
„Panowie, strzelmy sobie po dwa gole i grajmy na remis” – tak mogli się umówić Hiszpanie z Chorwatami. Wyeliminowaliby tym samym Włochów, z którym, zwłaszcza Hiszpanom wyjątkowo nie po drodze. Na szczęście tak się nie stało. I to jedyna dobra wiadomość po tym nudnym meczu.
REKLAMA
Naprawdę chciałem napisać, że w meczu na Baltic Arenie zatriumfował piękny futbol. Że obie drużyny nie kalkulowały, bo wynik remisowy utrzymując się do 88 minuty nie urządzał nikogo - Chorwatów eliminował, a dla Hiszpanów był wyjątkowo niebezpieczny. A więc do ataku – strzelmy coś i niech inni się martwią. Niestety muszę napisać, że obejrzenie tego meczu do końca kosztowało mnie dwie mocne kawy.
Bilić i Del Bosque wyciągnęli z tego inny wniosek – przede wszystkim nie stracić. Na początku nie stracić w ciągu pierwszych 20 minut. Potem dociągnąć ten wynik do przerwy… i tak dalej.
Dopiero w drugiej połowie Chorwaci zorientowali się, że zegar tyka – po wspaniałej akcji Modrica, Rakitic powinien wykonać wyrok. Wyrok umorzono, a sytuacja zemściła się kilkadziesiąt minut później, gdy po jednej z najpiękniejszych akcji turnieju bramkę strzelił Navas. I to właściwie wszystko – skrót najciekawszych akcji z tego z tego meczu miałby jakieś 30 sekund.
Mam pretensje do Hiszpanów, bo grali tak, jak opisują ich grę antyfani barcelońskiego stylu. W skrócie - my podajemy sobie piłkę, a przeciwnicy się patrzą. Podań mnóstwo – sytuacji mało. Wszystko wolno, jednostajnie, bez błysku geniuszu za który wielu kibiców ich tak kocha. Aha mieliśmy też próbkę stylu madryckiego – gdy Ramos wszedł wślizgiem w nogi Mandzukica. Mam nadzieję, że nie powiedzą, że to przez suchą trawę. I że Del Bosque ostro ich w szatni zruga, bo mistrzom świata taka gra po prostu nie przystoi.
Chorwaci? Casus Danii: w naszej grupie ograliby wszystkich, a Modric czy Mandzukic mogliby być gwiazdami turnieju. Taki los, ale podczas meczu też nie miałem wrażenia, że chcą wygrać, albo umrzeć na boisku. Zwłaszcza w pierwszej połowie.
W Poznaniu Włosi zrobili co do nich należało i bez problemu odprawili Irlandczyków – ich kibice jak zwykle po porażce śpiewali głośniej niż kibice ich przeciwników po zwycięstwie. Znów błysnął Andrea Pirlo - 3. asysta w trzecim meczu. Maczał palce w większości goli dla Włochów i to na pewno nie koniec.
No i ten Balotelli. To niesamowite, że gdy ma jakieś 5 minut na oddanie strzału to traci rozum i pozwala się dogonić Ramosowi. A jak ma obrońcę na plecach, jest odwrócony i zmuszony strzelać z tej pozycji z woleja to trafia idealnie pod poprzeczkę.