
Nie ma drugiego tak uwielbianego przez Amerykanów aktora, jak Tom Hanks. A po ostatniej „akcji Maluchowej”, komu z nas nie przemknęło przez myśl „wow, ale ten facet jest fajny”? Jedna z najjaśniejszych gwiazd Hollywood od dekad świeci bardzo mocno. Zagrał w ponad 70 filmach, ale kochamy go chyba za coś innego.
REKLAMA
Za poczucie humoru! Maleńkim dowodem jest ostatnia fotka z dumą polskiego przemysłu samochodowego, Fiatem 126p.
Niektórzy dali się nabrać, ale aktor nie kupił Malucha i tylko udaje, że go otwiera. Hanks znany jest z tego, że lubi robić sobie zabawne zdjęcia wszędzie i ze wszystkimi. Niedawno zaskoczył parę będącą w trakcie ślubnej sesji, prosząc ją o wspólne selfie.
Tak czy inaczej, rok 2016 należy do Toma Hanksa. 60-latek już po raz piąty został wybrany najpopularniejszym aktorem w USA, w rankingu Harris Poll pokonując Johnny'ego Deppa i Denzela Washingtona.
Pierwszy raz na scenie Hanks pojawił się jako nastolatek. Wystarczyło, by wystąpił w szkolnej inscenizacji "Wiśniowego sadu" Czechowa, by reżyser filmowy, Vincent Dowling zwrócił na niego uwagę i zaproponował mu angaż w jednym ze swoich przedstawień. I tak zaczęła się krótka przygoda Toma z Szekspirem, w którego adaptacjach, jak by inaczej, zachwycał publiczność i krytyków.
A jednak, debiut filmowy Hanksa nie należał do szczególnie udanych. Głównie dlatego, że thriller "On wie, że jesteś sam", w którym wystąpił w 1980 roku, miał dość kiepsko poprowadzoną i przewidywalną fabułę.
Szybko stało się jasne, że gatunkiem, w którym Hanks czuje się jak ryba w wodzie, jest komedia. Młody aktor dostał angaż w telewizyjnym średniaku komediowym "Bossom Buddies", który jednak stał się dla niego trampoliną do prawdziwego kina. Niedługo później pojawiła się pierwsza nominacja do Oscara i zarazem do Złotego Globu za rolę w "Dużym".
Potem była "Filadelfia" i "Forrest Gump", w których Hanks pokazał się jako aktor o wiele bardziej utalentowany i wszechstronny, niż wcześniej sądzono.
Brano go pod uwagę podczas obsadzania ról do niemal wszystkich najważniejszych i najbardziej popularnych amerykańskich produkcji, jak "American Beauty", "Skazani na Shawshank", "Kevin sam w domu", "Top Gun", "Jumanji", "Batman", "Batman Forever", "Cienka czerwona linia", "Dzień świstaka", "Adaptacja", "Fatalne zauroczenie", "Chaplin", Gangi Nowego Jorku", "Nagi instynkt", "Klątwa skorpiona", "Les Miserables. Nędznicy", "Gwiezdne Wojny. Część I - Mroczne Widmo" i wiele, wiele innych.
Wystąpił za to w innych. Trudno powiedzieć, czy rola w niezapomnianym "Forreście Gumpie", za którą aktor zainkasował 70 milionów dolarów, czy może ta z "Kapitana Phillipsa" albo "Szeregowca Ryana" należy do najbardziej udanych. Aż trudno uwierzyć, że przez lata kariery nagrodę Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej udało mu się zdobyć tylko dwa razy.
Tak czy inaczej w zdobyciu statuetki nie pomogły mu koligacje rodzinne. Jakby bowiem Amerykanom mało było powodów dla uwielbiania Hanksa, aktor jest na dodatek spokrewniony z samym ojcem amerykańskiej demokracji, Abrahamem Lincolnem. Choć, jak sam aktor przyznaje, należy raczej do tej biedniejszej gałęzi rodziny.
Aktor nie jest tak zaangażowany w sprawy polskie jak na przykład Russell Crowe, ale dwa lata temu odwiedził nasz kraj. W Wrocławiu brał udział w zdjęciach do filmu pt. "Most szpiegów" Stevena Spielberga. Być może wtedy po raz pierwszy zauważył na naszych drogach Malucha...
W kinach aktora możemy podziwiać w nowej ekranizacji prozy Dana Browna "Inferno", gdzie znów wcielił się w postać poszukiwacza przygód, Roberta Langdona.
Napisz do autora: lidia.pustelnik@natemat.pl
