
Dla jednych trylogia autorstwa E.L. James oraz jej ekranizacje to najgorsze, co spotkało ludzkość. Źle napisane, jeszcze gorzej wyreżyserowane, promujące seksizm i przemoc wobec kobiet. Po drugiej stronie mamy osoby, które traktują "50 twarzy Greya" jako jedno z tych dzieł literackich i filmowych, którym warto dać szansę i się nimi zachwycić. To fani poszli 2 lata temu do kina i zrobili z ekranizacji książki najbardziej dochodowy film ostatnich lat, bijący frekwencyjne rekordy. Większość stanowiły kobiety. Ale mężczyzn w kinach wcale nie zabrakło. Sprawdzamy, kim są.
Pierwsze koty za płoty Dawid Czarnecki ma 22 lata i jest studentem 3 roku amerykanistyki na Uniwersytecie Warszawskim. O "50 twarzach Greya" dowiedział się z promującej książkę audycji Radia Zet. – Małgorzata Socha czytała niektóre fragmenty. Pamiętam jak bardzo mnie to zaintrygowało… – słyszę. – Nie mylić z "podnieciło"! – zaznacza po chwili mój rozmówca. Literatura erotyczna była dla niego zupełną nowością, miał jednak przeczucie, że na "Greyu" się nie zawiedzie.

– Zawsze mam nosa do bestsellerów i przyszłych, głośnych adaptacji filmowych. Książka owiana skandalem? Biorę w ciemno! – mówi. Inaczej swoje zetknięcie z trylogią pamięta Sebastian Łacina, 21-latek, przyszły leśnik. – Najpierw myślałem, że to jedna wielka porażka, ale myliłem się. Im bliżej końca, tym bardziej rozumiałem przekaz – twierdzi. Liczył tylko, że James opisze więcej łóżkowych uniesień. Z kolei Mikołaj Sterczewski wyjaśnia mi, że za "50 twarzy…" wziął się zupełnie przypadkowo.
Mikołaj
24-letni pracownik kina i masażysta nie załapał żartu. – Nie wiedziałem przecież o czym ta książka jest. Słyszałem tylko kluczowe słowa: romans, Grey, seks – wyjaśnia. Słowo na "s" pada za każdym razem, kiedy pytam, co jest clou książek, aczkolwiek nie bez znaczenia ma być też sama historia. Jeśli ktoś jakimś trafem jeszcze jej nie zna, to w wielkim skrócie wygląda tak: Ona - studentka literatury angielskiej w zastępstwie chorej współlokatorki idzie na wywiad z miliarderem Christianem Greyem. Rozmowa nie przejdzie być może do historii dziennikarstwa, ale połączy tę dwójkę tak, że w ciągu kilku dni zostaną parą.

Podkreślmy, taką, którą ma łączyć jedynie seks BDSM. On nalega, by ona została jego Uległą, a on jej Panem, co znaczy tyle że będą robić "to" zawsze na określonych przez niego zasadach. Komplikację stanowi fakt, że ona chce więcej. On nie. Przynajmniej do czasu, bo wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że pod wpływem niedoświadczonej dziewczyny fan ostrego seksu zmieni się w księcia na białym, a raczej szarym rumaku.
Seks dla każdego Moi rozmówcy kupili relację Any i Christiana, która przechodzi wzloty i upadki. Przychylnym okiem spojrzeli na wynurzenia spod pióra angielskiej gospodyni domowej. – Pokazała mi wtedy nieznany świat seksu, ale przy słówkach typu "O, święty Barnabo" i "wewnętrzna bogini" czy licznych powtórzeniach, byłem wystawiany na próbę – przyznaje Dawid. Za wielki plus bierze psychologiczny portret bohatera. Mikołajowi najbardziej do gustu przypadły opisy zbliżeń, nie mniej zresztą, co przystępność tekstu. – Została napisana prostym i logicznym językiem! Dodatkowym plusem jest też to, że szybko się ją czyta i potrafi wciągnąć. Nie przynudza, jest ciekawie – wymienia.

Sebastian o książce
Zdaniem Sebastiana, trylogia E.L. James jest najlepszą, jaką kiedykolwiek przeczytał, choć bał się, że czeka go romans w stylu Harlekina. – Na szczęście autorka wszystkie smaczki odpowiednio stonowała – kwituje temat miłosnych uniesień w "Greyu". Wszystkich próbuję dopytać, czy po lekturze przyjrzeli się bliżej tematowi seksu BDSM, który zdaniem prawdziwych "Uległych" i "Panów" został przez James strywializowany i właściwie to zaburzyła jego rzeczywisty obraz. Żaden z moich rozmówców nie chciał powiedzieć więcej, niż "tak".
Kinowy hit wszech czasów "50 twarzy Greya" musiało doczekać się ekranizacji. Prawa do niej wykupiła wytwórnia Universal, robiąc z E.L. James współproducentkę filmu i ewentualnych kontynuacji. Jesienią 2014 poznaliśmy nazwiska odtwórców głównych ról. Dostali je nieznani z kasowych przebojów Dakota Johnson (córka Melanie Griffith i Dona Johnsona) oraz Charlie Hunnam. Aktor zrezygnował z udziału w obrazie na chwilę przed rozpoczęciem zdjęć. Szybko znaleziono zastępstwo w osobie Irlandczyka Jamiego Dornana.
Reżyserką została feministka Sam Taylor-Johnson. Po miesiącach prac nad nagranym w Vancouver materiałem powstała filmowa wersja bestsellera. Światowa premiera odbyła się w Walentynki. "50 twarzy..." nie schodziło z afisza przez 12 tygodni, zarabiając łącznie 571 006 128 dolarów. W 11 krajach (m.in. w Polsce) padły rekordy weekendu otwarcia.
Fani trylogii oszaleli. Długo przed premierą toczyli zawzięte dyskusje, co powinno znaleźć się w filmie, a co nie czy jak poradzi sobie duet Johnson - Dornan. Czego od ekranizacji chcieli Dawid, Mikołaj i Sebastian?
Dawid
Student leśnictwa oczekiwań jako takich nie miał. – Ekranizacja odbiega troszkę od powieści. Ale zazwyczaj tak jest z filmami, że nie przekazują tego, co książka... Myślałem tylko, że w tym wypadku odniesień będzie zdecydowanie więcej – wyjaśnia. Mikołaj zaś po prostu chciał obejrzeć film. – Byłem ciekawy, jak pewne fragmenty książki sfilmowano – mówi.
Woda na młyn dla obrońców praw kobiet Nie ułatwiam im zadania, gdy przypominam, że "Greyowi" mocno się obrywa. Panują przecież opinie typu, iż książka James promuje seksizm, toksyczne relacje i przemoc wobec kobiet. Panowie mają swoje teorie na ten temat. – Według mnie nie jest ani seksistowska, ani chwaląca "toksyczny, przemocowy" związek. Pokazuje inny wachlarz potrzeb człowieka – tutaj, w sferze erotycznej, intymnej – uważa Dawid. – Oczywiście nie jest to proza wyższego gatunku. Ale w tym przypadku nie przeszkadzał mi styl pisania – historia za bardzo mnie wciągnęła – dodaje.

Mężczyźni, zdaniem Sebastiana, dzięki "wspaniałej sadze" James, mają szansę zrozumieć, że oprócz seksu jest coś "takiego jak uczucie" i że dla niego mogą przejść metamorfozę, a nie tylko "zaliczyć". Mikołaj traktuje popularne dzieło tak, jak ono się kojarzy. – Zawsze postrzegałem go jako podręcznik do "zabicia rutyny w łóżku"! Nie poprzez historię, tylko poprzez same opisy erotyki – precyzuje. – I nie jest do końca tak, że przeczyta ją zdesperowana, samotna kobieta, której brakuje seksu. Tę książkę czyta każdy! – oznajmia. Dlaczego, dopytuję. – Bo pomaga osiągnąć większe poczucie własnej wartości, kto wie czy nawet i nie leczy z kompleksów – odpowiada z przekonaniem.
Napisz do autorki: karolina.blaszkiewicz@natemat.pl
