
Politycy partii rządzącej co dnia lubią utyskiwać na to, jak rzekomo bezwzględnie traktuje ich opozycja. Mówią, że to przez zajadłe ataki konkurentów nie dają rady rządzić tak, jak obiecywali i czasem popełniają wielkie błędy. Polska rzeczywistość polityczna tak naprawdę jest jednak zupełnie inna. PO, Nowoczesna i ludowcy non-stop przegapiają motywy, które mogliby łatwo wykorzystać, by naprawdę mocno zaszkodzić PiS.
– Zastanawiam, czy emerytura pana Antoniego Macierewicza nie będzie kiedyś płacona w rublach – stwierdził po w jednym z wywiadów Roman Giertych. Po serii decyzji Ministerstwa Obrony Narodowej, które zdają się być korzystne głównie dla geopolitycznej strategii Rosjan tylko były wicepremier i minister edukacji, oraz emerytowany dowódca płk Adam Mazguła zdecydowali się otwarcie zwrócić uwagę na ten fakt.
A przecież odwleczenie modernizacji polskiej armii, decyzja o zakupie sprzętu mniej odpowiadającego potrzebom żołnierzy i otwarcie drogi do służby w Obronie Terytorialnej ludziom o otwarcie prorosyjskich sympatiach to nie wszystko, przez co opozycja mogłaby bić na alarm, że obecny rząd pcha Polaków w ramiona Władimira Putina.
Wschodnie zafiksowanie ekipy "dobrej zmiany" można dostrzec przecież także w konsekwentnym zacieśnianiu relacji z ostatnią dyktaturą Europy, czyli Białorusią. Mińsk to był jeden z pierwszych kierunków, w które udał się szef MSZ Witold Waszczykowski po przejęciu władzy przez PiS. Spotkał się tam z samym Aleksandrem Łukaszenką, który od 2010 roku był przez polską dyplomację izolowany ze względu na represje wobec opozycji demokratycznej. Witold Waszczykowski w stolicy Białorusi oznajmił natomiast, że chce dialogu "bez jakichkolwiek warunków wstępnych".
By o tym przypomnieć szef polskiej dyplomacji wrócił na Białoruś w połowie października. – Ostatnie miesiące to czas zbliżenia w relacjach polsko-białoruskich. Będziemy pracować, aby kontynuować ten proces – zadeklarował wspólnie z szefem białoruskiego MSZ Uładzimirem Makiejem. Chwilę po Waszczykowskim "normalizować" stosunki z podporządkowanym Rosji białoruskim reżimem postanowił polecieć także wicepremier Mateusz Morawiecki.
Gdyby tak działał rząd, dla którego opozycją byłoby Prawo i Sprawiedliwość, partia Jarosława Kaczyńskiego co dnia nie zostawiałaby za to na przeciwnikach suchej nitki. A co robi obecna opozycja? W narracji Platformy Obywatelskiej, Nowoczesnej i ludowców temat prowschodniego zwrotu praktycznie nie istnieje. Jeśli już się pojawia, to co najwyżej w porównaniach działań z Trybunałem Konstytucyjnym i mediami publicznymi do kremlowskich wzorców. Tymczasem do dyspozycji jest mnóstwo o wiele bardziej twardych dowodów.
A nie bez przyczyny w znakomitej większości Polacy najbardziej obawiają się sąsiadów z Rosji. Ta od dawna nie ukrywa też, że skorzysta z każdej okazji, by odbudować dawny blok wschodni. Czyli oderwać od Zachodu do swojej strefy wpływów między innymi Polskę. Niby skomplikowana z założenia geopolityka, ale i temat, o którym rozmawia się na porządku dziennym w polskich domach. Wielu uspokaja wciąż co prawda powierzchowna rusofobia PiS, ale opozycja powinna tym głośniej przypominać, że dla Kremla ważniejsze od słów mogą być czyny obecnej ekipy rządzącej i ich pozytywne dla Rosjan efekty.
Aż dziw bierze, że po to działo nie sięgają w walce z PiS przede wszystkim w Nowoczesnej. Bo to przecież partia Ryszarda Petru najczęściej nazywana jest przez przeciwników "banksterami". Choć ludzi z przeszłością w niezbyt poważanym przez Polaków świecie bankowości jest w Nowoczesnej niewielu, to tej formacji wciska się odpowiedzialność za kłopoty frankowiczów i podporządkowanie gospodarki instytucjom finansowym.
Nikt na opozycji nie odpowiada wtedy, że "banksterskimi" można prędzej nazwać rządy PiS. A byłby to strzał bardzo celny. W świadomości społecznej słabo funkcjonuje bowiem fakt, iż w gronie wicepremierów jest człowiek, który do rządu wszedł wprost z fotela prezesa jednego z największych banków. Mateusz Morawiecki praktycznie nie musi tłumaczyć się z tej przeszłości. Ani z tego, że jego nagły zwrot w karierze wygląda trochę tak, jakby w rządzie był reprezentantem jeszcze jednego koalicjanta. Czyli banków właśnie.
A gdyby opozycja była w nieco lepszej formie, na tym nie kończyłyby się rządowe problemy. Na kolejne władza wystawiła się przecież tworząc flagowe Ministerstwo Rozwoju nie tylko na nazwisku byłego prezesa BZWBK Mateusza Morawieckiego, ale i innym człowieku znanym wcześniej ze ścisłego kierownictwa tej korporacji, czyli Tadeuszu Kościńskim.
Dla opozycji świetnym momentem, by o tym przypomnieć było zamieszanie wokół forsowanego przez ekipę Morawieckiego pomysłu, by zachodnie karty płatnicze wyparł znad Wisły państwowy, prawdziwie polski system. Za ten pomysł w rządzie odpowiadał właśnie Kościński. I jak powszechnie przypominali eksperci od bankowości, w roli wiceministra przedstawił projekt, który rodził się, gdy z Mateuszem Morawieckim pracowali jeszcze w BZWBK.
W czasach, gdy dla wielu wszelkie korporacje to zło wcielone, opozycja zupełnie zapomina o tym, że na polskim podwórku można poruszyć w tym temacie znacznie bardziej gorącą dyskusję niż te o CETA, czy TTIP.
Jakiś czas temu Platforma Obywatelska przytomnie postanowiła kontratakować w sprawie rozpowszechniania przez władzę teorii spiskowych na temat katastrofy smoleńskiej. Niedługo powstać ma więc opozycyjna komisja, która będzie publicznie obalała mity kreowane przez Antoniego Macierewicza i jego "ekspertów".
W ten sposób przypomniano sobie wreszcie, że opozycja to nie położenie, w którym nie można robić nic konstruktywnego. Niczego nie można kreować, a jedynie pokrzyczeć przeciwko władzy. Jednocześnie wcale nie skorzystano z najbardziej nośnego tematu, którym mogłaby zajmować się opozycyjna "komisja śledcza". Parlamentarna mniejszość takiej sejmowej nie ma szans powołać, ale kto zabroni posłom i działaczom opozycji zamienić się w śledczych na własną rękę?
A wówczas najwięcej uwagi mogliby przyciągnąć monitorując to, jak funkcjonuje obecna "grupa trzymająca władzę". Czy raczej grupa najwyższych rangą osób w państwie trzymana twardą ręką przez szeregowego posła, którego najwyższa funkcja to prezesostwo w partii. Specyficzny układ podległości premier Beaty Szydło, prezydenta Andrzeja Dudy i marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego posłowi Jarosławowi Kaczyńskiemu aż się prosi o dokładne dokumentowanie i analizę. Opozycja mogłaby też to robić bardzo głośno. Tymczasem nie robi w tej sprawie prawie nic.
Jedynym politykiem obozu przeciwnego "dobrej zmianie", który zdaje się dostrzegać ten problem jest europoseł PO i dyrektor Instytutu Obywatelskiego Jarosław Wałęsa. – Taka powinna być deklaracja całej opozycji: gdy zmieni się władza w Polsce, to ci wszyscy ludzie, którzy łamią teraz konstytucję i niszczą instytucje publiczne bądź – tak jak Antoni Macierewicz – polską armię, muszą zostać pociągnięci do odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu – oznajmił w jednym z ostatnich wywiadów.
Czym wzbudził gorące emocje wielu sympatyków opozycji. Jego słowa nie znalazły jednak nawet wsparcia partyjnego szefostwa. Tym bardziej nie poszły za nimi żadne działania...
