Mateusz Kijowski jest wszędzie tam gdzie coś się dzieje, ale przywódca z niego marny, jeśli po roku istnienia KOD wciąż nie ma długofalowych planów działania.
Mateusz Kijowski jest wszędzie tam gdzie coś się dzieje, ale przywódca z niego marny, jeśli po roku istnienia KOD wciąż nie ma długofalowych planów działania. Fot. Sławomir Kamiński / AG

Mateusz Kijowski w wywiadzie udzielonym dziennikarzowi "Gazety Wyborczej" przekonuje, że Jarosław Kaczyński usiądzie z nim do rozmów dopiero wtedy, gdy rządy PiS będą się chylić ku upadkowi. Nie można odmówić liderowi KOD zaangażowania w walkę o demokrację, ale czy naprawdę sądzi, że przegrany Kaczyński rozmawiać będzie właśnie z nim?

REKLAMA
Sen o wielkości
Mateusz Kijowski jest przekonany o tym, że Kaczyński usiądzie z nim do rozmów, gdy władza PiS będzie się chyliła ku upadkowi. Czyżby? Pomijając fakt, że na razie poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości raczej rośnie zamiast spadać i do spotkania prędko nie dojdzie, to pozostaje druga kwestia. Dlaczego Jarosław Kaczyński miałby chcieć spotkać się z Kijowskim? Czy on reprezentuje jakąś partię polityczną? Jest liderem związkowców? A może jest tym osławionym liderem opozycji, już pełniąc funkcję, o której wspomniał Jarosław Kaczyński na niedawnej konferencji prasowej?
Otóż Jarosław Kaczyński nie usiądzie do stołu z Kijowskim tylko dlatego, że tak zgrabnie przerywa przemówienia polityków i dość sprawnie wymyśla hasła skandowane potem przez manifestantów. Lider PiS nie ma potrzeby siadania do rokowań z człowiekiem, który działa bez wyraźnego planu na przyszłość. Sam to zresztą przyznał w wywiadzie udzielonym dziennikarzowi „Gazety Wyborczej”. – Nie mamy dalekosiężnego planu na grę, wiemy co musimy robić tu i teraz, pracujemy nad długofalową strategią – mówi Kijowski. Mija rok od powstania KOD, a wszystkie działania są wyłącznie doraźne. Długo trzeba będzie czekać na ten plan?
Kijowski mówi, że polska polityka jest jak mecz piłki nożnej, z tym tylko, że w tej chwili wszystkie z jednym wyjątkiem drużyny udały się do szatni. Tylko PiS pozostał na boisku, gdzie niszczy murawę i demoluje trybuny. Lider KOD chce, by zjednoczona opozycja przegoniła Kaczyńskiego z boiska, naprawiła stadion i zaczęła znów w piłkę kopać, a Komitet Obrony Demokracji zasiądzie na trybunach i będzie się przyglądać widowisku. Na razie jednak nie ma w KOD ultrasów, którzy by zagrzewali kibiców do większego dopingu. Rzucanie co minutę nowego hasła do skandowania to trochę za mało.
Rok walki o demokrację
Zaczęło się niewinnie, od założenia na Facebooku grupy Komitet Obrony Demokracji. Pierwsze posty powstawały w listopadzie zeszłego roku i po kilku dniach grupa liczyła już 30 tysięcy członków. Wydawało się, że powstaje ruch, który przywróci w kraju normalność, a pisowskie manipulacje przy Trybunale Konstytucyjnym w krótkim czasie zostaną powszechnie obnażone i napiętnowane, a demokracja w Polsce znów będzie się toczyć po wyznaczonym torze.
Tak się jednak nie stało. KOD zorganizował wiele manifestacji, także takie, które skutecznie na wiele godzin blokowały stolicę. Wzięło w nich udział tysiące zdenerwowanych Polaków. Zawsze na takim marszu była mównica, zawsze byli politycy i zawsze był Mateusz Kijowski. Człowiek znikąd, który w krótkim czasie stał się twarzą protestów był postrzegany przez wielu jako nowy Wałęsa, nowy Frasyniuk, trybun ludowy na miarę naszych czasów. Z czasem jednak okazało się, że nie wystarczy być, nie wystarczy chcieć. Trzeba jeszcze wyczuwać emocje tłumu, a z tym jest ostatnio coraz gorzej u Mateusza Kijowskiego.
Kijowskiego trzy grosze
Tysiące ludzi protestowały w miniony weekend przeciwko łamaniu prawa i konstytucji przez Prawo i Sprawiedliwość. Krzyczeli w obronie wolnych mediów. Marzli, machali flagami, dęli w wuwuzele i skakali, bo przecież wiadomo, że "kto nie skacze ten za PiSem”. A ze sceny co chwila ktoś nowy przemawiał, a to polityk, a to dziennikarz albo działacz społeczny. Nie brakowało mówców, nie zabrakło też Mateusza Kijowskiego, który co chwila wtrącał swoje trzy grosze, wcinając się w przemówienie mówców.
Czasem zresztą zupełnie bez sensu. Przerywał w pół zdania, bo akurat wydawało mu się, że ktoś skończył wypowiedź, albo dlatego, że przemawiający wypowiedział dwa kluczowe słowa, które świetnie nadawały się do skandowania jako hasło. I tłum krzyczał, bo cóż było zrobić, a przemawiający tracił przerwany wątek. W efekcie tych ciągłych „wrzutek” Kijowskiego przemówienia "nie miały ognia”, nie porywały tłumów tak, jak by mogły porwać. Pośród demonstrantów niejeden narzekał, że wolałby wysłuchać przemówienia zamiast ciągle krzyczeć "Opozycja razem obali tę totalitarną władzę". Ani w tym rytmu, ani melodii.
Jarosław Kaczyński nie ma powodu, żeby bać się takiej opozycji. Co z tego, że przez weekend swój sprzeciw wobec polityki PiS zamanifestowały tysiące Polaków. Nie ma strajków, nie ma palenia opon przed Sejmem, nikt nikogo nie pobił, nie doszło do awantury między demonstrantami, a ściągniętej z całej Polski policji. Trwa pikieta pod Sejmem, ale to już zaczyna przypominać stały element krajobrazu, swoisty dodatek do pomnika Armii Krajowej stojącego na placu przed Parlamentem. Przed gmachem Sądu Najwyższego na placu Zamkowym pikieta trwa od miesięcy, ale czy ktoś się nią jeszcze przejmuje?
Kijowski nie ma charyzmy Władysława Frasyniuka czy Lecha Wałęsy. Nie porwie tłumów, nie obali rządu. Zgoda, wyżej wymienieni nie byli sami, stały za nimi miliony. Ale gdy Wałęsa siadał do rozmów z przedstawicielami władzy było wiadomo, kto i kogo reprezentuje. Gdy Frasyniuk przemawia do tłumu, to czuć, że na scenie stoi z mikrofonem facet, który z tłumem potrafi zrobić wszystko, lepi go swoimi słowami jak plastelinę. Kijowski nie ma tej mocy i umiejętności. Dopóki on stoi na czele protestujących, Kaczyński może spać spokojnie do południa.

Napisz do autora: pawel.kalisz@natemat.pl