
Zbliża się 6 stycznia, który prócz premiery nowej piosenki Eda Sheerana i tego, że jest to dzień wolny od pracy, ma jeszcze ten atut, że do kin wchodzi wówczas "Honorowy obywatel”. Film zachwycającego od lat duetu Duprat - Cohn to szalona czarna komedia, która celnie i bez ceregieli wytyka kompleksy, układziki i zaściankową mentalność mieszkańców miasteczka Salas w Argentynie. W którym, ma się wrażenie, polski widz bywał nie raz, nie dwa.
REKLAMA
Czy uhonorowany Noblem pisarz powinien zwiesić skromnie głowę i z rumieńcem na twarzy przyjmować pochwały i gratulacje? Nic z tych rzeczy. Daniel Mantovani czuje się namaszczony przez naród, "królów, krytyków, jurorów" i nie zamierza się z tym kryć. Jednocześnie jako żywy pomnik czuje się zobowiązany, by zakończyć swoją karierę. Od czasu do czasu napisze jeszcze jakiś krótki tekst, list, może nekrolog, ale w żadnym razie nie przyjmie zaproszenia na jakiekolwiek publiczne wystąpienie.
Chyba że jedno - do rodzinnego Salas, które opuścił cztery dekady temu i które zapewniło mu światowy sukces - w końcu to jego mieszkańców opisywał w swoich książkach. Pisarz nie może przepuścić okazji, by teraz tryumfalnie powrócić i odebrać odznaczenie dla "honorowego obywatela” miasta.
Tymczasem na miejscu wszystko jest nie tak, jak wymarzył sobie Mantovani. Nie dość, że pierwszej nocy pisarz musi nocować w szczerym polu, paląc swoje książki, by choć trochę się ogrzać, to przygotowane dla niego przyjęcie nie zbliża się nawet do standardów, do których przyzwyczaił się jako celebryta.
Może przymknąłby oko na przaśną, ale w gruncie rzeczy sympatyczną fetę, gdyby nie fakt, że po początkowo wylewnym, żeby nie powiedzieć festynowym powitaniu pobyt w mieście zaczyna być coraz bardziej niepokojący, a pretensji pod adresem noblisty przybywa. Bo niby miasteczko rozsławił na świecie, ale w gruncie rzeczy to chyba i sprzedał?
Kiedy tak trudno się zdecydować, jaka reakcja jest właściwa, dobrze jest trochę się nobliście podlizać, by ogrzać się w jego blasku, a jeszcze lepiej zgnoić, by samemu poczuć się odrobinę lepiej. Tych z pretensjami zresztą przybywa, nie wiadomo do końca, czy do pisarza, czy do samych siebie. Atmosfera gęstnieje, jeszcze trochę, i "honorowego obywatela" trzeba będzie honorowo ukatrupić.
Choć opowieść o Salas, jego bolączkach, kompleksach i ambicjach gna jak opętana, przywodząc czasem na myśl "Dzikie historie”, innym razem może "Wielkie piękno”, to postać głównego bohatera jest tym, co w filmie najbardziej intryguje.
Mantovani jest geniuszem, którzy rzuca perły przed wieprze? Czy może pozerem, który nigdy nie potrafił zrozumieć opisywanych przez siebie ludzi? Jego uwikłanie w sprawy Salas jest autentyczne, czy to wszystko gra wielkiego artysty? Oscar Martinez z wirtuozerią nagrodzoną nagrodą dla najlepszego aktora na festiwalu w Wenecji tu i ówdzie daje nam wskazówki na to, kim naprawdę jest jego bohater i co rzeczywiście robi w tym zapomnianym przez Boga miejscu.
Podczas uroczystości na swoją cześć pisarz powie: — Polityka kulturalna? Najlepsza jest taka, której nie ma w ogóle. Wolność? Pewne afrykańskie plemię nie ma tego słowa w swoim języku. Dlaczego? Bo czują się wolni. Zadanie pisarza? Uczynić świat, w którym żyjemy, mniej strasznym. Ale to przegrana walka.
Napisz do autora: lidia.pustelnik@natemat.pl
