Barack Obama żegna się z Białym Domem. Ale swojemu następcy zostawia kilka niezałatwionych spraw.
Barack Obama żegna się z Białym Domem. Ale swojemu następcy zostawia kilka niezałatwionych spraw. Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta

Były sukcesy, były porażki – jak przy każdej prezydenturze. Ale od tych drugich przyszły prezydent być może będzie musiał zacząć swoje urzędowanie. Zgryźliwi mówią, że Obama zostawia mu w spadku parę zgniłych jaj, z którymi Clinton czy Trump szybko będą musieli się zająć. W Ameryce lekko zaczyna się gotować, nastroje w społeczeństwie nie są najlepsze, za granicą zostaje Syria, Ukraina... I nie tylko.

REKLAMA
W 2010 roku prezydent Obama obiecywał prezydentowi Komorowskiemu przepisy, które pozwolą znieść wizy dla Polaków. Uwaga – miało to nastąpić do końca jego kadencji w Białym Domu. Nic takiego jednak się nie stało. Można zatem uznać, że kwestia wiz dla Polaków to jedna z tych niezałatwionych spraw, które Obama zrzucił na swojego następcę. Bo Polacy z pewnością będą się o to upominać.
Rasizmu takiego nie było od lat
Paradoksalnie pierwszy afro-amerykański prezydent w historii USA pozostawia za sobą również wzrost napięć na tle rasowym niespotykanych w Ameryce od 50 lat. Nikt czegoś takiego się nie spodziewał, gdy 8 lat temu wygrywał wybory. Nikomu nawet przez ułamek sekundy nie przyszło to wtedy do głowy. A jednak to właśnie za prezydentury Baracka Obamy zaczęło być znów głośno o rasizmie. Nastroje tylko podsycały takie wydarzenia, jak ostatnio śmierć 5 policjantów w Dallas zastrzelonych przez czarnoskórego snajpera. W odwecie za zastrzelenie dwóch Afroamerykanów.
"Obama mówi o razismie, ale co on zrobił w związku z tym?" – takie pytania zalały media. – To ironia i paradoks historii, że za prezydentury pierwszego Afro-Amerykanina w Białym Domu wróciły w USA kwestie różnic rasowych. W ostatnich dekadach zupełnie nie było ich widać. Ameryka jest bardzo wrażliwa na tym punkcie, wszelkie uprzedzenia były ukryte. A za prezydentury Obamy wyszły na światło dzienne – komentuje w rozmowie z naTemat prof. Edward Haliżak, dyrektor Instytutu Stosunków Międzynarodowych UW.
Ogromne różnice w dochodach
To jednak tylko kropla w morzu tego, jakie nastoje społeczne panują dziś w Ameryce. Jeśli nie zostaną uspokojone, mogą stać się zarzewiem większego, wewnętrznego konfliktu i tu nowego prezydenta czeka zadanie nie lada. Na razie w Ameryce nie widać wzrostu ekstremizmu. Ale....
– Nastroje na tle rasowym nasiliły się w związku z ogromną różnicą dochodów między najbogatszymi Amerykanami a klasą średnią. I jeśli zaczną się pogłębiać jeszcze bardziej, staną się dobrą pożywką dla radykalnych postaw. Trzeba zająć się tym problemem jak najszybciej. Dla nowego prezydenta będzie to duże wyzwanie – mów prof. Haliżak. Przyznaje, ze różnice dochodów zaczęły się powiększać już w latach 70, ale to w ostatniej dekadzie – czyli w dużej mierze za prezydentury Obamy – zwiększyły się wprost radykalnie.
– Elektorat jest zły i rozczarowany stagnacją swojej prywatnej sytuacji materialnej. Bo sytuacja wygląda dziś tak, że 1 procent Amerykanów dysponuje 80 procentami bogactwa Ameryki. Coś niewiarygodnego. A ironia historii polega na tym, że Trump należy właśnie do tego 1 procenta – ocenia.
I to jest właśnie to kolejne jajo, które Obama zostawia swojemu następcy. Co prawda próbował coś zrobić, mówiono o systemie ubezpieczeń zdrowotnych, ale napotkał na silny opór i tak naprawdę nic się w tej kwestii nie zmieniło.
– Niezależnie od tego, kto wygra wybory, prezydent musi zasypać te różnice. Na przykład pod szyldem rozpoczęcia dyskusji o opodatkowaniu dużego businessu. To nie będzie proste, ale Ameryka w tym względzie zbliża się już do ściany i nie może tolerować tak rażących różnic dochodowych – ocenia prof. Haliżak. W ostatnich dniach Obama chwalił się, że pensje wzrosły o 10 centów.
Ponieważ wielu Amerykanom jest jednak źle, coraz bardziej w USA zaczyna dominować pogląd, że lepiej nie angażować się w sprawy międzynarodowe. To właśnie nasiliło się za Obamy. Tylko, że świat ocenia to inaczej. Odchodząc z urzędu Obama zostawia zatem swojemu następcy zwłaszcza chaos związany z Syrią i Bliskim Wschodem. A także konflikt na Ukrainie.
Co teraz z Syrią?
Syria to największa niezałatwiona sprawa 44 prezydenta USA. Obama powiedział niedawno, że wojna w Syrii, która wybuchła za jego prezydentury, ciągle go prześladuje. – Świadomość tego, że setki tysięcy osób zostało zabitych, a miliony zostało zmuszonych do opuszczenia swoich domów, powoduje, że zadaję sobie pytanie, co mogłem zrobić inaczej w ciągu tych 5 czy 6 lat – powiedział w wywiadzie dla "Vanity Fair".
Pół świata się nad tym zastanawiało. Ameryka Obamy nie zaangażowała się w konflikt, tak jak czynił to jego poprzednik George Bush, choć spekulowano, że interwencja w początkowym etapie wojny, mogła powstrzymać dramat milionów ludzi, który widzimy dziś. Obama wolał inne działania, na przykład telefon do prezydenta Rosji z prośbą o przerwanie działań wojennych, ostatecznie rozmowy zostały zresztą zerwane.
– Zabrakło zdecydowanych działań, aktywnej polityki, stanowczości. Przyszły prezydent będzie musiał poddać zasadniczej analizie rolę USA na Bliskim Wschodzie na obszarze Syrii, Iraku, Iranu i Turcji. To region coraz bardziej niestabilny i USA muszą coś z tym zrobić – mówi prof. Haliżak.
prof. Edward Haliżak

W polityce międzynarodowej obraz Ameryki za czasów Obamy jest mieszany. Są ewidentne sukcesy: normalizacja stosunków z Kubą, zastopowanie programu nuklearnego Iranu, podtrzymanie dobrych stosunków z Chinami. Ale sprawą, która wymaga pilnego rozwiązania to Syria i polityka USA na Bliskim Wschodzie, która leży w gruzach. Administracja Obamy nie miała na nią pomysłu. Dziś widać bezsilność Ameryki w tym regionie.

Można zapytać o stosunki z Rosją. Czy tutaj Obama zostawia coś swemu następcy? Czy Ameryka mogła zapobiec agresji Rosji na Krym? Tu również ciągle słychać o niedosycie w tych relacjach i o braku stanowczości.
Umowy handlowe i prestiż Ameryki
Wreszcie gospodarka i ważne umowy handlowe, które za czasów Obamy nie zostały ratyfikowane, i w takim stanie zostawione zostały pod rozwagę przyszłemu prezydentowi. Chodzi o partnerstwo transpacyficzne i silny opór przeciwników w kraju oraz niedokończenie negocjacji o handlu i inwestycjach na obszarze euroatlantyckim, co pokazało spór z UE. Ta pierwsza miała być największą umową o wolnym handlu na świecie i jednym z największych osiągnięć Obamy.
– To umowy ważne ze względu na prestiż Ameryki. A pokazały, że Stany Zjednoczone Obamy nie były tak wszechpotężne – mówi ekspert. I z tym także przyszły prezydent być może będzie musiał się zmierzyć. Tylko, czy będzie chciał to zmienić?

Napisz do autorki:katarzyna.zuchowicz@natemat.pl