
Wiele mówi się o tym, jak tzw. "dobra zmiana" odbija się na funkcjonowaniu wojska, policji, służb specjalnych, czy dyplomacji i biznesu. Niewiele uwagi przykuwa się tymczasem do innego obszaru funkcjonowania państwa, z którym zwykły obywatel spotyka się najczęściej. Tymczasem czystki, walka o stołki i przychylność władzy sprawia, że praca w administracji publicznej potrafi zamieniać się w piekło.
Niedawno donosiliśmy w naTemat, że po roku rządów Antoniego Macierewicza w Ministerstwie Obrony Narodowej i prezydenta Andrzeja Dudy w roli Zwierzchnika Sił Zbrojnych z armii odeszło aż 26 generałów i 254 pułkowników. Emerytura lub kontynuowanie kariery w cywilu to też dość powszechny ostatnimi czasy wybór przed jakim stoją w policji i części służb specjalnych. Wszędzie tam odpływ doświadczonej i wyszkolonej za publiczne pieniądze kadry jest jeszcze policzalny...
"Misiewicze" nie tylko w spółkach O wiele trudniej nakreślić tymczasem skalę tego zjawiska w administracji publicznej. – Od ministerstw po jakieś terenowe oddziały najmniej znaczących instytucji – w tych miejscach przeszły czystki. W zasadzie wciąż nadchodzą jakieś ich kolejne fale, choć w wielu miejscach są coraz mniej potrzebne, bo ludzie rezygnują sami – mówi Robert, 29-letni pracownik jednego z urzędów wojewódzkich.
Jak opisuje nasz rozmówca, w tego typu instytucjach sytuacja jest najtrudniejsza. Urzędy wojewódzkie podlegają bowiem rządowi, przez co są narażone na czystki i walkę polityczną podobnie, jak ministerstwa. Dotąd uznawano jednak, że w województwach są od pracy, a nie od polityki i kiedy zmieniały się poprzednie ekipy rządzące, nie robiono tam tak głębokich czystek, jak w warszawskich gabinetach rządowych. Nikt nie był więc przygotowany na to, co stało się teraz.
– U nas miejsce dla swoich jest zrobić tak samo łatwo, jak w ministerstwie. I nowa ekipa rządząca miała tego świadomość. Wiele mówi się o upychaniu "Misiewiczów" w spółkach skarbu państwa, a nikt chyba nie zauważył, ile tego zalęgło się w administracji. To w nasz obszar uderzyła pierwsza i kto wie, czy nie najsilniejsza fala. Tu nie ma takich pieniędzy, jak w spółkach i nie przyciąga to uwagi. Ale przecież to tutaj tworzy się pajęczyna, którą najtrudniej będzie rozerwać – stwierdza.
– I tu też zatrudniają ludzi znikąd. Pół biedy, jak świeżo po studiach. Wysyp takich jest akurat w moim wydziale. Natomiast piętro wyżej szefową ludzi od ważnych przetargów została kobieta, która ostatni raz pracowała w administracji publicznej w urzędzie gminy w PRL, a potem ponad 20 lat prowadziła budę na targowisku – oburza się Robert.
Świeża partyjna krew Na podobne "dobre zmiany" wskazuje też Monika, 36-latka pracująca od dekady w jednym z urzędów centralnych odpowiadających za specjalistyczną tematykę techniczną. – Mam podobne doświadczenia jeśli chodzi o zmiany w zarządzaniu, które zaszły w minionym roku. Tak jak i moi przyjaciele pracujący w innych urzędach. Prawo i Sprawiedliwość to partia urzędników i prawników. Wiedzieli więc, jak wykorzystać państwo i prawo pod siebie. Nie potrzebowali wcale tych zmian, których dokonano na przykład w ustawie o Służbie Cywilnej. Już w pierwsze tygodnie po przejęciu władzy uruchomiono tę słynnną procedurę "TKM" – stwierdza.
I trochę odgraża się, że za jakiś czas będzie mówiła o tym jeszcze więcej i bardzo głośno. Na razie powstrzymuje się, bo nie upłynął jej jeszcze okres wypowiedzenia. – Całe życie polityką interesowałam się z ciekawości. Nigdy nie chciałam jej uprawiać. Skupiałam się na lojalnej pracy i tak będzie do końca tej pracy. Choć cholera mnie bierze, bo na wypowiedzeniu zostałam przesunięta "do innych zadań", czyli do robienia bzdur – wyznaje.
Dlaczego? Jej stanowisko ma już młodsza koleżanka. – Dyplom obroniła w czerwcu i ma za sobą tylko praktyki w urzędzie, ale zarazem to była asystentka jednego z posłów. Dziś więc właściwy człowiek na właściwym miejscu. Na za dużo takich właśnie rzeczy się napatrzyłam, żeby w obecnej sytuacji milczeć. Po Nowym Roku zakładam własną firmę i pierwszy raz w życiu idę działać do partii. Jeszcze nie wiem, do której. Rozmawiam z lokalnymi liderami. Jak się zdecyduję, to ujawnię wszystko, co wiem – mówi wzburzona.
Zmiany za "dobre", by je wytrzymać... Jedni urzędnicy łapią się na czystki, inni rezygnują sami, bo nie mogą znieść nowych porządków. Kto jednak musi o utrzymanie pracy w administracji walczyć, bo nie może pozwolić sobie na choćby chwilowe bezrobocie, ten może skończyć tak, jak Agnieszka. Samotna matka wychowująca dwójkę dzieci trwa przy swoim biurku, ale za nią właśnie trzeci miesiąc kuracji antydepresantami.
Od czego dokładnie można stracić nerwy w jej urzędzie? Jak relacjonuje Agnieszka, ona i kilka jej koleżanek największe problemy mają po prostu przez to, że... kilka lat temu zostały zatrudnione przez poprzednie szefostwo, które było silnie związane z Platformą Obywatelską. Przełożeni sympatyzujący z obecną partią rządzącą zmienili się na długo nim nastąpiła ubiegłoroczna zmiana władzy w Warszawie, ale za czasów poprzedniego rządu nie szukali z nim kłopotów. Swoim politycznym frustracjom dali upust dopiero teraz.
– Ja się przed nim poniżyłam. Po prostu poniżyłam, bo nie mam gdzie odejść. W naszym mieście nie ma pracy na pęczki. Rozbeczałam się, rzuciłam na kolana, by szef pozwolił mi pracować. Dla moich dzieciaków. Ale kilka koleżanek i kolegów to mu w oczy wygarnęło, co myślą o nim, jego partii ukochanej i tym, co oni robią. Kilka z nich któryś miesiąc żyje na zleceniach, albo i nadal na bezrobociu, ale na swój sposób mają lepiej. Ja po pracy nie mogę patrzeć w lustro. Nie dość, że się tak poniżyłam, to teraz jestem od wszystkiego. Od najgorszej roboty. Szmacą mnie – stwierdza.
*Imiona rozmówców zostały zmienione na ich prośbę i w trosce o ich bezpieczeństwo.
