
Przez kilka dni podczas kryzysu parlamentarnego i ponownie w filmie "Pucz" przekonywano nas, że TVP padła ofiarą "wojny hybrydowej". Chodzi o zakłócenia sygnału podczas wystąpienia Beaty Szydło. Okazuje się, że do awarii doszło na terenie TVP, a władze firmy wiedziały o tym już następnego dnia.
REKLAMA
W czasie kryzysu parlamentarnego obóz władzy rozpaczliwie próbował przekonać swoich zwolenników, że mamy pucz, być może inspirowany z zewnątrz. Dowodem na to miały być nie tylko słynne kanapki, ale też zakłócenia w nadawaniu TVP. Informowano o tym obszernie na antenie TVP INFO i w "Wiadomościach", zaznaczając czerwonym kolorem kolejne województwa. Jacek Kurski, prezes TVP, zawiadomił ABW, a zakłóceń sygnału musieli szukać pracownicy Rządowego Centrum Bezpieczeństwa.
Nie mówiono, że skala problemu jest marginalna, bo firma EmiTel odpowiadająca za sygnał informowała, że zakłócenia dotyczą 11 ze 137 nadajników i były one kilkuminutowe. Nie mówiono też, że niemal od początku wiedziano gdzie powstała awaria. A powstała na Woronicza, gdzie mieści się siedziba Telewizji Polskiej.
Według Juliusza Brauna, byłego prezesa TVP, obecnie członka Rady Mediów Narodowych z rekomendacji PO, władze TVP wiedziały o tym już przed Świętami Bożego Narodzenia. – Bardzo szybko, już następnego dnia, okazało się, że do awarii doszło w budynku TVP. I to w jedynym obiekcie, do którego dostęp mają nie tylko pracownicy EmiTela, ale i TVP – mówi w "Gazecie Wyborczej". Jakoś pominięto też fakt, że umowę z EmiTelem, kontrolowanym przez Amerykanów, podpisał Romuald Orzeł, prezes TVP z nadania PiS.
źródło: "Gazeta Wyborcza"
Napisz do autora: kamil.sikora@natemat.pl
