Peruwiańczyk wyjaśnia, jak znaleźli się w Warszawie
Peruwiańczyk wyjaśnia, jak znaleźli się w Warszawie Fragment wypowiedzi dla TVN Warszawa

Grupa kibiców z Peru chciała lecieć do Brazylii, ale pomylili samolot i jakimś cudem wylądowali w Warszawie. Cel swojej podróży pomylili o ponad 10 tysięcy kilometrów. Ich historia wydaje się całkowicie nieprawdopodobna, ale sami przekonują, że jest jak najbardziej prawdziwa. O to, czy w dzisiejszych czasach można wsiąść do złego samolotu i "zgubić się na świecie" spytaliśmy eksperta, Bartosza Sujkę z firmy Lataj.pl, zajmującej się sprzedażą biletów lotniczych.

REKLAMA
Wśród kilkudziesięciu kibiców, którzy w czwartek oglądali zmagania Portugalczyków i Czechów była także grupa Peruwiańczyków. W rozmowie z TVN Warszawa przekonywali, że mieli lecieć do Brazylii, ale pomylili samolot i jakimś cudem znaleźli się w Warszawie.

Jechaliśmy do Brazylii, ale pomyliliśmy loty i nagle jesteśmy w Europie. To bardzo przyjemna zmiana, można obejrzeć dobry futbol nie stresując się o wynik - przekonywał z uśmiechem Luis z Peru. CZYTAJ WIĘCEJ


Każdy, kto choć raz oglądał popularnego "Kevina samego w Nowym Jorku", pamięta jak ten mały brzdąc przypadkiem wsiadł do złego samolotu. Zamiast na Florydzie, wylądował w Nowym Jorku.
Bartosz Sujka
Lataj.pl

Pasażerowie mylą destynacje lub błędnie je wybierają. Niektórzy rezerwują bilet do Sydney i faktycznie tam lecą, ale na miejscu okazuje się, że chcieli do tego w Australii, a nie w Stanach Zjednoczonych.

Patrz, co rezerwujesz
Wydawałoby się, że to scena iście filmowa, ale Peruwiańczycy przekonują, że tak było i w ich przypadku. Ciężko uwierzyć tym zapewnieniom, bo w dobie skomputeryzowania i tak skrupulatnych kontroli na lotniskach, wejście na pokład złego samolotu wydaje się niemożliwe. Po pierwsze, co z miejscem, które byłoby zajęte, po drugie jak to możliwe, że nie zorientowali się w trakcie lotu, który staje się trzy razy dłuższy.
– Raczej nie ma możliwości, żeby wsiąść do złego samolotu, nie mieć o tym pojęcia i polecieć przypadkiem w zupełnie inną stronę – wyjaśnia Bartosz Sujka z Lataj.pl. Nie znaczy to jednak, że przypadkowa podróż w odległy zakątek świata jest nierealna. – Oni mogli ewentualnie pomylić się przy samym bukowaniu lub zakupie biletów. Mogli być przekonani, że lecą do Brazylii, a faktycznie mieć bilety do innego miejsca na świecie – tłumaczy nasz rozmówca.
Sydney, Sydney nie równe
I o ile w przypadku Peruwiańczyków historia jest grubymi nićmi szyta, to takie sytuacje nie należą do rzadkości. Bartosz Sujka mówi naTemat, że zna takie przykłady z życia wzięte, które są jak najbardziej prawdziwe. Najczęstszym powodem jest to, że na świecie istnieje wiele miejscowości o identycznej lub niemal identycznej nazwie. – Pasażerowie mylą miejsca docelowe podróży lub błędnie je wybierają. Niektórzy rezerwują bilet do Sydney i faktycznie tam lecą, ale na miejscu okazuje się, że chcieli do tego w Australii, a nie w Stanach Zjednoczonych – słyszymy.
Przykładów, z którymi w swojej karierze zetknął się nasz rozmówca jest więcej. Oprócz Sydney jest także Birmingham. Polacy chcą lecieć do tego w Wielkiej Brytanii, ale rezerwują do tego w USA. "Na bogato" jest z San Jose na Kostaryce. Podróżni mylą je z identycznie brzmiącymi miejscowościami w Boliwii, USA czy na Filipinach. – Nauczeni doświadczeniem, przy tego typu rezerwacjach zawsze dzwonimy i telefonicznie upewniamy się, czy klient na pewno chce lecieć tu, a nie tam – mówi Sujka.
Kolejna zaskakująca historia to przykład pewnej Polki, która bilety bukowała w Niemczech. Leciała do szwajcarskiego Berna. Wszystko było w porządku, do momentu, gdy na miejscu taksówkarz mówił w dość dziwnym, jak na Szwajcarię języku. Okazało się, że przypadkiem zarezerwowała bilet do miasta Brno – w Czechach.
– Te historie wynikają nie tyle z niewiedzy, co z roztargnienia lub podekscytowania tym, że znalazło się bilet w okazyjnej cenie. Myśli się: o jest, super, biorę, a dopiero po głębszej analizie lub już na miejscu orientuje się, że coś jest nie tak – dodaje nasz rozmówca.
Przesiadka w Singapurze
Wtedy jest jednak już za późno, bo "mleko się rozlało". Jeżeli przypadkiem wysiądziemy nie tu, gdzie chcieliśmy, będziemy musieli sięgnąć głęboko do kieszeni. Nie ma żadnych zwrotów i trzeba kupić nowy bilet. – Zgodnie z prawem i logiką, jeżeli pasażer kilka tygodni czy miesięcy temu zarezerwował bilet to musiał być świadomy, gdzie leci – mówi ekspert.
Jest jeszcze jeden przypadek, gdy samolotem można trafić nie tam, gdzie chcemy. – Zdarza się, że na rejs zostało zabukowanych więcej biletów, niż jest miejsc w samolocie. Wtedy pasażer jest skierowany na inny lot. Nie zawsze bezpośredni. Można lecieć z Warszawy do Sydney, ale utknąć na kilka, a nawet kilkanaście godzin w Singapurze, Tokio czy Kuala Lumpur – wyjaśnia Bartosz Sujka i dodaje: – Bilet lotniczy jest umową zawartą pomiędzy przewoźnikiem a pasażerem na trasie z punktu A do punktu B. To klucz do wszystkiego. Może zdarzyć się, że trasa zostanie zmieniona, ale chodzi o dostarczenie klienta do miejsca docelowego.
Wejście na pokład samolotu z biletem na inny lot jest w dzisiejszych czasach praktycznie niemożliwe. – W całym cywilizowanym, zachodnim świecie istnieją systemu kontroli odprawy pasażerskiej. Wszystko jest skomputeryzowane, karty pokładowe mają kody kreskowe, więc piłka jest krótka i zero-jedynkowa: albo jest się pasażerem tego lotu, albo nie. Sprawdza się to przy bramkach, jeszcze przed wejściem na pokład – słyszymy.
Jedynie w krajach trzeciego świata lub niektórych państwach powstałych ze Związku Radzieckiego może się jeszcze coś takiego zdarzyć. – Tam odprawa jest nieskomputeryzowana, więc teoretycznie można wejść nie do tego samolotu – dodaje.