
"Sieroty 500+" to chwytliwe hasło, które budzi emocje. W skrócie chodzi o to, że rodzice piją za pieniądze otrzymywane na dzieci w ramach programu "Rodzina 500+", a dzieci trafiają do rodzin zastępczych i ośrodków pomocy społecznej. Tyle tylko, ze to nie cała prawda.
REKLAMA
Post o "sierotach 500+” opublikowała na Facebooku Paulina Młynarska. Cytuje w nim list od czytelniczki, która pokusiła się o zdefiniowanie pewnego zjawiska społecznego. Jej zdaniem do domów dziecka zaczynają trafiać dzieci, których rodzice "zapijają się" za pieniądze otrzymywane od rządu w ramach programu wspierania rodzin wielodzietnych.
W liście brak szczegółów, Paulina Młynarska nie podaje, w którym domu dziecka była czytelniczka i gdzie usłyszała o skali zjawiska. Dlatego postanowiliśmy zadzwonić do takich instytucji w różnych rejonach Polski z nadzieją, że trafimy na ślad.
Gdzie te "sieroty"?
"Nie wiem”. "Nie słyszałem”. "U nas takich nie ma” – dyrektorzy ośrodków jak mantrę powtarzali to samo. O przypadkach opisywanych na Facebooku słyszał jedynie Marcin Lewandowski, kierownik domu dziecka w Lubieniu Kujawskim. – Osobiście nie mogę powiedzieć, żeby jakoś więcej dzieci trafiało do naszej jednostki – stwierdza. – Ale rozmawiałem z innymi dyrektorami i myślę, że można zaryzykować twierdzenie, że w skali całego kraju jest może 5-7 proc. dzieci, których rodzice rzeczywiście upijają się za rządowe pieniądze – dodaje.
"Nie wiem”. "Nie słyszałem”. "U nas takich nie ma” – dyrektorzy ośrodków jak mantrę powtarzali to samo. O przypadkach opisywanych na Facebooku słyszał jedynie Marcin Lewandowski, kierownik domu dziecka w Lubieniu Kujawskim. – Osobiście nie mogę powiedzieć, żeby jakoś więcej dzieci trafiało do naszej jednostki – stwierdza. – Ale rozmawiałem z innymi dyrektorami i myślę, że można zaryzykować twierdzenie, że w skali całego kraju jest może 5-7 proc. dzieci, których rodzice rzeczywiście upijają się za rządowe pieniądze – dodaje.
– Oczywiście, trafiają do nas dzieci z rodzin patologicznych. Zawsze trafiały i pewnie będą trafiać – mówi Dariusz Michalczyk z domu dziecka w Mrągowie. Nie jest jednak przekonany, że można łączyć to z programem 500+. – Wcale nie przyjmujemy więcej dzieci z interwencji, odkąd rząd uruchomił wypłaty pieniędzy. Widzę raczej co innego – że jakaś grupa dzieci wróciła do domów rodzinnych. Moim zdaniem to raczej wynik naszych działań, zmierzających do łączenia rodziców z dziećmi – zaznacza. W tym roku do domów wróciło pięcioro dzieci z jego ośrodka.
Dzwonimy do domów dziecka rozrzuconych po całej Polsce, od Bałtyku aż po Tatry. O tym, że "żadna zmiana nie nastąpiła", przekonuje też Jan Nowak z ośrodka w Równem. Radzi, by odpowiedzi poszukać u pracowników pomocy społecznej. Co oni na to?
Bo system jest niesprawiedliwy
– Wie pan co? To zwykła zawiść – mówi nam Aleksandra Libera, kierownik ośrodka pomocy w Obrzycku. – A może nawet nie zawiść, tylko silne poczucie niesprawiedliwości – dodaje. Zdaniem Libery liczba dzieci przyjmowanych do ośrodków wcale nie jest znacząco większa. – Bo ludzie zawsze pili. I będą. Chodzi tylko o to, ze dziś częściej sąsiedzi na nich donoszą – tłumaczy.
– Wie pan co? To zwykła zawiść – mówi nam Aleksandra Libera, kierownik ośrodka pomocy w Obrzycku. – A może nawet nie zawiść, tylko silne poczucie niesprawiedliwości – dodaje. Zdaniem Libery liczba dzieci przyjmowanych do ośrodków wcale nie jest znacząco większa. – Bo ludzie zawsze pili. I będą. Chodzi tylko o to, ze dziś częściej sąsiedzi na nich donoszą – tłumaczy.
Według niej zwiększona liczba donosów jest wynikiem poczucia niesprawiedliwości, jakie dokonuje się przy dzieleniu pieniędzy przeznaczonych na wspomaganie rodzin. – Ten dostał, choć ma jedno dziecko, a inny nie, bo zarabia 5 złotych więcej od niego i 3 złote za dużo, żeby dostać pomoc. Inny nie może znieść myśli, że sąsiad dostaje pieniądze na piątkę dzieci i będzie mu przyklejał łatkę nieroba i pijaka – mówi. Potem przyjeżdża policja i sprawdza zasadność doniesienia. Czasem rzeczywiście zabierze dziecko do ośrodka, bo akurat w domu były zakrapiane imieniny. A kilka dni później sąd wydaje decyzję o powrocie dziecka, bo uznał, że rodzina wcale nie jest patologiczna.
Dyrektorzy OPS widzą wady programu 500+, ale podkreślają też zalety systemu. Pojawiają się głosy, że część rodzin wychodzi z grupy ryzyka, bo na tyle poprawiła się im sytuacja finansowa, że przestali użalać się nad sobą, nie popadają w depresję i mniej piją. – Może kilka osób rzeczywiście z radości przestało pić, ale ja to widzę inaczej – śmieje się dyrektor Marcin Lewandowski.
Skala problemu nazwanego "sieroty 500+” na razie jest na tyle mała, że wielu dyrektorów w ogóle nie zauważa, żeby działo się coś nadzwyczajnego. – Ale nie sposób przewidzieć, co będzie dalej – dodaje Lewandowski. Już teraz lokalni przedsiębiorcy mają problem ze znalezieniem chętnych do pracy. – Ludziom się nie chce machać łopatą za 12 zł na godzinę, wolą siedzieć w domu i brać pieniądze na dzieci. To jest strukturalne bezrobocie finansowane z naszych podatków – ocenia.
Napisz do autora: pawel.kalisz@natemat.pl
