
Pracował dla niemieckiego Spar, rozwijał biznes Intermarche we Francji, zna handel w Niemczech i Chinach, kulisy Walmart w USA, pracował dla polskich sieci handlowych i śmieje się oglądając problemy Lidla z klientami. – Uważam, że grupa sklepowych pieniaczy i kombinatorów akurat w Polsce jest największa ze wszystkich europejskich rynków. Są jak stadionowi kibole, niepożądani, demolujący nawet najlepiej poukładany biznes - mówi Krzysztof, biznesmen branży handlowej, właściciel hipermarketu.
REKLAMA
To komentarz do ostatnich problemów sieci handlowej Lidl. Uruchomiła wielką promocję "Sprytnie jest kupować marki własne Lidla" i zaoferowała zwrot pieniędzy klientom, którym nie posmakują produkty. Grupa klientów okazała się wyjątkowo sprytna. Robili zakupy za 200 zł, po czym natychmiast po wypakowaniu produktów zwracali opakowania korzystając z "gwarancji satysfakcji" i małego kruczka w regulaminie.
– We Francji w sklepie pojawiliby się ludzie, którym autentycznie nie smakowała zupa, a ryba była już mało świeża. W Niemczech ze zwrotu skorzystaliby klienci, dla których cechy produktu nie odpowiadałby cenie. Są kraje, gdzie klienci oddaliby towar, bo doczytaliby się jakichś nieścisłości w etykiecie. Ci wszyscy konsumenci skorzystaliby z gwarancji satysfakcji z powodu autentycznego niezadowolenia. Ale nie w Polsce. Tu popełnisz jeden błąd i grupa sklepowych cwaniaków gotowa jest zdemolować biznes - ocenia nasz rozmówca, niedawno menedżer w kilku wiodących sieciach handlowych. Obecnie przedsiębiorca z własną firmą handlową.
Już w kolejnym zdaniu zastrzega, że cwaniacy są wszędzie, ale jednak w porównaniu do innych europejskich rynków w Polsce występują w nadspodziewanie dużej liczbie. – Jako menedżer branży handlowej odradzam wszystkim sieciom robienie jakichkolwiek akcji opartych o zwrot pieniędzy za zakupy i temu podobne. Takie promocje są natychmiast przejmowane przez sklepowych cwaniaków - dodaje i przywołuje przykład z branży.
Media Markt strzelił sobie gola za 2 mln
Trzy lata temu Media Markt ogłosił akcję, że odda pieniądze za zakupy klientom, którzy po opłaceniu rachunku strzelą gola do imitacji bramki piłkarskiej. Z kilku metrów mieli trafić w otwór w bramce o średnicy 0,5 metra. Dla amatorów trudna sztuka. A jednak! W ciągu zaledwie dwóch tygodni sieć musiała zwrócić zakupy za 2 mln złotych. Oddano ponad 2 tys. celnych strzałów.
Trzy lata temu Media Markt ogłosił akcję, że odda pieniądze za zakupy klientom, którzy po opłaceniu rachunku strzelą gola do imitacji bramki piłkarskiej. Z kilku metrów mieli trafić w otwór w bramce o średnicy 0,5 metra. Dla amatorów trudna sztuka. A jednak! W ciągu zaledwie dwóch tygodni sieć musiała zwrócić zakupy za 2 mln złotych. Oddano ponad 2 tys. celnych strzałów.
Okazało się, że pod sklepami pojawili się "piłkarze", których można było wypożyczyć do zwycięskiego strzału. Co ciekawe, Media Markt kontynuuje akcję, ale według regulaminu promocji "z uczestnictwa w Konkursie wyłączone są osoby będące członkami klubów piłkarskich". Strzał na bramkę może wykonać tylko kupujący, chyba, że ze względów zdrowotnych "nie jest w stanie". Zastępcą nie może być piłkarz - co sprawdza pracownik sklepu.
Na podobnej zasadzie rozpracowano niedoskonałości regulaminu promocji Lidla. W internecie natychmiast rozpowszechnił się patent na robienie darmowych zakupów w tej sieci. Kup towar. rozpakuj na parkingu, zanieś opakowania do kasy i odbierz pieniądze - zachęcali internauci.
Nie znamy skali zjawiska, jednak decyzja sieci o wstrzymaniu promocji trzy tygodnie przed zakończeniem świadczy, że w tej akcji marketingowej poniesiono dotkliwe straty.
Kolejny przykład: – Dla jednej z marek FMCG przygotowaliśmy promocję z quizem wiedzy. Premię do zakupów można było uzyskać po wysłaniu SMS-a i szybkiej odpowiedzi na jedno pytanie z wiedzy ogólnej. Rozszyfrowanie bazy 2500 pytań zajęło konkursowiczom 72 godziny, po czym wszystkie nagrody przejmowali łowcy promocji, a nie zwykli klienci, do których adresowano zabawę - opowiada dalej handlowiec.
Dodaje, że Lidl popełnił błąd zakładając, że intencje konsumentów będą tylko dobre. Sieć nie doceniła grupy "cebulaków", którzy masowo rzucili się po zwroty. We wspomnianym już regulaminie otworzył furtkę na nieuczciwe zachowania. Tymczasem zasady takich akcji są zupełnie inne.
– W normalnym kraju zakłada się, że w akcji w rodzaju satysfakcja gwarantowana skorzysta 1 procent klientów. Pozostałym wystarczy komfort psychiczny, obietnica handlowców, że produkt jest tak dobry, że można go zwrócić. Kto normalny, w naszej zaganianej rzeczywistości, miałby ganiać z pudełkami do sklepu oddawać nagryzioną kiełbasę. Nawet jeśli nie smakuje, to najwyżej napisze na Facebooku, obrażony pójdzie do innego sklepu - dodaje.
Przedsiębiorca stwierdza, że z tego powodu sieci handlowe zaczynają się mocno asekurować. Wpisują do regulaminów promocji, że akcja trwa tylko do wyczerpania zapasów, albo określają pulę środków na zwrot rzędu 500 tys. zł.
– Wszyscy znamy akcje promocyjne w USA w rodzaju: kto przyjdzie do sklepu w slipach może wyjść ubrany od stop do głowy w markowe ciuchy. Bałbym się takiej akcji w Polsce. U nas swoisty próg bólu konsumentów ustawiony jest o wiele niżej. Ludzie gotowi są bić się o taniego karpia. Obawiałbym się negatywnych komentarzy w mediach - zaznacza handlowiec.
1 dolar = 1 złoty
Osobnym tematem są błędy sklepów i samych handlowców, również masowo wykorzystywane w Polsce. Przykładem jest opisywana kiedyś pomyłka w sklepie internetowym Nike. System sprzedaży przeliczał ceny wyrażone w dolarach jako te w złotówkach w proporcjach 1:1. Zamiast płacić za buty równowartość 100 dolarów klienci w Polsce mogli przez moment płacić 100 złotych. Polski internet zareagował falą poradników w rodzaju: "Ludzie, patrzcie jak zrobiłem Nike w konia". Sprzedawcy wkrótce zorientowali się w sytuacji i firma odmówiła realizacji zamówień. Potem powstała strona "oszukani przez NIKE".
Osobnym tematem są błędy sklepów i samych handlowców, również masowo wykorzystywane w Polsce. Przykładem jest opisywana kiedyś pomyłka w sklepie internetowym Nike. System sprzedaży przeliczał ceny wyrażone w dolarach jako te w złotówkach w proporcjach 1:1. Zamiast płacić za buty równowartość 100 dolarów klienci w Polsce mogli przez moment płacić 100 złotych. Polski internet zareagował falą poradników w rodzaju: "Ludzie, patrzcie jak zrobiłem Nike w konia". Sprzedawcy wkrótce zorientowali się w sytuacji i firma odmówiła realizacji zamówień. Potem powstała strona "oszukani przez NIKE".
W 2014 roku konsument ze Śląska podał do sądu sklep internetowy, który nie chciał wydać wartego 5500 złotych telewizora Samsung, omyłkowo wystawionego w internecie za 55 złotych. W pierwszej instancji sąd przyznał rację klientowi, orzekając, że zawodowy sprzedawca powinien zdawać sobie z konsekwencji błędów w cenniku. Umowa to umowa. Dopiero sąd okręgowy uwolnił sklep z kłopotu. Uznał, że klient też powinien kierować się "życiowym doświadczeniem", iż nowe telewizory nie są sprzedawane za 55 złotych. Zaś ochrona interesów konsumenta nie uzasadnia rażącego naruszenia praw sprzedających (polecam poczytać: sygnatura akt III Ca 104/14).
– W Chinach czy nawet Europie Zachodniej takie wykorzystywanie błędu sprzedawcy i pozwanie sklepu byłoby czymś niezwykłym. Ludzie kupują drogie rzeczy ciesząc się, że ich na to stać. Jednak w Polsce znacznie więcej jest handlowych pieniaczy idących sklepu z nastawieniem, na czym by ich tu przyłapać - kończy nasz rozmówca.
Napisz do autora: tomasz.molga@natemat.pl
