
Wolniejsze tempo życia, mniejsze korki, niższe ceny mieszkań, ale też większy spokój i prywatność. No i nie ma tego "nowobogackiego sznytu". To i wiele innych rzeczy dostaniemy, jeśli zdecydujemy się nie budować kariery w stolicy Polski. Badania potwierdzają, że Warszawa nie jest już polskim miastem pierwszego wyboru w kwestii migracji za pracą.
Warszawa przegrała w badaniu z Wrocławiem i Trójmiastem – wynika z zestawienia przygotowanego przez firmę rekrutacyjną Antal. 39 proc. z nas chętnie przeniosłoby się za pracą do Wrocławia, 36 proc. do Trójmiasta, a do Warszawy 31 proc. Od stolicy nieznacznie mniej atrakcyjny okazał się Poznań (28 proc.). Niespodzianka? Chyba tylko z punktu widzenia mieszkańca stolicy, który jest przekonany, że mieszka w centrum wszechświata.
Żeby zarobić więcej niż w Warszawie, nie trzeba wyjeżdżać z Polski – W Warszawie nikt mi tyle nie zaproponuje – mówi mi 27-letni Paweł, który do Warszawy trafił prosto po liceum i od razu zaczął pracę w korporacji. Szybko się rozwinął i zajął się pracą na pograniczu IT i reklamy.
Właśnie przerwał tę stołeczną karierę i pakuje się do Gdańska. – Dostałem lepszą ofertę niż w Warszawie. Nie sądziłem, że będę ruszał się ze stolicy do innego miasta w Polsce. Spodziewałem się raczej, że następny przystanek będzie za granicą – mówi. Firma, w której podejmie pracę, zajmuje się online marketingiem. Zatrudnia na całym świecie 300 osób i ma ponad 300 tys. klientów w 170 krajach. Spółka powstała właśnie w Trójmieście i tam została.– Gdańsk skusił mnie zarówno zarobkami, jak i stanowiskiem oraz związanymi z nim możliwościami rozwoju. Z zawodowego punktu widzenia to dla mnie ogromny przeskok. – podkreśla Paweł i opowiada, że miał w przeszłości ofertę nawet z Dubaju, gdzie "kuszono go petrodolarami", ale odmówił. Jak przekonuje, za dużo stopni na termometrze i za mało alkoholu.
Jego przypadek jest o tyle interesujący, że nawet nie szukał innej pracy. To praca sama go znalazła, a on dał się skusić.
Paweł
Z drugiej strony jest to dla niego skok na głęboką wodę. – Nie znam nikogo, nie znam nikogo z pracy, w Gdańsku tak naprawdę poza rozmową kwalifikacyjną byłem raz. I wtedy nie podobało mi się – opowiada.
Ale teraz nastawiony jest dobrze. – Jest miło, spokojnie, jest morze, mam chatę w lesie, trzy kilometry od biura i kilometr do plaży, jest mniej samochodów, żyje się wolniej i spokojnie. Ale to czy mi się spodoba, to dopiero się okaże.

Bałtyk jak magnes O tym, że Trójmiasto to dobry wybór, wie już od dawna inny 27-latek, Bartek z Puław. Kiedy wszyscy po liceum tłumnie ruszyli do stolicy, on nie wysiadł z pociągu i pojechał dalej – do Gdyni. To cztery razy dalej z jego domu niż do Warszawy.

– Chodziło o klimat. Słyszałem, że w Gdyni się dobrze żyje – przekonuje mnie. Studiuje na Akademii Morskiej i jednocześnie pracuje. Ma etat w branży IT, dodatkowo dorabia jako specjalista od nagłośnienia. I nawet przez chwilę nie żałował wyjazdu nad morze, zwłaszcza że Warszawę kilka razy odwiedził i ma porównanie.
Bartek
W jego opinii Trójmiasto ma ofertę dla każdego. – Przede wszystkim masz duży wybór tego, co możesz robić i nawet jeżeli nie masz pomysłu na siebie, to on się sam trafi nad tym morzem. W Gdyni powstaje dużo nowych firm, różnych start-upów itd. W Sopocie możesz się porządnie wybawić, a jak pracujesz w gastronomii to nigdy nie będziesz bezrobotny. Stawki są takie jak w Warszawie albo i lepsze. A jak mieszkasz w Gdyni, to masz tanie mieszkanie. Z kolei w Gdańsku codziennie możesz cieszyć się kulturą, zabytkami.
Gdynia – złoty środek w Trójmieście i w Polsce Akademia Morska ściągnęła do Trójmiasta (a konkretnie również do Gdyni) także 26–letnią Paulinę z Suwałk. W jej przypadku to właśnie uczelnia przeważyła – w grę wchodził jeszcze jedynie Szczecin.
Dzisiaj ma na koncie dyplom nawigacji i pracuje może nie w zawodzie, ale w branży. – Szukam ludzi do pracy na statkach, pozostaję w temacie – mówi.
W Gdyni od początku podobał się jej rozmiar miasta, które jest trochę na uboczu całego Trójmiasta. – Gdańsk ma starówkę, to miasto z historią, Sopot imprezownia, a Gdynia zawsze na uboczu. Z biegiem czasu się przekonałam, to miasto w którym się dobrze czuję. Choć początki wcale nie były łatwe. Bo kiedy znajomi pojechali do Warszawy, ona ruszyła sama nad Morze Bałtyckie.
Paulina
W Warszawie od razu trafiasz do szufladki – Do Wrocławia historycznie przyjeżdżali ludzie z różnych stron. Tutaj nie traktują cię ze względu na twoje pochodzenie, tylko za to kim jesteś. Nie ma słoików – mówi 30–letni Kuba, który we Wrocławiu jest już od 12 lat.
Do stolicy Dolnego Śląska pojechała za nim dziewczyna, która obecnie jest już jego żoną i mają razem dwójkę dzieci. Aleksandra, co istotne, widziała się w Warszawie, ale dla chłopaka zrezygnowała z tych ambicji.
– Jestem zadowolony, jeśli chodzi o życie. Nikt tak nie pędzi, ludzie są życzliwi, wyścigu szczurów nie widzę – twierdzi. Nie widzi go, choć pracuje w bankowości, a konkretnie w Deutsche Banku. – Z pracą ogólnie nie ma problemów, są biura dużych koncernów, korporacji – podkreśla.

Z Wrocławia nie wyjechał, choć myślał nawet o Warszawie.
Kuba
– Pracowałem też za granicą, gdzie sprzątając zarabiałem więcej niż niektórzy w Polsce w bankach. Koniec końców chciałem tutaj zostać. To ładne miasto, są ładne dziewczyny, jest tu historia. Chociaż jak idziesz do kościoła w Krakowie, to tam są napisy po polsku, gdzieś leży taki i taki hetman, a tutaj wszystko po niemiecku – śmieje się.
Był w rozkroku, odrzucił Warszawę i wybrał Poznań Marcin ma 29 lat i jest fotografem. Ma narzeczoną, mieszka w stolicy Wielkopolski. Do Poznania pierwotnie ściągnęła go możliwość nauki – W Warszawie, kiedy ponad dziesięć lat temu wybierał się na studia, zwyczajnie nie można było studiować fotografii. Ponadto nasłuchał się dobrych opinii o poznańskiej ASP.
I kiedy skończył już szkołę i zaczął pracę w zawodzie, zapragnął pojechać do stolicy i odnieść sukces. W Warszawie wytrzymał jednak rok.

– Kiedy przeprowadziłem się, zaczepiłem się w Agorze, ale ciągle miałem zlecenia z Poznania, więc jeździłem tam pracować. Wyjechałem, ale nigdy nie wyjechałem. Zawodowo byłem rozerwany, zostałem jedną nogą w Poznaniu – wspomina.
Choć jest przekonany, że akurat w jego zawodzie Warszawa daje większe możliwości, polubił życie w Poznaniu.
Marcin
Na dodatek to, co zarabia w Poznaniu, w zupełności wystarcza mu na godne życie. – Ja mam własną działalność, jestem freelancerem. Więc tak naprawdę wiem, ile zarobiłem, dopiero jak dostanę PIT i podzielę go przez dwanaście (miesięcy – red.) – twierdzi.
– Na pewno nie jest tak, że żyję od pierwszego do pierwszego. Mogę coś odłożyć, zresztą muszę odkładać na wymianę sprzętu, żeby był "aktualny" – podsumowuje.
Napisz do autora: piotr.rodzik@natemat.pl
