Polskie dzieci udowodniły, że decyzja rodziców o puszczeniu 6-latków do szkoły była jak najbardziej słuszna.
Polskie dzieci udowodniły, że decyzja rodziców o puszczeniu 6-latków do szkoły była jak najbardziej słuszna. Mikołaj Kuraś / Agencja Gazeta

Wszyscy na świecie widzą, że polskie dzieci osiągają świetne wyniki w nauce, ale minister edukacji Anna Zalewska jak mantrę powtarza, że koniecznym jest przeprowadzenie reformy, żeby poprawić wyniki nauczania. Skoro jest tak dobrze, to po co poprawiać?

REKLAMA
Właśnie opublikowano wyniki TIMSS. To prestiżowe badania sprawdzające wiedzę 10-latków z zakresu matematyki i przyrody. Biorą w nim udział uczniowie z 49 krajów, polskich uczniów bada się od pięciu lat. Wyniki, jakie osiągnęły w tym roku stawiają na głowie wszystkie twierdzenia minister Anny Zalewskiej, która tłumaczy reformę edukacji koniecznością poprawy jakości nauczania dzieci w Polsce.
Pięć lat temu staliśmy z żoną przed wyborem: puścić córkę do szkoły do pierwszej klasy, czy do zerówki. Wybór był o tyle trudny, że większość rodziców dzieci z "naszej” grupy przedszkolnej zdecydowała się na zerówkę. Argumenty, które pojawiały się w dyskusjach mówiły o nieprzygotowaniu mentalnym dziecka, chęci przedłużenia dzieciństwa i temu podobne. Część rodziców zastanawiała się, jak ich malutkie słodkie maleństwa poradzą sobie w szkole pośród starszych dzieci. Nie rozumieli, że im więcej będzie w klasie 6-latków, tym łatwiej będzie im stawić czoło grupie 7-latków. Większość znanych nam rodziców wybrała dla swoich dzieci zerówkę. Ich prawo.
Krzywda dziecka
My uznaliśmy inaczej. Może stało za tym postępowanie wychowawczyni w przedszkolu? Była to bardzo kompetentna "przedszkolanka”, taka z prawdziwego zdarzenia, która nie jedno już w życiu widziała. Gdy przyszło do niej zarządzenie z kuratorium zakazujące w grupie "starszaków” uczyć czytania, pisania i liczenia stwierdziła, że nikt jej nie będzie zabraniał bawić się z dziećmi w szkołę. Lepiej wiedziała, co jest dla podopiecznych dobre niż pracownicy kuratorium, którzy w zaciszu gabinetów rozpisywali sobie na tablicy założenia programowe. W efekcie praktycznie cała grupa z przedszkola, do którego chodziła nasza córka, nie tylko znała literki, ale też potrafiła je składać w słowa.
Było to niezgodne z wytycznymi ministerstwa, dlatego nie pojawi się w tym tekście nazwisko wychowawczyni. Nie chciałbym, żeby za okazane serce i cierpliwość spotkały ją jakieś kłopoty ze strony rządnych krwi pracowników ministerstwa. Złamała przepisy i zakazy, ale czyniła to w przekonaniu, że robi to dla dobra naszych dzieci. I chwała jej za to. To właśnie dzięki niej uznaliśmy z żoną, że córka będzie się nudzić w zerówce. Zamiast więc przedłużać jej dzieciństwo posłaliśmy ją do pierwszej klasy.
Tak, wiem, byliśmy wyrodnymi rodzicami. Wciskaliśmy dziecku podręczniki zamiast lalki Barbie i pluszowych miśków. Co więcej, żeby nie było za łatwo, córka poszła do klasy o profilu sportowym. Konkretnie - klasy pływackiej. Nasz maluszek musiał nie tylko sprostać starszym koleżankom i kolegom intelektualnie, ale i na basenie.
Co pewien czas dochodziły do nas głosy, jaką to straszną krzywdę wyrządziliśmy dziecku. Że szkoła jest nieprzygotowana. Bo dzieci są za małe, by zrozumieć wymagania nauczycieli. I jeszcze zdążą się nauczyć czytać i pisać, a my zabraliśmy jej najlepszy rok z życia. Gdy nasza córka była już w drugiej klasie usłyszeliśmy o akcji „Ratujmy maluchy”. Niestety, dla naszej córki było już za późno na ratunek. Była uczniem.
Co gorsza, była uczniem wyraźnie odstającym od średniej klasy. W domu diablica, trudna do okiełznania, w szkole zamieniała się w anioła spokoju. Pilna na lekcjach, po powrocie do domu nie chciała w ogóle nawet zaglądać do książek i zeszytów. Była zmęczona. Miała dość. I jedne z najlepszych wyników nauczania w swoim roczniku.
To nie kwestia wieku
Do dziś, a jest w piątej klasie, bardzo niechętnie w domu wyjmuje zeszyty z plecaka. Wszystko udaje jej się zrobić jeszcze w szkole. Gdy państwo Elbanowscy przekonywali, że dzieci młodsze nie będą miały szans ze starszymi, a ciągła pogoń będzie źródłem niekończącego się stresu, nasza córka była stawiana starszym dzieciom za wzór. To do niej dzwoniono po lekcje, jeśli ktoś był chory, bo to ona zawsze wiedziała co się działo w szkole. Jako jedna z nielicznych osób w szkole za wybitne wyniki w czwartej klasie dostała stypendium ufundowane przez burmistrza.
Ale wystarczy już tego chwalenia się własną córką. Przytaczam jej osiągnięcia nie dla chwały nazwiska i własnej próżności. Chodzi o to, że jest ona najlepszym przykładem na to, że to nie wiek w którym pójdzie się do szkoły determinuje to, czy ktoś będzie sobie lepiej radził w szkole czy gorzej.
Państwo Elbanowscy, a po nich minister Zalewska i politycy Prawa i Sprawiedliwości przekonali wyborców do tego, ze trzeba dzieciom przedłużać dzieciństwo. Ich zdaniem polskie szkoły są nieprzygotowane na przyjęcie maluchów. Jak widać na opisanym wyżej przykładzie, teorii tej nie da się obronić. Jeszcze lepszym uczniem w klasie był kolega naszej córki. Chłopiec miał tyle samo lat, przeniósł się jednak do klasy równoległej, bo miał dość pływania. Podobnie jak nasza córka jest gwiazdą w swojej klasie, w której większość dzieci jest starsza od niego o rok.
Cztery lata temu uczniowie z Polski zajęli w konkursie TIMSS ostatnie miejsce. W tym roku było to już miejsce 17, na równi w Finlandią i Litwą. Jeszcze lepiej poszło uczniom z Polski w teście z przyrody, w którym zajęli 9 miejsce. Gorsze okazały się dzieci z Niemiec, Kanady czy Norwegii. Co ciekawe, wyniki wykazują dobitnie, że takie same osiągnięcia mają te dzieci, które poszły jako 6-latki do szkoły jak ich starsi o rok koledzy.
Minister psuje to, co dobrze działa
Wyniki badań TIMSS przedstawiono dziś na specjalnej konferencji, na której obecny był wiceminister edukacji Maciej Kopeć. Jak podaje "Gazeta Wyborcza”, wiceminister podaje, że badania są istotne dla określania kierunku działania dla ministerstwa. Szkoda tylko, że to puste słowa. Minister już dawno pojęła decyzję o tym, żeby nasze 6-latki traciły rok i szły później do szkoły. Zamiast od najmłodszych lat zadziwiać świat będą się bawić miśkami i lalkami.
Nasza córka ma jeszcze jakieś zabawki w pokoju. I niewykluczone, że będzie musiała do nich wrócić. Jeśli minister Zalewska szybko nie przygotuje założeń programowych, jeśli nie zostaną napisane nowe podręczniki, jeśli drukarnie nie nadążą z drukiem to może się okazać, że w przyszłym roku dzieci odzyskają swoje dzieciństwo. Córka pójdzie do szóstej klasy, która w założeniu miała kończyć podstawówkę, a w praktyce do dziś nie wiadomo, co będzie dalej. Wszystko dlatego, że minister Zalewskiej zachciało się rewolucji w systemie edukacji.

Napisz do autora: pawel.kalisz@natemat.pl