak to do decydowania o swoim ciele.
Bo cóż to znaczy strajkować? Teoretycznie Czarny Poniedziałek jakoś tam wpisuje się w słownikową definicję, bo według PWN strajk to "zaprzestanie pracy, będące formą walki o zrealizowanie żądań ekonomicznych lub politycznych". Wielu Polek rzeczywiście zabraknie dziś w miejscach ich codziennej pracy, a to wszystko w celu walki o tak podstawowego prawa, jak to do decydowania o swoim ciele.
Tyle że z prawdziwym strajkiem niewiele ma to wspólnego. O co w strajkowaniu przecież chodzi? O to, by zaprzestaniem pracy narobić problemów głównie tym, z którymi walczymy. Tym, od których zależy to, co chcemy osiągnąć. To oni mają najwięcej zapłacić za paraliże, przestoje, czy straty.
Tymczasem od samych podstaw idea Ogólnopolskiego Strajku Kobiet zakładała, by rządzących i ich popleczników jak najbardziej odciążyć od konsekwencji wkurzenia Polek. I by to właśnie protestujące Panie wzięły cały ciężar na siebie. "Bierzemy urlop na żądanie, bierzemy dzień wolny na opiekę nad dzieckiem, nie idziemy na uczelnię, bierzemy urlop bezpłatny" - radziły organizatorki Czarnego Poniedziałku.
Tak naprawdę cały ten protest można nazwać więc raczej ogólnopolskim urlopem kobiet. I warto zwrócić uwagę, że to one na tym będą stratne. Muszą wykorzystać przysługujący urlop, który mogłyby spędzić milej, lub nie pojawić się na uczelni i stracić zajęcia.
Tak to się robi!
A przecież powinniśmy w tym kraju wiedzieć, jak strajkować naprawdę. Polacy mają w tej dziedzinie wyjątkowe sukcesy. Wcale nie trzeba cofać się tak daleko do przeszłości, by znaleźć instrukcję, jak strajkami nie tylko obala się rządy, ale potężne reżimy. Czarnemu Poniedziałkowi towarzyszy hasło "Ten Sejm dalej nie pojedzie", czyli parafraza słów, które 15 sierpnia 1980 roku na jednym z gdańskich przystanków wygłosiła wówczas młoda tramwajarka, a dziś posłanka i jedna z legend pierwszej "Solidarności" Henryka Krzywonos.
A przecież powinniśmy w tym kraju wiedzieć, jak strajkować naprawdę. Polacy mają w tej dziedzinie wyjątkowe sukcesy. Wcale nie trzeba cofać się tak daleko do przeszłości, by znaleźć instrukcję, jak strajkami nie tylko obala się rządy, ale potężne reżimy. Czarnemu Poniedziałkowi towarzyszy hasło "Ten Sejm dalej nie pojedzie", czyli parafraza słów, które 15 sierpnia 1980 roku na jednym z gdańskich przystanków wygłosiła wówczas młoda tramwajarka, a dziś posłanka i jedna z legend pierwszej "Solidarności" Henryka Krzywonos.
Gdy wtedy paraliżowała komunikację w całym mieście, by zachęcić kolegów do solidaryzowania się ze strajkującymi już wcześniej stoczniowcami, nie poszła do swojego szefa po urlop. Nie pozwoliła mu znaleźć zastępstwa i zorganizować pracy tak, by nikt nawet nie odczuł tego, że protestuje. Widzicie już różnice między prawdziwym strajkiem, a tym, jak wygląda dzisiejszy protest?
Ktoś powie, że to były jednak inne czasy. Że w dzisiejszym świecie nie ma miejsca na takie działania. Tylko, co dzieje się w Europie, gdy rządy zachodzą za skórę obywatelom? Spójrzmy jedynie na to, co w ostatnich kilku latach działo się tuż za polską granicą.
Kiedy przed rokiem strajkować postanowili niemieccy kolejarze, na prawie tydzień gigantyczne opóźnienia dotknęły cały kraj. W niektórych regionach kilka dni komunikacja była całkowicie sparaliżowana. Co działo się za Odrą w maju tego roku? Stanęły lotniska i odwołano tysiące lotów, bo pracy odmówili pracownicy portów lotniczych. A w poprzednich latach Niemcy kilkukrotnie całkowicie zatrzymały się we wszystkich obszarach zależnych od strajkującego sektora publicznego. Nikt tam nie szedł masowo po urlopy i nie dbał o to, by protest był bezbolesny dla innych.
Jak strajkuje się naprawdę pokazują też Francuzi. Masowe strajki różnych sektorów przeciwko kontrowersyjnym zmianom w prawie pracy trwały do ostatniej chwili przed startem tegorocznego Euro 2016. Francuzi przychodzili do pracy, ale nie ruszali palcem lub organizowali w czasie pracy demonstracje. Stawał transport, usługi publiczne. Strajkowały przychodnie, szkoły i przedszkola, a nawet urzędy. Wszystko było zaplanowane tak, by kraj odczuł to jak najmocniej, a ciężar odpowiedzialności za problemy spadł na władzę.
Podobnie było też przed rokiem, gdy przy okazji innych kontrowersyjnych decyzji rządu, strajkowali naprawdę wszyscy. Od kontrolerów lotów, którzy uziemili tysiące samolotów z całego świata, po obsługę Wieży Eiffela odsyłającą turystów z kwitkiem.
Inne przykłady niedawnych naprawdę potężnych i dotkliwych strajków można wyliczać godzinami. Wspominać nie tylko to, co działo się w Hiszpanii, Włoszech, czy Grecji, ale też w Szwecji i Norwegii. A dodajmy, że wszystko to działo się z powodów błahych w porównaniu z tym, co do protestów zmusiło Polki.
Społeczeństwo się uczy
Tylko że Polacy po obaleniu strajkami reżimu PRL i rozsadzeniu nimi całego Bloku Wschodniemu ze strajkowania na serio prawie całkowicie zrezygnowali. Polską niechęć do strajkowania analizowaliśmy w naTemat już kilka lat temu. Nawet niedługo po, gdy tłumy gromadziły się na demonstracjach związanych z katastrofą smoleńską, a później protestowano przeciwko ACTA, okazało się, że w Polsce do protestu skore jest tylko ok. 1 proc. społeczeństwa. Na Zachodzie odwagę i ochotę strajkować ma tymczasem ok. 10 proc. społeczeństwa.
Tylko że Polacy po obaleniu strajkami reżimu PRL i rozsadzeniu nimi całego Bloku Wschodniemu ze strajkowania na serio prawie całkowicie zrezygnowali. Polską niechęć do strajkowania analizowaliśmy w naTemat już kilka lat temu. Nawet niedługo po, gdy tłumy gromadziły się na demonstracjach związanych z katastrofą smoleńską, a później protestowano przeciwko ACTA, okazało się, że w Polsce do protestu skore jest tylko ok. 1 proc. społeczeństwa. Na Zachodzie odwagę i ochotę strajkować ma tymczasem ok. 10 proc. społeczeństwa.
Byliśmy pod tym względem najbardziej biernym społeczeństwem w Europie. Czasy mocno się zmieniły i dziś zaczynamy sobie przypominać o prawie do protestu. Tylko chyba musimy jeszcze nauczyć się z niego właściwie korzystać.
Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl
