
Referendum ws. budowy lotniska w Białymstoku zakończyło się totalną klapą. Frekwencja? Niecałe 13 proc. Z drugiej strony 96 proc. głosujących opowiedziało się za budową portu lotniczego. – To nie koniec tematu – zapowiada białostocki radny Paweł Myszkowski w rozmowie z naTemat.pl.
REKLAMA
Polityk w regionie znany jest zresztą z kontrowersyjnych inicjatyw i głośnych działań. Opozycja w radzie grzmi: to najdroższa kampania wyborcza w historii Podlasia, a lotnisko to jego własna ambicja.
W niedzielnym referendum wzięło udział dokładnie 12,96 proc. uprawnionych do głosowania. To mniej więcej 120 tys. mieszkańców Podlasia. Tymczasem aby takie głosowanie było ważne (choć i tak nie byłoby wiążące dla władz województwa), frekwencja powinna wynieść co najmniej 30 proc.
O głosowaniu całkowicie zapomnieli – albo je świadomie zignorowali – łomżanie. W tym mieście frekwencja wyniosła 2,36 proc. (!), a w całym powiecie była niewiele większa. Takie liczby z pewnością mogą załamać nawet największego sympatyka budowy lotniska w Białymstoku.
Nie odpuści
Radny Myszkowski jednak nie traci rezonu. Jest przekonany, że mieszkańcom to lotnisko jest potrzebne i nadal powinien działać w tej sprawie. W jego ocenie gdyby wszyscy zostali należycie poinformowani, frekwencja byłaby odpowiednia. – Przed chwilą miałem telefon od mieszkanki okolic Łomży, która twierdziła, że nie dostała żadnych informacji o referendum. W ostatnich dniach otrzymałem takich telefonów mnóstwo. Organizator referendum, władze województwa, bo my byliśmy tylko jego inicjatorem, w jakiś sposób nie dopełnił obowiązków – mówi naTemat Myszkowski.
Radny Myszkowski jednak nie traci rezonu. Jest przekonany, że mieszkańcom to lotnisko jest potrzebne i nadal powinien działać w tej sprawie. W jego ocenie gdyby wszyscy zostali należycie poinformowani, frekwencja byłaby odpowiednia. – Przed chwilą miałem telefon od mieszkanki okolic Łomży, która twierdziła, że nie dostała żadnych informacji o referendum. W ostatnich dniach otrzymałem takich telefonów mnóstwo. Organizator referendum, władze województwa, bo my byliśmy tylko jego inicjatorem, w jakiś sposób nie dopełnił obowiązków – mówi naTemat Myszkowski.
Nie przyjmuje również do wiadomości, że być może poprzez niegłosowanie mieszkańcy regionu powiedzieli inicjatywie "nie".
Gdyby zarząd województwa poinformował skutecznie wszystkich, uznałbym argument, że 86 proc. mieszkańców województwa zagłosowało nogami i nie poszło na referendum. Ale w obecnej sytuacji nie mogę.
Myszkowski podkreśla ponadto, że po ponad dwóch latach starań nie może teraz powiedzieć "no dobra, nie udało się".
Ale te starania, nawet jeśli są efektem ignorowania wyników referendum z powodu argumentów popartych "telefonami od wyborców", to wynik pewnej konsekwencji. Projekt lotniska to jego największe dzieło. To on był pełnomocnikiem komitetu referendalnego. O samo referendum walczył ponad dwa lata, sprawa trafiła nawet do Naczelnego Sądu Administracyjnego. – Jak się za coś biorę, staram się to doprowadzić do końca – mówi nam.
Lotnisko ważne, ale przecież za rok wybory
Inaczej na działania radnego zapatruje się jednak miejska opozycja. Według niej Myszkowski już teraz przygotowuje się do przyszłorocznych wyborów samorządowych. – To jest najdroższa kampania w regionie od wieków (warta tyle, ile referendum, które kosztowało 4 mln zł – red.). Dzięki referendum zapewnił sobie stały pobyt w różnych mediach. To było dobre dla niego publicity – mówi naTemat radny Maciej Biernacki z PO.
Inaczej na działania radnego zapatruje się jednak miejska opozycja. Według niej Myszkowski już teraz przygotowuje się do przyszłorocznych wyborów samorządowych. – To jest najdroższa kampania w regionie od wieków (warta tyle, ile referendum, które kosztowało 4 mln zł – red.). Dzięki referendum zapewnił sobie stały pobyt w różnych mediach. To było dobre dla niego publicity – mówi naTemat radny Maciej Biernacki z PO.
– Mam wrażenie, że to była za publiczne pieniądze zrobiona kampania wyborcza niektórych radnych, akurat związanych z klubem PiS – dodaje radny PO Tomasz Janczyło i zwraca uwagę, że w regionie pojawiły się duże bilbordy reklamujące referendum. – Były podpisane "doktor inżynier Paweł Myszkowski" – mówi.
W opinii Janczyły Białystok jest zbyt dobrze skomunikowany z Warszawą i Modlinem, żeby taka inwestycja nie zakończyła się "jak w Radomiu", a Myszkowski w tej sytuacji gra na siebie. – To są bardziej własne ambicje, niż rzeczywista potrzeba budowy portu lotniczego. Myślę, że to okazja do dojechania do wyborów samorządowych w przyszłym roku i grzania tematu – uważa.
Zapłacił za wierność?
Ale w wyborach ważne jest nie tylko poparcie wyborców, ale i wsparcie w partii. Biernacki uważa, że organizacja referendum to sposób na zapłatę dla wiernych działaczy w terenie. – Po 300 zł dostawali członkowie komisji wyborczych (za zasiadanie w nich – red.), a połowę z miejsc obsadzał pan Myszkowski z kolegami z PiS z regionu. Tzn. że do PiS zostało przetransportowane ponad milion złotych. 300 zł za siedzenie dzień w komisji – twierdzi.
Ale w wyborach ważne jest nie tylko poparcie wyborców, ale i wsparcie w partii. Biernacki uważa, że organizacja referendum to sposób na zapłatę dla wiernych działaczy w terenie. – Po 300 zł dostawali członkowie komisji wyborczych (za zasiadanie w nich – red.), a połowę z miejsc obsadzał pan Myszkowski z kolegami z PiS z regionu. Tzn. że do PiS zostało przetransportowane ponad milion złotych. 300 zł za siedzenie dzień w komisji – twierdzi.
Podlasie jest biedne, w małych wioskach trzy stówki to naprawdę konkretna kasa. Można w ten sposób świetnie zapłacić za wsparcie i oni to zrobili.
Myszkowski broni się. – Gdyby referendum odbyło się już w 2014 roku, koszty byłyby niższe – twierdzi. W tamtym czasie obowiązywały mniejsze od obecnych stawki za udział w komisji wyborczej.
Nie stroni od kibiców, wróg instruktorów jazdy
Niezależnie od prawdy o lotnisku radny Myszkowski lubi rozgłos. Jego inicjatywy najczęściej odbijają się echem w lokalnej społeczności.
Niezależnie od prawdy o lotnisku radny Myszkowski lubi rozgłos. Jego inicjatywy najczęściej odbijają się echem w lokalnej społeczności.
Dwa lata temu Myszkowski zelektryzował białostockie szkoły jazdy, kiedy zaproponował, aby kursanci nie mogli się poruszać po mieście w godzinach szczytu. Powód? Aby rozładować korki, które wywołało wprowadzenie buspasów i… "czerwona fala". Tak według Myszkowskiego funkcjonuje w stolicy Podlasia zielona fala, która ma umożliwić płynny przejazd przez miasto.
Pomysł został storpedowany, ale po drodze musieli go komentować eksperci. Józef Fiedorowicz z podlaskiego oddziału Polskiego Związku Motorowego twierdził nawet w lokalnym "Kurierze Porannym", że w Białymstoku tak naprawdę… nie ma korków.
Innym razem chciał zakazać używania w mieście sztucznych ogni, ponieważ budzą osoby starsze. Wyjątek zarezerwował jedynie dla nocy sylwestrowej.
– Faktycznie pan Myszkowski ma często dziwne i zrozumiałe tylko dla siebie pomysły. Powiem wprost: kibolem jest. To ruch kibicowski Jagiellonii Białystok, jeździ na wszystkie mecze z tymi skinami, oni robili mu kampanię (wyborczą – red.), jest to środowisko ekstremalnie prawicowe. Co rusz proponuje jakąś alejkę w parku, najczęściej imienia Żołnierzy Wyklętych albo Niezłomnych – mówi nam anonimowo jeden z białostockich radnych, kiedy pytamy go o jego opinię o pracy kolegi z PiS.
Myszkowski rzeczywiście związany jest z prawicą. Był choćby widziany (to wydarzenie przedstawia fotografia główna do artykułu) w lutym zeszłego roku na głośnym i kontrowersyjnym marszu ONR w Hajnówce. Zorganizowano go ku pamięci Żołnierzy Wyklętych, głośno o nim zrobiło się, kiedy pojawiła się informacja, że swoim patronatem marsz objął prezydent, do czego koniec końców nie doszło. Organizatorzy chcieli wtedy uczcić m.in. pamięć Romualda Rajsa ps. "Bury", który spacyfikował w okolicy tuż po wojnie kilka prawosławnych wsi, w tym zabił trzydziestu prawosławnych furmanów. IPN uznał jego działania za zbrodnię przeciwko ludności. Myszkowskiemu takie towarzystwo nie przeszkadzało.
Napisz do autora: piotr.rodzik@natemat.pl
