Paszport "Polityki" na pewno dostanie trzydziestolatek z blokowiska. Młode wilki polskiego kina w ofensywie

Tomasz Wasilewski i Jan Matuszyński, a także Bartosz Kowalski są nominowani do Paszportów "Polityki" w kategorii film.
Tomasz Wasilewski i Jan Matuszyński, a także Bartosz Kowalski są nominowani do Paszportów "Polityki" w kategorii film. Fot. Jan Rusek /AG
Krytycy na naszym filmowym poletku zacierają ręce, "Polityka” ogłosiła nominacje do swoich Paszportów. W kategorii film szoku i niedowierzania nie ma. Jest twórca "Ostatniej rodziny”, jest i kontrowersyjny debiutant z festwalu w Gdyni, Bartosz M. Kowalski. Ale i tak największą szansę na nagrodę ma Tomasz Wasilewski.


Cała nominowana trójka to twórcy młodzi, debiutujący lub swój debiut mający zaledwie kilka filmów temu, pragnący pokazać coś inaczej niż wszyscy, ale zarazem czerpiący garściami z tradycji polskiego kina. Tej dobrej, skupionej i pozbawionej wydumanych katastrof i fałszywego szaleństwa.

JAN. P. MATUSZYŃSKI

Jan Matuszyński swoją debiutancką fabułą nie tylko zgarnął wszystko, co tylko było można podczas festiwalu w Gdyni, ale został też zauważony w Locarno, Paryżu czy Lizbonie. Jego "Ostatnia rodzina”, w prosty i zarazem przejmujący sposób opowiadająca o losach Beksińskich, to film z wielu względów ryzykowny, ale i doskonale wpisujący się w kierunek, jaki obrał dla swojej kariery reżyserskiej. Tak jak w dokumentach "Deep Love” czy "Niebo”, reżyser znów pokazał kawałek codzienności ludzi, dla których prawdziwa pasja nie jest ucieczką, ale jedynym możliwym sposobem na życie.


Matuszyński, rocznik 1984, przyznaje, że fascynuje się kinem odkąd skończył 4 lata. Będąc dzieckiem biegał po pirackie VHS-y do osiedlowej wypożyczalni, jako dorosły zaczął studiować na Wydziale Radia i Telewizji im. K. Kieślowskiego Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Dokumentu, od którego zaczął swoją karierę, uczył się też w Mistrzowskiej Szkole Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy.

BARTOSZ M. KOWALSKI

O Kowalskim zrobiło się głośno podczas tegorocznego Festiwalu Filmowego w Gdyni, gdzie jego "Plac zabaw” wywołał tyleż pochwał co wyrazów oburzenia, z ostentacyjnym opuszczaniem sali kinowej w trakcie seansu włącznie. A jednak większosć krytyków zauważyła, że jego dramat o przemocy i dorastaniu nie był obliczony na skandal obyczajowy. Twórca "Niepowstrzymanych” z ubiegłego roku, nawiązując do znanej europejskiej tradycji intelektualnej, przedstawia zło w sposób banalny i przez to jeszcze bardziej niebezpieczny niż celowe demonizowanie i moralizatorstwo.

Kowalski stworzył trudny, nieoczywisty film, który dla widza jest wyzwaniem i w obliczu którego nie możemy czuć się bezpiecznie ani komfortowo. W swoim uzasadnieniu dla nominacji do Paszportów profesor Tadeusz Lubelski porównuje Kowalskiego do Kena Loacha, twórcy głosnego ostatnio "Ja, Daniel Blake”, subtelnej komedii „Whiskey dla aniołów” czy dokumentu o pracy na Wyspach "Polak potrzebny od zaraz”. Podobnie jak Loach, Kowalski to "filmowiec obdarzony temperamentem dokumentalisty wyczulonego na losy wykluczonych”.

TOMASZ WASILEWSKI

"Zjednoczone stany miłosci” Wasilewkiego można potraktować jak wspomnienie reżysera z czasów, które ten ledwie pamięta. Początek lat 90., szare bloki, w nich ciasne mieszkania z krzywymi ścianami, a w tych meblościanki, schabowy na talerzu, na grzbiecie szeleszczący ortalion. Byłoby może nawet sentymentalnie, gdyby nie to, że w tym mieszkaniu, na tej klatce schodowej i w tej Polsce nikt nie jest szczęśliwy. Choć do tego nie wypada się przyznawać.


A najmniej szczęśliwe są tu kobiety – matki, żony, czasem kochanki, spędzające dnie w kuchni, mniej lub bardziej pokornie przyjmujące decyzje głowy rodziny, obsługujące cały dom. Wasilewski zagląda im w oczy, do ich garnków i sypialni, podpatruje. Z tego podglądactwa wynika trochę to, co pamiętamy choćby z "Importu-eksportu” czy "W piwnicy” Ulricha Seidla – miłość zmieszaną z kurzem blokowisk, skrępowanie z pożądaniem, groteska z dobrymi intencjami.

Wasilewski jest najbardziej obsypanym nagrodami twórcą spośród wszystkich nominowanych. Za scenariusz do "Zjednoczonych stanów miłości” otrzymał już Srebrnego Niedźwiedzia podczas tegorocznego Berlinale i Złotego Lwa za reżyserię w Gdyni. I wszystko wskazuje na to, że jego druga nominacja do Paszportu Polityki (poprzednią dostał za "Płynące wieżowce”) tym razem przyniesie mu zwycięstwo. Co więcej, Anita Piotrowska w swoim uzasadnieniu nominacji podkreśliła, że Wasilewski udowodnił, że jest nie tylko oryginalnym i wciąż poszukującym twórcą, ale też "świetnym reżyserem kobiet”. A takich w ostatnich latach nie ma u nas wielu.

Paszport i co dalej?
Na ogłoszenie nazwisk zdobywców tegorocznych Paszportów musimy poczekać do 10 stycznia. Nagroda przyznawana jest przez "Politykę” od 23 lat i każdego roku budzi emocje. Ale nie dlatego, że jest trampoliną do sukcesu dla młodych twórców. Zdaniem dziennikarki i kuratorki Anny Theiss nic nie gwarantuje laureatom Paszportów “Polityki” i innych polskich nagród kulturalnych, że od tego czasu będzie im się wiodło lepiej.

– Mam wrażenie, że polskie nagrody kulturalne działają trochę inaczej niż wielkie ponadregionalne laury dla twórców kultury – stwierdza właścicielka wirtualnej galerii Posterpolex.pl. – Te europejskie (takie jak architektoniczna nagroda Pritzkera czy nagroda Turnera dla artystów sztuk wizualnych) są rzeczywiście sprawną machiną promocyjną, przynoszą przełom w biografii artystów, realnie katapultując ich do ekstraklasy. W Polsce ten wektor ustawiony jest w drugą stronę – konstatuje Theiss.

Napisz do autora: lidia.pustelnik@natemat.pl